![]() |
| Jacek |
sobota, 7 listopada 2009
Dom Elżbiety XII - Nowa opowieść ( Iwona )
Lekarz wraz z Andrzejem wbiegli do pokoju, a Kanusia nagle złapała Elę za rękę.
- Będzie próbowała tobą manipulować…- zdążyła jeszcze szepnąć.
Potem wszystko rozegrało się bardzo szybko, tlen, nosze i za chwilę karetka zniknęła im z pola widzenia.
Stali we troje na ganku, to znaczy Ela stała wraz z Marylą i Andrzejem. Maryla już teraz trochę bardziej opanowana, z lekko rozmazanym makijażem. Andrzej silnie zdenerwowany i Ela, która bała się o Kanusię, a zarazem zastanawiała, dlaczego Kanusia rozchorowała się tak bardzo na samo wspomnienie tej Zofii Mioduckiej?
- Pojadę za nimi – przerwał milczenie Andrzej – pojadę i się dowiem jak z mamą, co? – Spoglądał to na Marylę, to na Elę, jakby niepewny własnych słów, a może gdzieś podskórnie obawiał się jakiegoś nieszczęścia.
- Wiesz, nie powinieneś jechać sam, jesteś zdenerwowany – rozsądnie zauważyła Ela.- Może pojedziemy wszyscy, też się o twoją mamę boję.
- Marylko…- Andrzej patrzył z czułością na żonę – pojedziemy?
- Może jedź z Elżbietą, ja musiałabym się przebrać, zmyć ten rozmazany makijaż. Zadzwońcie, jak coś…czyli jak z mamą, dobrze – twarz Maryli zawsze pogodną spowijał lęk.
- Jasne mała – powiedział Andrzej uśmiechając się blado.- zadzwonimy zaraz jak się czegoś dowiemy, wiesz, możemy jechać skrótem, przez las, będziemy zaraz po karetce.
- Przez las? – Zdziwiła się Elżbieta.
- Tak, to krótsza droga, tyle, że niezbyt wygodna, ale ja tu znam każdą dziurę.
- Wiesz, że nie lubię, jak tamtędy jeździsz – Maryli chyba nie podobał się ten pomysł.
- Nic nam nie będzie i już się nie martw, ok.? Wskakuj do samochodu – zwrócił się do Eli – chyba, że i ty się boisz czarownic z naszego lasu.
- Czarownic? Dobra, jedźmy, szkoda czasu i wsiadła do szoferki dostawczego samochodu Andrzeja.
Jechali w milczeniu, Elżbieta zastanawiała się, o co chodziło Andrzejowi, mówiąc, czy nie boi się czarownic, ale jakoś nie umiała rozpocząć rozmowy. Andrzej też się nie odzywał, jakby zajęty tylko prowadzeniem samochodu i wpatrywaniem się w drogę, która rzeczywiście była wyboista. Z obu stron otaczał ich wysoki i teraz ciemny las. Spoglądając na mijające drzewa, można było odnieść wrażenie, że gałęzie wyciągają swoje palczaste szpony w ich kierunku, próbując ich pochwycić.
Nagle, coś przebiegło w poprzek drogi, coś przewinęło im się przed samą maską i jak się pojawiło tak znikło, choć Andrzej nacisnął na hamulec.
- Co to było? – Wychrypiał przerażony.
- Nie wiem, ale zwijajmy się stąd, ok.? – powiedziała Ela, bo stanęli w środku lasu.
- Fakt – przekręcił kluczyk w stacyjce i silnik znów ożył – nie przyjemnie tu, a i do Białegostoku jeszcze kawał drogi. Ale co to mogło być? Wyglądało jak człowiek.
- Tak, też to widziałam…a co miałeś na myśli mówiąc, czy nie boję się czarownic?
- E, tam, matka czasem gada bajdy, że tu jakaś czarownica jest, czy była, ludzie tu niechętnie przychodzą, wiesz, las stary, drzewa dość gęste, zawsze tu ciemno i ponuro, to i dobrobił się złej sławy.
- No, ale przyznasz, że tamto, co tam było, no wiesz…nie było z tego świata.
- E, pewnie wyobraźnia nam płata figle, pewnie to była sarna, albo coś.
- Może, ale mogłabym przysiąc, że widziałam twarz kobiety.
- Przez ten ułamek sekundy?
- Nie, jasne, może mi się przewidziało.- Ale gdzie w głębi, Ela wiedziała, że wcale jej się nie przewidziało i że przez drogę przebiegła kobieta w białej sukni.
