Jeszcze potem do zmroku próbowały rozgrzać metal kluczyka. Choć obie podświadomie wiedziały, że się nie uda. Ela podzieliła się z Karoliną przypuszczeniem, że za tym kluczem zapewne kryje się jakaś straszna tajemnica. Karolina zbyła tą rewelację raczej sceptycznie, choć…no właśnie, straciła tą pewność i racjonalność.
Wieczór nadszedłem niepostrzeżenie, zajadały kolację złożoną z super smacznej szynki od Kanusi i wczorajszego chleba. Obie milczały, każda z nich próbowała na własną rękę odkryć we własnym umyśle tą zagadkę. Pierwsza odezwała się Karolina.
- Szynka jest boska, cholera, to jest właśnie urok mieszkania na wsi. A co do tego klucza, wiesz, powinnyśmy poszukać do niego zamka, musi być w tym domu. Gdyby był sam klucz, nie przechowywano by go z taką pieczołowitością, prawda?
- O tym samym myślałam…tylko gdzie szukać tego, co ten klucz otwiera. I czy powinno otwierać się coś, co tak długo jest w zamknięciu?
- Nie przybieraj postawy wieszczącego medium! Brr…aż mi zimno po plecach przeszło. To normalne życie, nie film o wampirach, wiec nie dramatyzuj, OK.? Chyba, że w twojej rodzinie są jakieś niewyjaśnione i tajemnicze sprawy?
- Niewiele wiem o własnej rodzinie. Ojciec własnej nie miał, jego rodzice, a moi dziadkowie zmarli zanim ja przyszłam na świat, nie miał rodzeństwa. A matki rodziny nie znałam, babcia niby mi napisała, że cały czas kontaktowała się z ojcem, miała o mnie dokładne informacje, ale ja nic o tym nie wiedziałam.
- Ta babcia, co ci ten dom zapisała? Nie znałaś jej?
- Nie mówiłam ci? Nie, nie znałam jej, nawet nie wiedziałam o jej istnieniu! Wiesz, tu tkwi cała tajemnica. Jak mama od nas odeszła, ja miałam dwa lata, ojciec wychowywał mnie sam. Nigdy też nie mówił o matce, ani jej krewnych. Może to dla niego było zbyt bolesne? Nie umiem ci tego wytłumaczyć, bo sama nie wiem…nigdy się ojcu o żadnych dziadków nie pytałam.
- Kurcze! I teraz babcia po śmierci zapisuję ci ten dom? Daje ci tajemniczy klucz? Cholera, to już samo w sobie jest dość tajemnicze, nie uważasz?
- Fakt. Widzisz, ona podobno bała się ze mną spotkać. Może czuła, że jest winna temu, że matka była, jaka była.
- A jaka było twoja matka?
- Trudno mi ją określić. Odeszła od nas, bo podobno spotkała miłość swego życia. Potem, z tego co wiem, potrafiła zmieniać swoje uczucia do coraz to nowych partnerów. Nie wie, może miała jakieś kompleksy. Nigdy się mną nie interesowała odkąd odeszła, więc i ja uznałam ją w sercu za zmarłą. Potem jak zginęła, nawet nie zrobiło mi się przykro.
- Rozumiem, chyba zachowywałabym się tak samo. Przepraszam za to moje wścibstwo, ale próbuję ci pomoc rozwikłać zagadkę kluczyka.
- Wiesz, nigdy specjalnie nie kryłam mojego życia. A że o tym nie mówiłam? Nie było się czym chwalić.
- Jasne. Głupio mi, wiesz, nie wiedziała, że twoja matka cię zostawiła.
- Znamy się pięć lat, prawda?
- No tak, pięć. Cholera, kawał czasu.
- Pamiętasz, ja ci mówiłam, że moja matka zginęła w wypadku samochodowym?
- Tak, to było chyba ze dwa lata temu. Pamiętam, że wtedy dziwiłam się, że mówiłaś to obojętnie, teraz rozumiem, dlaczego.
- No właśnie. Dziś jednak mam wyrzuty sumienia, ze wtedy tu nie przyjechałam na pogrzeb. Może poznałabym babcię, która, z tego co mówi Kanusia, była bardzo dobrym człowiekiem. Może było jej równie ciężko jak mi? Chciałabym z nią porozmawiać, ale niestety dziś już jest za późno. Może ona powiedziałaby mi, dlaczego mama była taka. Czemu ona sama bała się konfrontacji ze mną. Podarowała mi wszystko, ale nie dała najważniejszego…wskazówki.
- Jakiej? Nie rozumiem.
- Widzisz, ten dom, to historia moich przodków, a ja tu weszłam jak laik i profan. Nic nie wiem, a chciałabym. Mam nadzieję, że z pomocą Kanusi czegoś się dowiem. To skomplikowane, nigdy nie byłam sentymentalna, przecież wiesz…ale tu, cholera, trudno to określić, ja czuję, że coś powinna odkryć, czegoś się dowiedzieć, rozumiesz?
- No…jakby. Słuchaj na dziś dość, OK.? Idziemy spać, jutro z rana przyjeżdżają fachowcy od komputera, musimy być przytomne. Myślę, że potem zaczniemy robić takie prywatne dochodzenie. Też wydaje mi się, że ten dom kryje jakąś tajemnicę, zbyt dziwne było zachowanie twojej nieżyjącej babci, ona też coś ukrywała. Jeżeli bym mogła, to chciałabym ten jej list do ciebie przeczytać, OK.?
Obie były bardzo zmęczone, zbyt wiele wrażeń jak na jeden dzień, zwłaszcza, że Karolina miała za sobą długą podróż. Piszcząć umyły się w zimnej wodzie, a Ela przyrzekła, że jutro sprawdzi jak się tu robi ciepłą wodę. Poszły spać, Ela do sypialni babci, a Karolina do białej sypialni.
Usłyszała jeszcze jak Karolina gasi światło w pokoju i kładzie się na łóżku, bo stęknęły sprężyny wiekowego łoża. Sama też weszła i spojrzała na zieloną kapę łóżka, by po chwili ją odchylić i przytulić policzek do chłodnej, białej pościeli.
Nie wiedziała jak długo spała, obudził ją szelest w pokoju, myślała, że to Karolina. Śniła znów o kluczyku, który rozpryskiwał się na milion kawałków…przyzwyczajała oczy do mroku, by dojrzeć, co ją obudziło. Ale w pokoju nic się nie działo, ani nikogo nie było, więc otuliła się kołdrą, bo poczuła chłód i zaczęła zasypiać. Zagłębiała się znów w sny, kluczyk wirował jej przed oczami, ale tym razem widziała rękę, drobną, wypielęgnowaną dłoń dziewczyny, to w niej wirował kluczyk. Potem usłyszała perlisty śmiech, który zamienił się w szloch. Drobne bose stopy biegły po schodkach na strych, długa jasna suknia zamiatała schodki…a potem kluczyk spadał i rozbijał się o posadzkę, jak grudka lodu.
sobota, 12 września 2009
czwartek, 10 września 2009
Nie ufam rządowi Donalda Tuska. Drugi poziom nieufności
Idę ulicami mojej ukochanej Goliny i widzę jak jakiś dobrodziej przy pomocy taśmy klejącej przymocował do drzewa ogłoszenie o tym, że ma do sprzedania bratki. Takie kwiatki.
To jest uwaga dla ludzi, którym się wszystko z agenturą kojarzy. Być może miałbym ochotę kupić kilka bratków, ot tak dla szpanu, ale jak mogę zaufać takiemu ogłoszeniu?
Pójdę, prawda, po bratki a na miejscu się okaże, że gość sprzedaje pelargonie. A na co mi pelargonie?
Pewne są tylko klepsydry, a i to nie wszystkie. Oj, stałem się bardzo nieufnym człowiekiem.
Nie ufam na przykład rządowi Donalda Tuska. Nie, jasne, że to nie jest nowość. Oczywiście jest to rząd bujaczy, oszustów i pijarowskich małpek. Rząd, którego nie da się zmusić nawet elektrowstrząsami do jakiegokolwiek działania.
To norma do której nas przyzwyczajono, ale wczorajszy eksces z „ próbą wyrzucenia Putina przez Prezydenta Kaczyńskiego” sprawił, że moja nieufność przeszła na wyższy poziom.
To już nie są żarty w rodzaju piastowania stanowisk ministerialnych przez takich ludzi jak Klich, Hall, Rostowski, Grad, Schetyna, Kopacz, Sikorki, Czuma, Drzewiecki, – długo by wyliczać tych nieudaczników i oszołomów – Tu już dzieciarnia zabawia się naszą racją stanu!
Ja rozumiem, że kwalifikacje umysłowe i moralne predestynują politycznych liderów PO do zajmowania się jakimś pustynnym powiatem, nie państwem i o to nie mam pretensji.
Ludzie wybrali i takich mamy akurat ananasów przy sterze.
Ale ten przeciek to jest chrzan. Tego w żaden sposób obronić się nie da. Jeszcze dzisiaj Sławomir Nowak zaczyna zwalać przeciek na PiS. Miało być zabawnie i kaczorom w tyłek a nie jest zabawnie. Z tego przecieku, żadnej zabawy być nie może. Zorientowała się bida i dalejże kłamać.
Być może premier w ramach mobilizacji przedmeczowej coś chlapnął jak to ma w zwyczaju, o co pretensji też mieć nie można znając jego osobliwe zamiłowanie do mówienia prawdy w ramach antypisowskiej narracji. Z tym zaraz ktoś poleciał do mediów.
Kto? Pojęcia nie mam, ale dotychczas było tak, że z takimi ciemnymi newsami biegli na wyścigi Arabski z Nowakiem.
Inna rzecz, że ten przeciek poszedł w pakiecie z wynurzeniami idiotycznego Niesioła o Katyniu i z próbą zawłaszczenia dla agentury Instytutu Pamięci Narodowej.
Dla mnie sprawia to wrażenie, że jestem obserwatorem zrzucania masek przez liderów Platformy. Dlatego piszę, że przestałem im ufać, choć każdy człowiek czytający moje teksty nigdzie nie znajdzie śladów zaufania do Platformy.
Jasne. Nie ufałem im nigdy, ale na innym poziomie braku zaufania. Czasem ze złością, ale częściej humorystycznie opisywałem i komentowałem ich pomysły, urojenia i uroszczenia, rozumiejąc, że co powiatowe to w sumie mało groźne, ale teraz mam wrażenie, że rządzi nami banda politycznych wariatów.
To jest drugi stopień nieufności. Na trzecim napiszę o premedytacji i zdradzie. Obym nie musiał.
To jest tak, wykorzystam modną dzisiaj piłkarską przenośnię.
1.Pierwszy poziom nieufności.
Nie lubię napastnika „X” bo nie strzela goli marnując sytuacje podbramkowe. Bijąc kornera przewraca się o narożną chorągiewkę. Poza tym bywa idiotą i wytatuowaną medialną małpą.
2. Drugi poziom nieufności:
Napastnik „X” w trzech ostatnich meczach strzelił cztery samobójcze gole z główki. Na treningu uciekał przed alkomatem i zawiesił się za majtki na płocie otaczającym boisko..
3. Trzeci poziom nieufności.
Napastnik „X” dotkliwie bije bramkarza własnej drużyny. W zakładach piłkarskich obstawia zwycięstwa przeciwników. Zamiast trenować wysiaduje całymi dniami na składanym krzesełku przy bankomacie, co kwadrans sprawdzając ile kasy wpłynęło na jego konto.
Bez żartów. Rząd awansował na drugi poziom i zdaje się próbować włazić na trzeci a opozycja ciągle tkwi na pierwszym.
Czy jest poziom czwarty? – Mógłby zapytać ktoś naprawdę dociekliwy.
Oczywiście, że jest poziom czwarty, ale w prawdziwym piekle. Kiedyś nazywano to zdradą.
Jako pointę, ponownie przywołując próbę zniszczenia przez podporządkowanie - także byłym agentom oraz ex-komuchom IPN – u, nasmaruję takie oto ostrzeżenie:
Instytut Pamięci Narodowej, jak sama nazwa wskazuje, ma za zadanie przechowywać całość. Jeśli zniszczycie IPN, kto o was za kilkanaście lat będzie pamiętał?
Poeta pisał, że „spisane będą czyny i rozmowy” a wy, ludzie żyjący narracją, znacie przecież podstawową zasadę, że nieważne, co, byle mówili, prawda?
A IPN będzie pamiętał bo ma to zapisane w obowiązkach, albowiem tak się złożyło, że historia wca;le nie chce się kończyć.
To jest uwaga dla ludzi, którym się wszystko z agenturą kojarzy. Być może miałbym ochotę kupić kilka bratków, ot tak dla szpanu, ale jak mogę zaufać takiemu ogłoszeniu?
Pójdę, prawda, po bratki a na miejscu się okaże, że gość sprzedaje pelargonie. A na co mi pelargonie?
Pewne są tylko klepsydry, a i to nie wszystkie. Oj, stałem się bardzo nieufnym człowiekiem.
Nie ufam na przykład rządowi Donalda Tuska. Nie, jasne, że to nie jest nowość. Oczywiście jest to rząd bujaczy, oszustów i pijarowskich małpek. Rząd, którego nie da się zmusić nawet elektrowstrząsami do jakiegokolwiek działania.
To norma do której nas przyzwyczajono, ale wczorajszy eksces z „ próbą wyrzucenia Putina przez Prezydenta Kaczyńskiego” sprawił, że moja nieufność przeszła na wyższy poziom.
To już nie są żarty w rodzaju piastowania stanowisk ministerialnych przez takich ludzi jak Klich, Hall, Rostowski, Grad, Schetyna, Kopacz, Sikorki, Czuma, Drzewiecki, – długo by wyliczać tych nieudaczników i oszołomów – Tu już dzieciarnia zabawia się naszą racją stanu!
Ja rozumiem, że kwalifikacje umysłowe i moralne predestynują politycznych liderów PO do zajmowania się jakimś pustynnym powiatem, nie państwem i o to nie mam pretensji.
Ludzie wybrali i takich mamy akurat ananasów przy sterze.
Ale ten przeciek to jest chrzan. Tego w żaden sposób obronić się nie da. Jeszcze dzisiaj Sławomir Nowak zaczyna zwalać przeciek na PiS. Miało być zabawnie i kaczorom w tyłek a nie jest zabawnie. Z tego przecieku, żadnej zabawy być nie może. Zorientowała się bida i dalejże kłamać.
Być może premier w ramach mobilizacji przedmeczowej coś chlapnął jak to ma w zwyczaju, o co pretensji też mieć nie można znając jego osobliwe zamiłowanie do mówienia prawdy w ramach antypisowskiej narracji. Z tym zaraz ktoś poleciał do mediów.
Kto? Pojęcia nie mam, ale dotychczas było tak, że z takimi ciemnymi newsami biegli na wyścigi Arabski z Nowakiem.
Inna rzecz, że ten przeciek poszedł w pakiecie z wynurzeniami idiotycznego Niesioła o Katyniu i z próbą zawłaszczenia dla agentury Instytutu Pamięci Narodowej.
Dla mnie sprawia to wrażenie, że jestem obserwatorem zrzucania masek przez liderów Platformy. Dlatego piszę, że przestałem im ufać, choć każdy człowiek czytający moje teksty nigdzie nie znajdzie śladów zaufania do Platformy.
Jasne. Nie ufałem im nigdy, ale na innym poziomie braku zaufania. Czasem ze złością, ale częściej humorystycznie opisywałem i komentowałem ich pomysły, urojenia i uroszczenia, rozumiejąc, że co powiatowe to w sumie mało groźne, ale teraz mam wrażenie, że rządzi nami banda politycznych wariatów.
To jest drugi stopień nieufności. Na trzecim napiszę o premedytacji i zdradzie. Obym nie musiał.
To jest tak, wykorzystam modną dzisiaj piłkarską przenośnię.
1.Pierwszy poziom nieufności.
Nie lubię napastnika „X” bo nie strzela goli marnując sytuacje podbramkowe. Bijąc kornera przewraca się o narożną chorągiewkę. Poza tym bywa idiotą i wytatuowaną medialną małpą.