Potem, gdy dojechali do szpitala, nadal nie mogła pozbyć się tego obrazu i słów Kanusi, które dzwoniły jej w uszach „ będzie chciała tobą manipulować”.
Andrzej poszedł się dowiedzieć, co z mamą, a Ela podeszła do automatu z kawą. Kawa była obrzydliwa, ale dawała się jej uspokoić. Po schodach zbiegł Andrzej.
- Z mamą lepiej, choć dają jej jeszcze tlen. Za chwilę możemy na chwilę do niej wejść. Dzwoniłem do Maryli, by ją uspokoić.
- Bardzo się cieszę, wystraszył mnie stan twojej mamy, wiesz?
- A mnie! Kurcze, nie pamiętam, kiedy widziałem matkę w takim stanie, chyba nigdy. Wiesz, matka ma astmę, ale nigdy nie było takich ataków. Lekarz mówi, że to był wpływ bardzo silnych emocji. Dlatego nic nie pomogło, wiesz, zawsze mama sobie psiknęła inhalartorkiem i przechodziło, a dziś…
- Myślę, że to moja wina, nie potrzebnie zapytałam się o tą Mioducką, to przeze mnie się rozchorowała. – Wyznanie Eli raczej rozbawiło Andrzeja.
- Żartujesz? Matka nigdy nie była mimozą, może po prostu tak się czasem przy astmie zdarza. Ona ma ją od wczesnej młodości, my byliśmy bardzo mali, to wtedy, gdy twoja babcia wyciągnęła do niej rękę.
- Wiem, rozumiem. Chodźmy teraz do twojej mamy. – Powiedziała, a Andrzej spojrzał na zegarek.
- Fakt, chyba możemy teraz tam na chwilę wejść.
Gdy weszli, zobaczyli Kanusię w białej pościeli, bladą, ale już bez tej zatrważającej siności. Uśmiechnęła się do nich i ciężko westchnęła.
- Pewnie jechał jak wariat? – Zapytała się Eli i spojrzała na Andrzeja.
- Nie, jechał ostrożnie.- Uśmiechnęła się Ela - baliśmy się o panią, dzięki Bogu, widzę, że już w porządku, prawda?
- Tak, ale doktory uparli się mnie zostawić tu na obserwacji, jakby nie mieli kogo obserwować, tylko starą babę.- Znów się blado uśmiechnęła do nich.
- Będzie próbowała tobą manipulować…- zdążyła jeszcze szepnąć.
Potem wszystko rozegrało się bardzo szybko, tlen, nosze i za chwilę karetka zniknęła im z pola widzenia.
Stali we troje na ganku, to znaczy Ela stała wraz z Marylą i Andrzejem. Maryla już teraz trochę bardziej opanowana, z lekko rozmazanym makijażem. Andrzej silnie zdenerwowany i Ela, która bała się o Kanusię, a zarazem zastanawiała, dlaczego Kanusia rozchorowała się tak bardzo na samo wspomnienie tej Zofii Mioduckiej?
- Pojadę za nimi – przerwał milczenie Andrzej – pojadę i się dowiem jak z mamą, co? – Spoglądał to na Marylę, to na Elę, jakby niepewny własnych słów, a może gdzieś podskórnie obawiał się jakiegoś nieszczęścia.
- Wiesz, nie powinieneś jechać sam, jesteś zdenerwowany – rozsądnie zauważyła Ela.- Może pojedziemy wszyscy, też się o twoją mamę boję.
- Marylko…- Andrzej patrzył z czułością na żonę – pojedziemy?
- Może jedź z Elżbietą, ja musiałabym się przebrać, zmyć ten rozmazany makijaż. Zadzwońcie, jak coś…czyli jak z mamą, dobrze – twarz Maryli zawsze pogodną spowijał lęk.
- Jasne mała – powiedział Andrzej uśmiechając się blado.- zadzwonimy zaraz jak się czegoś dowiemy, wiesz, możemy jechać skrótem, przez las, będziemy zaraz po karetce.
- Przez las? – Zdziwiła się Elżbieta.
- Tak, to krótsza droga, tyle, że niezbyt wygodna, ale ja tu znam każdą dziurę.
- Wiesz, że nie lubię, jak tamtędy jeździsz – Maryli chyba nie podobał się ten pomysł.
- Nic nam nie będzie i już się nie martw, ok.? Wskakuj do samochodu – zwrócił się do Eli – chyba, że i ty się boisz czarownic z naszego lasu.