2. Drugi poziom nieufności:
Napastnik „X” w trzech ostatnich meczach strzelił cztery samobójcze gole z główki. Na treningu uciekał przed alkomatem i zawiesił się za majtki na płocie otaczającym boisko..
3. Trzeci poziom nieufności.
Napastnik „X” dotkliwie bije bramkarza własnej drużyny. W zakładach piłkarskich obstawia zwycięstwa przeciwników. Zamiast trenować wysiaduje całymi dniami na składanym krzesełku przy bankomacie, co kwadrans sprawdzając ile kasy wpłynęło na jego konto.
Bez żartów. Rząd awansował na drugi poziom i zdaje się próbować włazić na trzeci a opozycja ciągle tkwi na pierwszym.
Czy jest poziom czwarty? – Mógłby zapytać ktoś naprawdę dociekliwy.
Oczywiście, że jest poziom czwarty, ale w prawdziwym piekle. Kiedyś nazywano to zdradą.
Jako pointę, ponownie przywołując próbę zniszczenia przez podporządkowanie - także byłym agentom oraz ex-komuchom IPN – u, nasmaruję takie oto ostrzeżenie:
Instytut Pamięci Narodowej, jak sama nazwa wskazuje, ma za zadanie przechowywać całość. Jeśli zniszczycie IPN, kto o was za kilkanaście lat będzie pamiętał?
Poeta pisał, że „spisane będą czyny i rozmowy” a wy, ludzie żyjący narracją, znacie przecież podstawową zasadę, że nieważne, co, byle mówili, prawda?
A IPN będzie pamiętał bo ma to zapisane w obowiązkach, albowiem tak się złożyło, że historia wca;le nie chce się kończyć.
wtorek, 8 września 2009
Majestik i jego brat Bo
Majestik widząc żebraka w dworcowej poczekalni zatrzymuje się i zwracając się do licznie zgromadzonej, ale zajętej swoimi sprawami publiczności przypomina, że zarówno dworzec, żebrak jak i policja jest utrzymywana z jego podatków.
Na protesty żebraka, że jest „prywatną inicjatywą”, Majestik nie zwraca uwagi.
Podnosi palec do góry i gromi współobywateli jako nieodrodnych synów i wnuków komuny.
W świecie Majestika nie ma żadnych wątpliwości.
Majestik przechadza się nad wątpliwościami.
- Każdemu trzeba dać wędkę – nie rybę – mówi Majestik, ale gdy widzi zbliżający się tłum wędkarzy orzeka – Łowienie na wędkę jest nieekonomiczne!
Policja odmawia oddania salwy do ludzi z wędkami. Majestik nie kryje oburzenia.
Majestik uważa, że należy dawać każdemu wedle jego pracy, czym zaskarbia sobie poparcie prawicy oraz liberałów. Na zbyt dociekliwe pytania dotyczące tego, co tak naprawdę zrobił czy robi, odpowiada wzruszając ramionami. Takie pytania są źle sformułowane. Majestik ocenia innych, chętnie używając słów takich jak „populista” i „oszołom”
Majestikowi nie brakuje rozumu. Doskonale wie, z kogo można się wyśmiewać a z kogo nie należy. Mówiąc wolność, myśli Rosja – Tak mu się jakoś skojarzyło.
Z lubością opowiada w towarzystwie, że gdy był w post sowieckim państwie widział jak wykonywano karę chłosty wobec niespełniającego wymagań jakościowych robotnika.
- To miało zauważalny wpływ na zgromadzonych pracowników – zaznacza – ciesząc się swoim cynizmem.
Obecni na spotkaniu dziennikarze i oficjale nie klaszczą, starając się zachować coś, co można nazwać „akceptującym dystansem”
Ale debil – szepcą, ale wiadomo, że pecunia, prawda, nie śmierdzi.
W związku z taką nieadekwatną i nieliberalną reakcją Majestik nie ciągnie wątku i nie opowiada o publicznym ruchaniu żony niefrasobliwego robotnika.
Mówi za to o wolności.
Nikt go nie zmuszał, by pracował w tej akurat firmie, gdyż każdy człowiek ma prawa ale i obowiązki. Na szczęście Majestik nie cytuje papieskich encyklik, ponieważ ma słabą pamięć.
Majestik, trzeba to napisać, po prostu dał dupy w tym wystąpieniu. Niepotrzebnie później marudził, że słuchacze byli przesiąknięci polityczną poprawnością. Dał dupy i tyle – co tu tłumaczyć?
Majestik, czego byście się pewnie nie spodziewali, jest za tym by Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatnio, byle nie z jego podatków oczywiście. Z tymi podatkami to jest trochę tak zwana ściema, ponieważ Majestik jako szczery liberał płaci je w całkiem innym kraju. Takim jakimś kraju.
- Cóż to za problem – mówi – Tak czy tak wychodzę na zero. Rok temu dodawał coś o globalizacji, ale przestał.
- Polacy – mówi Majestik bawiąc się szklaneczką ciskacza - wiskacza. Polacy – powtarza – aby osiągnąć sukces muszą żyć pod batem. I wymienia baty.
Majestik ma brata, który nazywa się Bo.
To taki sam skurwysyn jak on.
Na protesty żebraka, że jest „prywatną inicjatywą”, Majestik nie zwraca uwagi.
Podnosi palec do góry i gromi współobywateli jako nieodrodnych synów i wnuków komuny.
W świecie Majestika nie ma żadnych wątpliwości.
Majestik przechadza się nad wątpliwościami.
- Każdemu trzeba dać wędkę – nie rybę – mówi Majestik, ale gdy widzi zbliżający się tłum wędkarzy orzeka – Łowienie na wędkę jest nieekonomiczne!
Policja odmawia oddania salwy do ludzi z wędkami. Majestik nie kryje oburzenia.
Majestik uważa, że należy dawać każdemu wedle jego pracy, czym zaskarbia sobie poparcie prawicy oraz liberałów. Na zbyt dociekliwe pytania dotyczące tego, co tak naprawdę zrobił czy robi, odpowiada wzruszając ramionami. Takie pytania są źle sformułowane. Majestik ocenia innych, chętnie używając słów takich jak „populista” i „oszołom”
Majestikowi nie brakuje rozumu. Doskonale wie, z kogo można się wyśmiewać a z kogo nie należy. Mówiąc wolność, myśli Rosja – Tak mu się jakoś skojarzyło.
Z lubością opowiada w towarzystwie, że gdy był w post sowieckim państwie widział jak wykonywano karę chłosty wobec niespełniającego wymagań jakościowych robotnika.
- To miało zauważalny wpływ na zgromadzonych pracowników – zaznacza – ciesząc się swoim cynizmem.
Obecni na spotkaniu dziennikarze i oficjale nie klaszczą, starając się zachować coś, co można nazwać „akceptującym dystansem”
Ale debil – szepcą, ale wiadomo, że pecunia, prawda, nie śmierdzi.
W związku z taką nieadekwatną i nieliberalną reakcją Majestik nie ciągnie wątku i nie opowiada o publicznym ruchaniu żony niefrasobliwego robotnika.
Mówi za to o wolności.
Nikt go nie zmuszał, by pracował w tej akurat firmie, gdyż każdy człowiek ma prawa ale i obowiązki. Na szczęście Majestik nie cytuje papieskich encyklik, ponieważ ma słabą pamięć.
Majestik, trzeba to napisać, po prostu dał dupy w tym wystąpieniu. Niepotrzebnie później marudził, że słuchacze byli przesiąknięci polityczną poprawnością. Dał dupy i tyle – co tu tłumaczyć?
Majestik, czego byście się pewnie nie spodziewali, jest za tym by Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatnio, byle nie z jego podatków oczywiście. Z tymi podatkami to jest trochę tak zwana ściema, ponieważ Majestik jako szczery liberał płaci je w całkiem innym kraju. Takim jakimś kraju.
- Cóż to za problem – mówi – Tak czy tak wychodzę na zero. Rok temu dodawał coś o globalizacji, ale przestał.
- Polacy – mówi Majestik bawiąc się szklaneczką ciskacza - wiskacza. Polacy – powtarza – aby osiągnąć sukces muszą żyć pod batem. I wymienia baty.
Majestik ma brata, który nazywa się Bo.