- Czarownic? Dobra, jedźmy, szkoda czasu i wsiadła do szoferki dostawczego samochodu Andrzeja.
Jechali w milczeniu, Elżbieta zastanawiała się, o co chodziło Andrzejowi, mówiąc, czy nie boi się czarownic, ale jakoś nie umiała rozpocząć rozmowy. Andrzej też się nie odzywał, jakby zajęty tylko prowadzeniem samochodu i wpatrywaniem się w drogę, która rzeczywiście była wyboista. Z obu stron otaczał ich wysoki i teraz ciemny las. Spoglądając na mijające drzewa, można było odnieść wrażenie, że gałęzie wyciągają swoje palczaste szpony w ich kierunku, próbując ich pochwycić.
Nagle, coś przebiegło w poprzek drogi, coś przewinęło im się przed samą maską i jak się pojawiło tak znikło, choć Andrzej nacisnął na hamulec.
- Co to było? – Wychrypiał przerażony.
- Nie wiem, ale zwijajmy się stąd, ok.? – powiedziała Ela, bo stanęli w środku lasu.
- Fakt – przekręcił kluczyk w stacyjce i silnik znów ożył – nie przyjemnie tu, a i do Białegostoku jeszcze kawał drogi. Ale co to mogło być? Wyglądało jak człowiek.
- Tak, też to widziałam…a co miałeś na myśli mówiąc, czy nie boję się czarownic?
- E, tam, matka czasem gada bajdy, że tu jakaś czarownica jest, czy była, ludzie tu niechętnie przychodzą, wiesz, las stary, drzewa dość gęste, zawsze tu ciemno i ponuro, to i dobrobił się złej sławy.
- No, ale przyznasz, że tamto, co tam było, no wiesz…nie było z tego świata.
- E, pewnie wyobraźnia nam płata figle, pewnie to była sarna, albo coś.
- Może, ale mogłabym przysiąc, że widziałam twarz kobiety.
- Przez ten ułamek sekundy?
- Nie, jasne, może mi się przewidziało.- Ale gdzie w głębi, Ela wiedziała, że wcale jej się nie przewidziało i że przez drogę przebiegła kobieta w białej sukni.
Potem, gdy dojechali do szpitala, nadal nie mogła pozbyć się tego obrazu i słów Kanusi, które dzwoniły jej w uszach „ będzie chciała tobą manipulować”.
Andrzej poszedł się dowiedzieć, co z mamą, a Ela podeszła do automatu z kawą. Kawa była obrzydliwa, ale dawała się jej uspokoić. Po schodach zbiegł Andrzej.
- Z mamą lepiej, choć dają jej jeszcze tlen. Za chwilę możemy na chwilę do niej wejść. Dzwoniłem do Maryli, by ją uspokoić.
- Bardzo się cieszę, wystraszył mnie stan twojej mamy, wiesz?
- A mnie! Kurcze, nie pamiętam, kiedy widziałem matkę w takim stanie, chyba nigdy. Wiesz, matka ma astmę, ale nigdy nie było takich ataków. Lekarz mówi, że to był wpływ bardzo silnych emocji. Dlatego nic nie pomogło, wiesz, zawsze mama sobie psiknęła inhalartorkiem i przechodziło, a dziś…
- Myślę, że to moja wina, nie potrzebnie zapytałam się o tą Mioducką, to przeze mnie się rozchorowała. – Wyznanie Eli raczej rozbawiło Andrzeja.
- Żartujesz? Matka nigdy nie była mimozą, może po prostu tak się czasem przy astmie zdarza. Ona ma ją od wczesnej młodości, my byliśmy bardzo mali, to wtedy, gdy twoja babcia wyciągnęła do niej rękę.
- Wiem, rozumiem. Chodźmy teraz do twojej mamy. – Powiedziała, a Andrzej spojrzał na zegarek.
- Fakt, chyba możemy teraz tam na chwilę wejść.
Gdy weszli, zobaczyli Kanusię w białej pościeli, bladą, ale już bez tej zatrważającej siności. Uśmiechnęła się do nich i ciężko westchnęła.
- Pewnie jechał jak wariat? – Zapytała się Eli i spojrzała na Andrzeja.
- Nie, jechał ostrożnie.- Uśmiechnęła się Ela - baliśmy się o panią, dzięki Bogu, widzę, że już w porządku, prawda?