To taki sam skurwysyn jak on.
poniedziałek, 7 września 2009
Dom Elżbiety V - Nowa opowieść ( Iwona )
Wracali po kilku godzinach w wesołym nastroju. Ela bardzo polubiła Andrzeja. Doszła do wniosku, że on jest tak samo miły jak Kanusia. Domyśliła się, że to pewnie ich cecha rodzinna.
Kupiła komputer, panowie od instalowania mieli pojawić się jutro od rana. Mają też od razu podłączyć komputer pod Internet, więc wracali w pogodnym nastroju. Karolina też była w skowronkach, bo myślała, że będą się tłuc autobusem, więc droga do domu przebiegała im w pogodnym nastroju.
Gdy wrócili, Ela chciała się jakoś zrewanżować za podróż, ale Andrzej nie chciał nawet o tym słyszeć. Pożegnali się i Andrzej podjechał na tył sklepu, a one poszły wiejską drogą w stronę domu Eli. Gdy uszły kawałek Karolina zagadnęła:
- Fajny facet, skąd go znasz? To jakaś twoja rodzina?
- Nie, nie rodzina. To syn przyjaciółki, a zarazem gospodyni mojej babci. Wczoraj ją poznałam, obdarowała mnie wiejskimi wędlinami, trochę z nią pogadałam, a dziś poznałam Andrzeja i jego żonę.
- Żonaty? – Karolina nie kryła rozczarowania – jak fajny facet to zawsze żonaty.
- O! Widzę, że ci wpadał w oko – zaśmiała się Ela.- A teraz przygotuj się, dochodzimy do mojego domu.
Rzeczywiście, Ela skręciła w szeroką aleję otuloną z obu stron wiekowymi dębami. Droga wysypana biały gryzem mile chrzęściła pod stopami.
- No gdzie ten twój dom?
- Już jesteśmy w ogrodzie, a za chwilkę go zobaczysz.
- To ten park też twój?
- Też mój – uśmiechnęła się radośnie Ela – a to mój pałac! – Wskazała na domu wyłaniający się zza drzew.
- Matko Boska! To prawdziwa posiadłość! – Karolina wpadła w euforię, chyba nie spodziewała się tego, co zobaczyła.
Zostawiła Elę, a sama pobiegła do przodu, dotykała drewnianych okiennic, przebiegała pod kolumienkami od strony frontu. Pobiegła od drugiej strony, by zobaczyć ogromny taras. Kiedy obejrzała dom z zewnątrz, Ela akurat otwierała drzwi do domu.
- Jeśli tak jest w środku jak na zewnątrz, to ja ci się nie dziwię, że chcesz tu zostać. Tyle, że utrzymanie tego, będzie kosztować fortunę!
- Wiesz, na razie się tym nie martwię, ogrzewanie centralne jest, węgiel w piwnicy też, chyba z dziesięć ton. Woda też, tylko na razie zimna, nie umiem odkryć jak zrobić, by była ciepła. Pewnie trzeba napalić w tym piecu w piwnicy, ale to potem, najlepiej się kogoś spytam, żeby czegoś nie popsuć. Poza tym, babcia mi zostawiła trochę pieniędzy, więc na początek mam. Chciałabym zrobić trochę remontu na strychu, byłoby tam cudne miejsce do pisania. Bo tu – wskazała głową wnętrze domu - chciałabym zachować dawny klimat. Wiesz, tu – stały pośrodku biblioteki – czuje się oddech pokoleń.
- Zupełnie rozumiem o co ci chodzi – powiedziała Karolina, zaglądając do pokoju – alkowy, który Ela podejrzewała, że był pokojem jej mamy. – Ale tu cudnie, mogę tu spać – jęknęła Karolina lustrując biały pokoik panieński. - Proszę, proszę! Chcę tu spać, nigdy takiego cudeńka nie widziałam, będę się czuła jak udzielna księżniczka, chyba, że ty tu śpisz? – spojrzała z zapytaniem na Elę.
- Nie, śpię w pokoju pani domu, ogromnej sypialni na końcu holu, jak chcesz możesz spać tutaj. Choć szczerze, myślałam, że będziesz ze mną dzieliła tamto ogromne, małżeńskie łoże. Musisz zobaczyć łazienkę, też jest z epoki, a w kuchni jest piękny rzeźbiony, drewniany kredens. Zresztą cały dom jest cudny.
- Kurcze, ja tylko trzy dni urlopu sobie wzięłam – jęknęła Karolina – a mogłabym tu zostać do końca życia. Wybacz, że przyjechałam tu, tylko by cię namawiać do powrotu, wiesz, myślałam, że oszalałaś, że dom to jakaś wiejska rudera…wybaczysz mi?
- Och Karolina, dziecinna jesteś, czemu bym ci miała mieć coś za złe? Zwłaszcza, że przygarnęłaś mnie, gdy odeszłam od Marka, pomagałaś mi zawsze gdy cię potrzebowałam. Słuchaj – zmieniła nagle temat – dostałam od babci list, który napisała do mnie przed śmiercią. Tam były pieniądze, hi hi, babcia ominęła fiskusa. Wiesz, mam jeszcze zabezpieczenie w złotych rublach i wspaniałych perłach. Było też tam trochę biżuterii i…wiesz co, coś ci położę na dłoni, tylko zamknij oczy, dobrze?
- OK. Jesteś strasznie tajemnicza, to będzie jakaś zagadka? – Powiedziała Karolina zamykając oczy.
- Nie, nie zagadka, ale powiedz co czujesz? - Wyjęła kluczyk i położyła Karolinie na wyciągniętej ręce.
- Zimne! To lód? – Karolina otworzyła oczy i obejrzała kluczyk – z czego to zrobione, że ta ziębi?
- Myślałam, że tylko ja czuję zimno. Nie wiem, z czego jest zrobiony, wygląda na srebro. Babcia zostawiła mi go w spadku jako talizman. Podobno już od kilku pokoleń jest w naszej rodzinie, zawsze dostają go kobiety.
- Może to wskazówka? Może tu napiszesz swoją wielką powieść, a nazwiesz ją „Srebrny Kluczyk”?
Wiesz, jeżeli jest klucz, powinien być i zamek, prawda? Dziwne, że nikt nie próbował odszukać zamka pasującego do kluczyka. A swoją drogą, czytasz mi w myślach? Chciałam właśnie zacząć taką powieść, zwłaszcza, że miałam tej nocy fantastyczny sen…
- O! o czym?
- Właśnie o tym kluczyku i o babci. Kluczyk rozbijał się na drobne kawałki, a babcia kładła palec na ustach w geście milczenia. Taka jakby zagadka, może tym chciała mi coś zakomunikować?
- Nie wierzę w duchy jak wiesz…ale też nie mam natury pisarza. Jestem realistką, aż do bólu.
- O to mi właśnie chodzi, nie bujasz w obłokach, a mimo to, zimno kluczyka też odczuwasz.
- Zapewne jest zrobiony z takiego metalu, na pewno można to racjonalnie wytłumaczyć.
- OK. No to weź go w rękę i próbuj rozgrzać. Każdy metal da się w ten sposób rozgrzać, prawda?
- Niby tak, ale…ja nie jestem fachowiec, może są jakieś metale tak zimne?
piątek, 4 września 2009
Grill Girl
Pięć kartek wyrwanych z zeszytu w kratkę. Przeczytałem, oddałem i nie bardzo wiedziałem co powiedzieć. Dzieci wracające przez park ze szkoły przebiegły obok nas płosząc gołębie, które, podczas gdy ja czytałem, ona karmiła krusząc czerstwą bułkę ze śladami pleśni.
Sto złotych. Płacił jej pieprzoną stówę za taki bełkot! – Nie, żebym był tym jakoś specjalnie urażony. Nie, nic z tych rzeczy. Tylko tyle, że w weekend będę musiał zrobić z tego cholerne trzydzieści stron, a moją zapłatą będzie żarcie i możliwość przespania dwóch nocy w jego cholernej piwnicy.
Opowiedziała mi swoją opowieść i ta opowieść była równie nieskładna jak jej pisanina. Ale też budziła sympatię a ja wiedziałem, że jest prawdziwa. Pierwsza prawdziwa opowieść, którą usłyszałem od jednego z tych biednych, oczekujących śmierci sukinsynów, do jakich też się zaliczam. W naszej branży jest deficyt prawdziwych życiorysów.