- Tak, ale doktory uparli się mnie zostawić tu na obserwacji, jakby nie mieli kogo obserwować, tylko starą babę.- Znów się blado uśmiechnęła do nich.
piątek, 6 listopada 2009
Szanowny Rządzie!
Na wstępie pragnę poinformować Szanowny Rząd, że w sklepach i kioskach można bez żadnych ograniczeń kupować karty do gry w taliach po 24, 32 i 52 kart. Ogólnie wiadomo, że karty te mogą służyć do uprawiania hazardu, który może prowadzić ludzi do upadku moralnego i finansowego. Nie od rzeczy będzie w tym miejscu wspomnieć, że gry takie powodują nie ewidencjonowany przepływ gotówki pomiędzy osobami grającymi, a możliwość ściągnięcia przez fiskusa należnych Państwu podatków jest iluzoryczna. Na dodatek karty sprzedaje się bez ograniczeń osobom małoletnim!
Postuluję wprowadzenie obowiązku sprawdzania dowodów osobistych nabywających karty oraz spisywanie ich danych wraz z peselem na specjalnych kartach ewidencji graczy w karty. Osoby małoletnie, które nie ukończyły 18 lat mogłyby kupować jedynie karty do gry w Piotrusia, a grać w brydża tylko w specjalnych klubach pod nadzorem dorosłych.
Przy okazji pragnę podziękować za pomysł urzędowej kontroli internetu. Blokowanie dostępu do stron niebezpiecznych jest akurat tym, czego potrzebuję. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie przecież protestował, gdy powaga urzędu odetnie go od stron promujących, pedofilę, hazard, terroryzm czy propagujących sianie nienawiści na tle i w ogóle. Mam nadzieję, że stworzenie takiego działającego mechanizmu da się pogodzić z możliwie szerokim zakresem definicji, szczególnie, jeśli chodzi o te dwie ostatnie, szczególnie niebezpieczne dla praworządności kwestie. Być może pomocą będą mogli posłużyć działacze organizacji „Nigdy więcej” Wspominam o nich, dlatego, że na stronie internetowej Gazety Wyborczej przed chwilą przeczytałem zatrważający tekst o sojuszu PZPN z kibolami. Przedstawiciele tych ostatnich sugerują, że „Nigdy więcej” straci swój cenzorski status na stadionach piłkarskich:
Co prawda Jacek Purski ze stowarzyszenia celnie ripostuje, ale niesmak i wątpliwości pozostały. Oto, co mówi ten dzielny młody zapewne człowiek, poświęcający swe życie walce z rasizmem i ksenofobią:
„ UEFA w walce z rasizmem na stadionach zaleca federacjom współpracę z "Nigdy więcej". Gdyby sami kibice mieli decydować, jakie symbole nie powinny znajdować się na stadionach, zrobilibyśmy duży krok w tył. Mam zapewnienie działaczy PZPN, że lista symboli zakazanych może zostać, co najwyżej poszerzona”
I takich postaw nam potrzeba, Szanowny Rządzie! Ludzi, którzy sami chcą decydować, w co grają, co wypisują albo czytają w internecie, a wreszcie, co krzyczą na meczach, czy wywieszają na stadionowych płotach, czas wreszcie nazwać po imieniu. To wichrzyciele, chamy i potencjalni przestępcy a z takimi ludźmi nam nie po drodze!
Szanowny Rządzie! I żeby temu łobuzowi Berlusconiemu ręki nie podawać – wraz ze szwagrem prosimy! Jaki on daje obywatelom przykład nieposłuszeństwa! Jaki wstyd dla całych Włoch i Sycylijczyków! Pizzy więcej do ust nie wezmę!
Właśnie. Dla poprawienia zdrowia obywateli możnaby wrócić do świeckiej tradycji i wprowadzić w sklepach i restauracjach poniedziałek jako dzień bezmięsny. Byłoby to rozwiązanie nowoczesne i przy okazji ukłon wobec dyskryminowanych przez katolicki „piątek” ateistycznie nastawionej mniejszości. Bo niby, dlaczego tylko katolicy mają prawo do postu, przez co strasznie się ostatnio rozbyczyli?
Zdrowia życzę i pieniędzy w budżecie!
Postuluję wprowadzenie obowiązku sprawdzania dowodów osobistych nabywających karty oraz spisywanie ich danych wraz z peselem na specjalnych kartach ewidencji graczy w karty. Osoby małoletnie, które nie ukończyły 18 lat mogłyby kupować jedynie karty do gry w Piotrusia, a grać w brydża tylko w specjalnych klubach pod nadzorem dorosłych.