Wypiła z plastikowego kubka łyk wiśniówki, otarła usta wierzchem dłoni i splunęła. – To nawet nie boli, ale to jest bardzo dziwne. Kiedyś zrobił to przy dziecku. Skurwysyn. I wiesz co powiedział? Powiedział żeby się starał, bo skończy jak ja, jeśli nie będzie się starał. No, ze skurwysyństwa to robi, ale nie bije mocno. Najpierw bierze kartki, potem daje mi stówę a potem mnie policzkuje, żebym zapamiętała, że płaci stówę za możliwość dania w pysk kobiecie. Nawet takiej jak ja. Skurwysyn.
W czwartek tekst. W piątek przepisuje a w weekend ja muszę nad tym gównem się męczyć. Jak to tłumaczy? Prawda. To jest wiadome od dawna, że wszyscy piszą a nikt nie chce czytać.
W związku z tym musimy się wspierać. Ja jego a On mnie.
Tyle, że do dzisiaj byłem przekonany, że zmagam się z jego zapiskami, a tu takie coś. Taka, kurwa, niespodzianka. Nie mogłem jej nic powiedzieć – to było jasne.
- Wiesz co – uśmiechnęła się tym swoim żabim, szczerbatym a jednak ujmującym uśmiechem – jak wrócę to po drodze kupię coś dobrego i zrobimy sobie grilla za kościelną górką. Tylko się stąd nie ruszaj, dobrze?
Jasne, zrobimy sobie grilla. Fajna propozycja, prawda? Sprzedałem trochę złomu i też miałem parę złotych. Cholera jasna, czemu nie? Czemu się nie zabawić po ludzku? Jeszcze nie zima przecież! Jeszcze nie zima.
To niewątpliwie dobre, ale widząc, w jakiej jest pan sytuacji nie możemy ryzykować. Niech pan zobaczy jak On opisuje te sprawy. Czytał pan? Wrażliwość na krzywdę. Język ludzi, od których dzieli go wszystko. Czasem mamy wrażenie…
Oparłem się wygodnie i zmrużyłem oczy. Obudziło mnie szturchnięcie. Ktoś mnie kopnął w wyciągnięte na żwirowej alejce nogi. Są. Pan i pani ze straży miejskiej. – Spierdalaj stąd śmieciu – mówi pan, a jego partnerka rozgląda się czujnie czy nie ma nikogo w pobliżu.
- Wstawaj śmierdzielu, bo ci przyjebię – rozkręca się pan a ja widzę moją Grill Girll jak sto metrów dalej zatrzymuje się i sprytnie kryje za krzewami.
Nie wstaję, a zamiast tego odzywam się żartobliwie, spod przymrużonych brwi starannie obserwując jego reakcję – A gdzie masz chuju czapkę? – pytam
On kipi i nie wie czy mnie uderzyć czy szarpiąc za klapy jednej z dwóch marynarek, które mam na sobie najpierw postawić mnie na nogi. Wtedy pokazuję mu blachę i rzucam magicznym słowem: - Spierdalaj!
Odchodzą nie oglądając się za siebie.
- Myślałam, że cię uderzy. Tak skakał.. Co mu powiedziałaś, powiedziałeś?
- Żeby spierdalał - Odpowiadam zgodnie z prawdą i razem oglądamy co też kupiła na grilla.
To będzie prawdziwa uczta – orzekam i poślinioną chusteczką ścieram spod jej nosa drobny, całkiem nieznaczny skrzep krwi.
- A jakoś tak odrzuciłam głową i mnie zahaczył w nos, ale nie bolało.
To skurwysyn! Wrażliwy społecznie skurwysyn – myślę, ale nic nie mówię i tylko drapię się po zarośniętej szyi. Najgorszy w naszej branży jest zarost. Nie wiem jak innych, ale mnie cholernie swędzi i przeszkadza mi myśleć.
Sto złotych. Płacił jej pieprzoną stówę za taki bełkot! – Nie, żebym był tym jakoś specjalnie urażony. Nie, nic z tych rzeczy. Tylko tyle, że w weekend będę musiał zrobić z tego cholerne trzydzieści stron, a moją zapłatą będzie żarcie i możliwość przespania dwóch nocy w jego cholernej piwnicy.
Opowiedziała mi swoją opowieść i ta opowieść była równie nieskładna jak jej pisanina. Ale też budziła sympatię a ja wiedziałem, że jest prawdziwa. Pierwsza prawdziwa opowieść, którą usłyszałem od jednego z tych biednych, oczekujących śmierci sukinsynów, do jakich też się zaliczam. W naszej branży jest deficyt prawdziwych życiorysów.
Wypiła z plastikowego kubka łyk wiśniówki, otarła usta wierzchem dłoni i splunęła. – To nawet nie boli, ale to jest bardzo dziwne. Kiedyś zrobił to przy dziecku. Skurwysyn. I wiesz co powiedział? Powiedział żeby się starał, bo skończy jak ja, jeśli nie będzie się starał. No, ze skurwysyństwa to robi, ale nie bije mocno. Najpierw bierze kartki, potem daje mi stówę a potem mnie policzkuje, żebym zapamiętała, że płaci stówę za możliwość dania w pysk kobiecie. Nawet takiej jak ja. Skurwysyn.
W czwartek tekst. W piątek przepisuje a w weekend ja muszę nad tym gównem się męczyć. Jak to tłumaczy? Prawda. To jest wiadome od dawna, że wszyscy piszą a nikt nie chce czytać.
W związku z tym musimy się wspierać. Ja jego a On mnie.
Tyle, że do dzisiaj byłem przekonany, że zmagam się z jego zapiskami, a tu takie coś. Taka, kurwa, niespodzianka. Nie mogłem jej nic powiedzieć – to było jasne.
- Wiesz co – uśmiechnęła się tym swoim żabim, szczerbatym a jednak ujmującym uśmiechem – jak wrócę to po drodze kupię coś dobrego i zrobimy sobie grilla za kościelną górką. Tylko się stąd nie ruszaj, dobrze?
Jasne, zrobimy sobie grilla. Fajna propozycja, prawda? Sprzedałem trochę złomu i też miałem parę złotych. Cholera jasna, czemu nie? Czemu się nie zabawić po ludzku? Jeszcze nie zima przecież! Jeszcze nie zima.
To niewątpliwie dobre, ale widząc, w jakiej jest pan sytuacji nie możemy ryzykować. Niech pan zobaczy jak On opisuje te sprawy. Czytał pan? Wrażliwość na krzywdę. Język ludzi, od których dzieli go wszystko. Czasem mamy wrażenie…
Oparłem się wygodnie i zmrużyłem oczy. Obudziło mnie szturchnięcie. Ktoś mnie kopnął w wyciągnięte na żwirowej alejce nogi. Są. Pan i pani ze straży miejskiej. – Spierdalaj stąd śmieciu – mówi pan, a jego partnerka rozgląda się czujnie czy nie ma nikogo w pobliżu.
- Wstawaj śmierdzielu, bo ci przyjebię – rozkręca się pan a ja widzę moją Grill Girll jak sto metrów dalej zatrzymuje się i sprytnie kryje za krzewami.
Nie wstaję, a zamiast tego odzywam się żartobliwie, spod przymrużonych brwi starannie obserwując jego reakcję – A gdzie masz chuju czapkę? – pytam
On kipi i nie wie czy mnie uderzyć czy szarpiąc za klapy jednej z dwóch marynarek, które mam na sobie najpierw postawić mnie na nogi. Wtedy pokazuję mu blachę i rzucam magicznym słowem: - Spierdalaj!
Odchodzą nie oglądając się za siebie.
- Myślałam, że cię uderzy. Tak skakał.. Co mu powiedziałaś, powiedziałeś?
- Żeby spierdalał - Odpowiadam zgodnie z prawdą i razem oglądamy co też kupiła na grilla.
To będzie prawdziwa uczta – orzekam i poślinioną chusteczką ścieram spod jej nosa drobny, całkiem nieznaczny skrzep krwi.
- A jakoś tak odrzuciłam głową i mnie zahaczył w nos, ale nie bolało.
To skurwysyn! Wrażliwy społecznie skurwysyn – myślę, ale nic nie mówię i tylko drapię się po zarośniętej szyi. Najgorszy w naszej branży jest zarost. Nie wiem jak innych, ale mnie cholernie swędzi i przeszkadza mi myśleć.
środa, 2 września 2009
Dom Elżbiety IV - Nowa opowieść ( Iwona )
Sen na nowym miejscu jakoś nie chciał do niej przyjść, wciąż czuła zimno srebra w swojej ręce. Choć odłożyła kluczyk do pudełka wciąż czuła jego lodowaty dotyk. Gdy w końcu zasnęła śniła o nim, spadał jakby z dużej wysokości i rozbijał się jak grudka lodu, gdy zetknął się z ziemią. Śniła się jej też babcia, uśmiechała się do niej i gładziła w geście miłości jej głowę. Chciała z nią porozmawiać, ale ona spoglądała ze smutkiem i kładła palec na ustach. Obudził ją dźwięk komórki, spojrzała na wyświetlacz, była 8.47, a dzwoniła Karolina.
- Słucham – odezwała się zaspana.
- Cześć, no i jak? Naprawdę nie sprzedajesz tego domu?
- Nie. Przyjedź OK.? – Ela nadal próbowała się całkowicie obudzić.
- Wiesz, właśnie o tym myślałam. Faktycznie przyjadę. Muszę ci przecież wybić to z głowy, nawet już kupiłam bilet na autobus. Będę u ciebie około czternastej, no oczywiście, jak złapię od razu PKS do ciebie, bo poinformowano mnie, że będę musiała się przesiąść.
- Jesteś kochana! – powiedziała Ela z entuzjazmem. – Sama zobaczysz jak tu pięknie, zakochasz się jak ja.
- Słuchaj, wezmę twój neseser, trochę własnych ciuchów. Czy mam wziąć coś jeszcze?
- Nie i tak będziesz obciążona jak muł. Przecież mogę sobie różne rzeczy kupić tu na miejscu.
- Od kiedy jesteś taka rozrzutna – zaśmiała się Karolina – zresztą, podobno twój komp dokonał żywota, tak przynajmniej twierdzi ten fachowiec.
- Tak myślałam – westchnęła Ela. – Słuchaj, o której będziesz w tym Białymstoku?
- Trzynasta piętnaście podobno mam być na dworcu.
- Wyjadę po ciebie, OK.?
- Cudnie! Już się martwiłam, że będę musiała wynajmować jakąś furmankę.
- Ha, ha, ale śmieszne, cywilizacja tu już dość dawno dotarła. Dobra jesteśmy umówione, tak?
- Jasne, dziedziczko fortuny Karskich. To idę pakować do tobołków resztę maneli. 3m się.
- Pa, na razie.
Ela pomyślała, że po prostu kupi sobie porządny komputer, a Karolina jej w tym pomoże. Cieszyła się też, że koleżanka tu do niej przyjedzie, we dwie będzie im raźniej.
Wyskoczyła z łóżka, nastawiła wodę na herbatę i poszła do łazienki, niestety woda była tylko zimna. Szybko się umyła, wzięła trochę wody z czajnika, by umyć zęby. Włożyła jeansy i czerwoną bluzkę, co prawda nie miała innego wyboru, do torby włożyła tylko te spodnie i bluzkę.
Zjadała śniadanie, zasłała łóżko. Wtedy zdała sobie sprawę, że nie wie, o której jest tu autobus do Białegostoku. Pobiegła na przystanek, ale tu nowe rozczarowanie, jakiś dobrodziej zamalował czarnym sprayem cały rozkład jazdy. Pomyślała o Kanusi, sama jej proponowała wczoraj pomoc. Poszła w tamtą stronę. Przed drzwiami sklepu stał mężczyzna około czterdziestki, gdy się zbliżała, uśmiechnął się do niej.
Odwzajemniła uśmiech.
- Dzień dobry – uśmiechnęła się znowu. – Pan jest synem pani Kanusi?
- Dzień dobry. Tak, mogę w czymś pomóc?
- Szukam pana mamy. Chciałam się dostać przed pierwszą do Białegostoku, ale rozkład jazdy jest zamazany sprayem. Może ona wie, o której będę miała autobus.
- Po co ma pani jechać autobusem? Ja jadę zaraz po towar do hurtowni to panią zabiorę. – Ze sklepu wyłoniła się tęga kobieta.
- O panienka Karska? – zapytała. – Jasne, po co ma pani tłuc się PKSem, Andrzej panią zawiezie.
- Tak, Elżbieta Karska, a pani zapewne żona pana Andrzeja, tak? – Po obliczu kobiety rozlał się szeroki uśmiech.
- Tak, Maryla Karnafel, przepraszam, że tak podejrzliwie do panienki podeszłam. -Uśmiechnęła się znowu. Ela uśmiechnęła się również, z zakłopotaniem.
- To ja przepraszam, ale nikogo prócz pani Kanusi nie znam. I jestem po prostu Ela, jesteśmy chyba w tym samym wieku.
Kobieta szturchnęła mężczyznę, aż ten stracił na chwilę równowagę. Gdy ją odzyskał uśmiechając się powiedział do Eli:
- Marylka wciąż nie zna własnej siły – i zarobił jeszcze jednego kuksańca, ale teraz lekkiego.
Elżbieta spojrzała na zegarek, była jedenasta.
- To o której pan, panie Andrzeju jedzie do tej hurtowni?
- Za pół godziny, jak pani chce, może pani wejść do mamy, bardzo się ucieszy. A ja jak będę jechał to przyjdę po panią.
- Cudownie. To idę – i poszła w stronę domu Kanusi.
Gdy potem jechała już w stronę Białegostoku w szoferce samochodu dostawczego rozmawiając z Andrzejem, nie mogła się nadziwić ile w Kanusi jest entuzjazmu.
- Twoja mama bardzo wiele przeszła, a mimo to jest tak naładowana pozytywną energią…nie mogę się nadziwić, wiesz? – Zagadnęła Andrzeja.
- Wiesz, tu jest wieś. Ja nie mówię, że to źle, tylko widzisz…- zawiesił głos – mama tej energii nabyła od twojej babci. Bo wieś, to wieś, inaczej ludzie myślą. Zwłaszcza, jak od kobiety ucieka mąż gdzieś w nieznane, a ona zostaje sama na kawałku ziemi i z trójką drobnych dzieci. Mama była zupełnie załamana…wiesz, pewnie by skończyło się na tym, że nas by wzięto do sierocińca, a matka, albo by się wykończyła, albo sama popełniłaby samobójstwo.
- Wiem, twój mama mi mówiła, przykro mi, naprawdę.
- Wiesz, tu każdy orze, jak może, a mama nagle stała się marginesem wsi, ni panna, ni mężatka i jeszcze my, a każdy z gębą do jedzenia. Ona była ładną kobietą – nagle zmienił temat – tylko życie ją tak szybko zżarło. Namawialiśmy ją, by sobie wprawiła zęby, ale nie chce.
- Wiesz, zęby, czy fryzjer nie zastąpią tej jej pogody ducha. Choć sama mówi, że tęskni za moją babcią, więc pewnie ta pogoda już nie pełna.
- One się bardzo zżyły, tyle lat, rozumiesz? Mama nie jest głupia, wiesz, nikt jej specjalnie do szkoły nie wysyłał, skończyła, co było trzeba i w pole, bo roboty na wsi huk. Potem wydali ją za mąż, no, a dalej znasz. Potem, jak pani Karska jej pomogła, zatrudniła na stałe u siebie, zaczęły stawać się sobie bliskie. Wiesz, zwłaszcza, że twoja babcia była równie samotna jak ona, choć tu była dziedziczka, a tu zwykła chłopka. Mama zaraziła się od twojej babci historią naszej wsi, nie jedno może ci opowiedzieć. – Uśmiechnął się.
- O, nie wiedziałam! – wykrzyknęła Ela – twoja mama może być mi skarbnicą wiedzy o mojej rodzinie? Wiesz, ja jej właściwie nie znam. Babci nigdy nie poznałam, mama odeszła od ojca, gdy byłam mała, nigdy się mną nie interesowała, wychował mnie ojciec.
- Wiem. Twoja babcia śledziła twoje losy, a mama też o tym w domu mówiła. Proszę, dojeżdżamy do Białegostoku.- zmienił temat – gdzie mam cię wysadzić?
- Jeśli można to na dworcu autobusowym, koleżanka ma do mnie przyjechać.
- Jasne. Pewnie będzie miała bagaże, co?
- Tak, nawet trochę moich.
- Słuchaj, zróbmy tak, podrzucę cię na dworzec, odbierzemy koleżankę i wrócicie ze mną, co?
- Wiesz, chciałam zrobić trochę zakupów, znaczy jeden poważny zakup, chciałam kupić komputer.
- To tym bardziej, zabieram was z sobą.
- Słucham – odezwała się zaspana.
- Cześć, no i jak? Naprawdę nie sprzedajesz tego domu?
- Nie. Przyjedź OK.? – Ela nadal próbowała się całkowicie obudzić.
- Wiesz, właśnie o tym myślałam. Faktycznie przyjadę. Muszę ci przecież wybić to z głowy, nawet już kupiłam bilet na autobus. Będę u ciebie około czternastej, no oczywiście, jak złapię od razu PKS do ciebie, bo poinformowano mnie, że będę musiała się przesiąść.
- Jesteś kochana! – powiedziała Ela z entuzjazmem. – Sama zobaczysz jak tu pięknie, zakochasz się jak ja.
- Słuchaj, wezmę twój neseser, trochę własnych ciuchów. Czy mam wziąć coś jeszcze?
- Nie i tak będziesz obciążona jak muł. Przecież mogę sobie różne rzeczy kupić tu na miejscu.
- Od kiedy jesteś taka rozrzutna – zaśmiała się Karolina – zresztą, podobno twój komp dokonał żywota, tak przynajmniej twierdzi ten fachowiec.
- Tak myślałam – westchnęła Ela. – Słuchaj, o której będziesz w tym Białymstoku?
- Trzynasta piętnaście podobno mam być na dworcu.
- Wyjadę po ciebie, OK.?
- Cudnie! Już się martwiłam, że będę musiała wynajmować jakąś furmankę.
- Ha, ha, ale śmieszne, cywilizacja tu już dość dawno dotarła. Dobra jesteśmy umówione, tak?
- Jasne, dziedziczko fortuny Karskich. To idę pakować do tobołków resztę maneli. 3m się.
- Pa, na razie.
Ela pomyślała, że po prostu kupi sobie porządny komputer, a Karolina jej w tym pomoże. Cieszyła się też, że koleżanka tu do niej przyjedzie, we dwie będzie im raźniej.
Wyskoczyła z łóżka, nastawiła wodę na herbatę i poszła do łazienki, niestety woda była tylko zimna. Szybko się umyła, wzięła trochę wody z czajnika, by umyć zęby. Włożyła jeansy i czerwoną bluzkę, co prawda nie miała innego wyboru, do torby włożyła tylko te spodnie i bluzkę.
Zjadała śniadanie, zasłała łóżko. Wtedy zdała sobie sprawę, że nie wie, o której jest tu autobus do Białegostoku. Pobiegła na przystanek, ale tu nowe rozczarowanie, jakiś dobrodziej zamalował czarnym sprayem cały rozkład jazdy. Pomyślała o Kanusi, sama jej proponowała wczoraj pomoc. Poszła w tamtą stronę. Przed drzwiami sklepu stał mężczyzna około czterdziestki, gdy się zbliżała, uśmiechnął się do niej.
Odwzajemniła uśmiech.
- Dzień dobry – uśmiechnęła się znowu. – Pan jest synem pani Kanusi?
- Dzień dobry. Tak, mogę w czymś pomóc?
- Szukam pana mamy. Chciałam się dostać przed pierwszą do Białegostoku, ale rozkład jazdy jest zamazany sprayem. Może ona wie, o której będę miała autobus.
- Po co ma pani jechać autobusem? Ja jadę zaraz po towar do hurtowni to panią zabiorę. – Ze sklepu wyłoniła się tęga kobieta.
- O panienka Karska? – zapytała. – Jasne, po co ma pani tłuc się PKSem, Andrzej panią zawiezie.
- Tak, Elżbieta Karska, a pani zapewne żona pana Andrzeja, tak? – Po obliczu kobiety rozlał się szeroki uśmiech.
- Tak, Maryla Karnafel, przepraszam, że tak podejrzliwie do panienki podeszłam. -Uśmiechnęła się znowu. Ela uśmiechnęła się również, z zakłopotaniem.
- To ja przepraszam, ale nikogo prócz pani Kanusi nie znam. I jestem po prostu Ela, jesteśmy chyba w tym samym wieku.
Kobieta szturchnęła mężczyznę, aż ten stracił na chwilę równowagę. Gdy ją odzyskał uśmiechając się powiedział do Eli:
- Marylka wciąż nie zna własnej siły – i zarobił jeszcze jednego kuksańca, ale teraz lekkiego.
Elżbieta spojrzała na zegarek, była jedenasta.
- To o której pan, panie Andrzeju jedzie do tej hurtowni?
- Za pół godziny, jak pani chce, może pani wejść do mamy, bardzo się ucieszy. A ja jak będę jechał to przyjdę po panią.
- Cudownie. To idę – i poszła w stronę domu Kanusi.
Gdy potem jechała już w stronę Białegostoku w szoferce samochodu dostawczego rozmawiając z Andrzejem, nie mogła się nadziwić ile w Kanusi jest entuzjazmu.
- Twoja mama bardzo wiele przeszła, a mimo to jest tak naładowana pozytywną energią…nie mogę się nadziwić, wiesz? – Zagadnęła Andrzeja.
- Wiesz, tu jest wieś. Ja nie mówię, że to źle, tylko widzisz…- zawiesił głos – mama tej energii nabyła od twojej babci. Bo wieś, to wieś, inaczej ludzie myślą. Zwłaszcza, jak od kobiety ucieka mąż gdzieś w nieznane, a ona zostaje sama na kawałku ziemi i z trójką drobnych dzieci. Mama była zupełnie załamana…wiesz, pewnie by skończyło się na tym, że nas by wzięto do sierocińca, a matka, albo by się wykończyła, albo sama popełniłaby samobójstwo.
- Wiem, twój mama mi mówiła, przykro mi, naprawdę.
- Wiesz, tu każdy orze, jak może, a mama nagle stała się marginesem wsi, ni panna, ni mężatka i jeszcze my, a każdy z gębą do jedzenia. Ona była ładną kobietą – nagle zmienił temat – tylko życie ją tak szybko zżarło. Namawialiśmy ją, by sobie wprawiła zęby, ale nie chce.
- Wiesz, zęby, czy fryzjer nie zastąpią tej jej pogody ducha. Choć sama mówi, że tęskni za moją babcią, więc pewnie ta pogoda już nie pełna.
- One się bardzo zżyły, tyle lat, rozumiesz? Mama nie jest głupia, wiesz, nikt jej specjalnie do szkoły nie wysyłał, skończyła, co było trzeba i w pole, bo roboty na wsi huk. Potem wydali ją za mąż, no, a dalej znasz. Potem, jak pani Karska jej pomogła, zatrudniła na stałe u siebie, zaczęły stawać się sobie bliskie. Wiesz, zwłaszcza, że twoja babcia była równie samotna jak ona, choć tu była dziedziczka, a tu zwykła chłopka. Mama zaraziła się od twojej babci historią naszej wsi, nie jedno może ci opowiedzieć. – Uśmiechnął się.
- O, nie wiedziałam! – wykrzyknęła Ela – twoja mama może być mi skarbnicą wiedzy o mojej rodzinie? Wiesz, ja jej właściwie nie znam. Babci nigdy nie poznałam, mama odeszła od ojca, gdy byłam mała, nigdy się mną nie interesowała, wychował mnie ojciec.
- Wiem. Twoja babcia śledziła twoje losy, a mama też o tym w domu mówiła. Proszę, dojeżdżamy do Białegostoku.- zmienił temat – gdzie mam cię wysadzić?
- Jeśli można to na dworcu autobusowym, koleżanka ma do mnie przyjechać.
- Jasne. Pewnie będzie miała bagaże, co?
- Tak, nawet trochę moich.
- Słuchaj, zróbmy tak, podrzucę cię na dworzec, odbierzemy koleżankę i wrócicie ze mną, co?
- Wiesz, chciałam zrobić trochę zakupów, znaczy jeden poważny zakup, chciałam kupić komputer.
- To tym bardziej, zabieram was z sobą.
PiS przebrany za kutasa. Pupin w Polsce
Nie odgarniam od siebie.
Pięścią w stół przywalę, a gdy czas na to przyjdzie – Ja karczmę rozwalę, w święto lub dzień powszedni.
Żelazną pięścią.
Z kufli piwo niech bryzga tu i tam na szczęście.
Oczy szlachty spienione zamazuję człecze.
Oczy, nosy i usta. Ich dobra racja..
Ja kropię jak z kropidła dzisiaj chrztem chmielowym.
Basta! Jaramy szlugi. W dym siwy niewiasta
Jak Atena się wbija na party
Seksu dość.
Basta!
- Krwi! Krwi! – Woła jeden
- Cichaj, – Bo też dziecinne są te krwi rozlania – Odpowiadam – Rękawem pot wycieram z czoła. Ej za mało tego rękawa! Wciąż nowe ekscesy polityczne zamawiam, bo w blogach są biesy! Karczma dudni jak bęben.
- Wina Żydzie!
Pijemy.
- A co Waść dziś powiesz na onego Rachonia z Pisu, któren przecie, dziś za kutasa przebrany straszył nam Pupina gumy zmarszczeniem? Kondomiarz to szczery? – Czy jakieś skisłe dziecko? Weny za cholery w tym nie znajduję żadnej, choć to pijarowiec.
- Co powiem? – Wąs gładzę i nie spieszno mi głos zabierać, bom kilka niedziel temu do onej partyi ludzi namawiał – Głupek jest to straszny! – Mówię w końcu i zaraz szablę na stół kładę, niby jak argumentów braknie…
- A czemu to tak? Może i dobrze chciał, marny pytol zaprzysięgły? – Wiaruchna ku stołowi się garnie, szklanice potrąca a gębaczy bardzo!
-Słuchajcie – mówię – Oddać go pisowskiemu katu! Z jakiej strony nie patrzeć obciach i jaj niedorosłych marna wiocha! Za kutasa się przebierz i krzycz: „Polska! Polska!” – Ja pierwszy cię rozpłatam! Jak owieczkę marną rozerwę!
- Ale Moskwicin wredny jest! Pomnij Waszmość, że Moskal wszędy karakany zapuścił, gdzie doszedł w swej marności a za to krwią ludzką oblany niczym w królewskim płaszczu chodzi
- Gogola mi tu nie cytuj! Tu jest sprawa taka, że ów Rachoń jest Pisu lider lada jaki!
Za kutasa przebrany wrzeszczy, że morderca – Pupin żałośnie słucha – Znać, że przeniewierca, ale Moskwicin szczery – Co wiele tłumaczy!
- Moskwicin szczerym?
- Jasne! Car Cara tu baczy i obserwuje pilnie skąd się Car wychyla? W krzakach ruchy jakieś. Car się przebiera w stringi! Jakże by inaczej?
- A Tusk blisko serca! – Dopowiada pan Nowak – Wiedziony wyroki, kancelarii, gdzie znają nie takie podskoki – Narracji …
- Rachoń – mówię – Kutasem kwiczącym jak prosie!
Już się rozparłem i fufam. Fufam na armaty! Moskale i przemowy. Moskale to dranie, o czym wie każdy dzieciak. Żadne to zadanie – wytknąć Moskalom łgarstwo. Wstąpiłem na działo…
Jarek Kaczyński pędzi i pyta zbyt śmiało, kto zaprosił Pupina, do stołu, do łoża?
Obudził się niemowlak, gdy my ponad zboża położone w dożynki chcemy znów się łudzić – pokojem – Ten Jarosław chce w nas wojnę wzbudzić, choć armat przecie nie ma. Gdzie jego armaty?
Choć lonty dawno zgasły w tej rurze wszechświata, chce nam hetmanić. Brat brata i bratu nagle nie ufa.
Cóż za wielka strata!
Stoimy jak pod Pskowem.
Koń, człowiek, armata…
Dyć bitwa, lecz kto nam hetmani?
Pięścią w stół przywalę, a gdy czas na to przyjdzie – Ja karczmę rozwalę, w święto lub dzień powszedni.
Żelazną pięścią.
Z kufli piwo niech bryzga tu i tam na szczęście.
Oczy szlachty spienione zamazuję człecze.
Oczy, nosy i usta. Ich dobra racja..
Ja kropię jak z kropidła dzisiaj chrztem chmielowym.
Basta! Jaramy szlugi. W dym siwy niewiasta
Jak Atena się wbija na party
Seksu dość.
Basta!
- Krwi! Krwi! – Woła jeden
- Cichaj, – Bo też dziecinne są te krwi rozlania – Odpowiadam – Rękawem pot wycieram z czoła. Ej za mało tego rękawa! Wciąż nowe ekscesy polityczne zamawiam, bo w blogach są biesy! Karczma dudni jak bęben.
- Wina Żydzie!
Pijemy.
- A co Waść dziś powiesz na onego Rachonia z Pisu, któren przecie, dziś za kutasa przebrany straszył nam Pupina gumy zmarszczeniem? Kondomiarz to szczery? – Czy jakieś skisłe dziecko? Weny za cholery w tym nie znajduję żadnej, choć to pijarowiec.
- Co powiem? – Wąs gładzę i nie spieszno mi głos zabierać, bom kilka niedziel temu do onej partyi ludzi namawiał – Głupek jest to straszny! – Mówię w końcu i zaraz szablę na stół kładę, niby jak argumentów braknie…
- A czemu to tak? Może i dobrze chciał, marny pytol zaprzysięgły? – Wiaruchna ku stołowi się garnie, szklanice potrąca a gębaczy bardzo!
-Słuchajcie – mówię – Oddać go pisowskiemu katu! Z jakiej strony nie patrzeć obciach i jaj niedorosłych marna wiocha! Za kutasa się przebierz i krzycz: „Polska! Polska!” – Ja pierwszy cię rozpłatam! Jak owieczkę marną rozerwę!
- Ale Moskwicin wredny jest! Pomnij Waszmość, że Moskal wszędy karakany zapuścił, gdzie doszedł w swej marności a za to krwią ludzką oblany niczym w królewskim płaszczu chodzi
- Gogola mi tu nie cytuj! Tu jest sprawa taka, że ów Rachoń jest Pisu lider lada jaki!
Za kutasa przebrany wrzeszczy, że morderca – Pupin żałośnie słucha – Znać, że przeniewierca, ale Moskwicin szczery – Co wiele tłumaczy!
- Moskwicin szczerym?
- Jasne! Car Cara tu baczy i obserwuje pilnie skąd się Car wychyla? W krzakach ruchy jakieś. Car się przebiera w stringi! Jakże by inaczej?
- A Tusk blisko serca! – Dopowiada pan Nowak – Wiedziony wyroki, kancelarii, gdzie znają nie takie podskoki – Narracji …
- Rachoń – mówię – Kutasem kwiczącym jak prosie!
Już się rozparłem i fufam. Fufam na armaty! Moskale i przemowy. Moskale to dranie, o czym wie każdy dzieciak. Żadne to zadanie – wytknąć Moskalom łgarstwo. Wstąpiłem na działo…
Jarek Kaczyński pędzi i pyta zbyt śmiało, kto zaprosił Pupina, do stołu, do łoża?
Obudził się niemowlak, gdy my ponad zboża położone w dożynki chcemy znów się łudzić – pokojem – Ten Jarosław chce w nas wojnę wzbudzić, choć armat przecie nie ma. Gdzie jego armaty?
Choć lonty dawno zgasły w tej rurze wszechświata, chce nam hetmanić. Brat brata i bratu nagle nie ufa.
Cóż za wielka strata!
Stoimy jak pod Pskowem.
Koń, człowiek, armata…
Dyć bitwa, lecz kto nam hetmani?
Subskrybuj:
Posty (Atom)