Przy okazji pragnę podziękować za pomysł urzędowej kontroli internetu. Blokowanie dostępu do stron niebezpiecznych jest akurat tym, czego potrzebuję. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie przecież protestował, gdy powaga urzędu odetnie go od stron promujących, pedofilę, hazard, terroryzm czy propagujących sianie nienawiści na tle i w ogóle. Mam nadzieję, że stworzenie takiego działającego mechanizmu da się pogodzić z możliwie szerokim zakresem definicji, szczególnie, jeśli chodzi o te dwie ostatnie, szczególnie niebezpieczne dla praworządności kwestie. Być może pomocą będą mogli posłużyć działacze organizacji „Nigdy więcej” Wspominam o nich, dlatego, że na stronie internetowej Gazety Wyborczej przed chwilą przeczytałem zatrważający tekst o sojuszu PZPN z kibolami. Przedstawiciele tych ostatnich sugerują, że „Nigdy więcej” straci swój cenzorski status na stadionach piłkarskich:
Co prawda Jacek Purski ze stowarzyszenia celnie ripostuje, ale niesmak i wątpliwości pozostały. Oto, co mówi ten dzielny młody zapewne człowiek, poświęcający swe życie walce z rasizmem i ksenofobią:
„ UEFA w walce z rasizmem na stadionach zaleca federacjom współpracę z "Nigdy więcej". Gdyby sami kibice mieli decydować, jakie symbole nie powinny znajdować się na stadionach, zrobilibyśmy duży krok w tył. Mam zapewnienie działaczy PZPN, że lista symboli zakazanych może zostać, co najwyżej poszerzona”
I takich postaw nam potrzeba, Szanowny Rządzie! Ludzi, którzy sami chcą decydować, w co grają, co wypisują albo czytają w internecie, a wreszcie, co krzyczą na meczach, czy wywieszają na stadionowych płotach, czas wreszcie nazwać po imieniu. To wichrzyciele, chamy i potencjalni przestępcy a z takimi ludźmi nam nie po drodze!
Szanowny Rządzie! I żeby temu łobuzowi Berlusconiemu ręki nie podawać – wraz ze szwagrem prosimy! Jaki on daje obywatelom przykład nieposłuszeństwa! Jaki wstyd dla całych Włoch i Sycylijczyków! Pizzy więcej do ust nie wezmę!
Właśnie. Dla poprawienia zdrowia obywateli możnaby wrócić do świeckiej tradycji i wprowadzić w sklepach i restauracjach poniedziałek jako dzień bezmięsny. Byłoby to rozwiązanie nowoczesne i przy okazji ukłon wobec dyskryminowanych przez katolicki „piątek” ateistycznie nastawionej mniejszości. Bo niby, dlaczego tylko katolicy mają prawo do postu, przez co strasznie się ostatnio rozbyczyli?
Zdrowia życzę i pieniędzy w budżecie!
wtorek, 3 listopada 2009
Dom Elżbiety XI - Nowa opowieść
Stukanie było natarczywe, jakby ktoś walił na alarm.
Było późno, minęła już dziesiąta i nie spodziewała się nikogo. Gdy wyszła Kanusia, zamknęła drzwi i zabezpieczyła je łańcuszkiem.
Przeszła przez hol i z głośnym zapytaniem „kto tam” stanęła przy drzwiach.
- Elżbieta! – usłyszała po drugiej stronie głos Andrzeja – mama zasłabła, prosiła byś do niej przyszła.
Szybko zdjęła łańcuszek i otworzyła drzwi, po drugiej stronie stał przerażony Andrzej, syn Kanusi.
- Twoja mama zaledwie kilka minut temu ode mnie wyszła! To nie możliwe, by się jej coś stało, była w świetnej formie.
- To się stało jak wróciła do domu, nagle jęknęła, powiedziała, że powinna ci coś powiedzieć, a potem zaczęła łapać powietrze, jakby jej zabrakło tlenu. Karetka już przyjechała, lekarz chce ją wziąć na obserwację do szpitala, a ona się upiera, że nie pójdzie, jeśli ci czegoś nie powie.
- W takim razie, wejdź ja za chwilę będę gotowa, muszę tylko włożyć jakiś sweter, bo zrobiło się chłodno.
- Poczekam, pospiesz się, naprawdę mama wyglądała źle, a wiesz jaka jest uparta, nie podda się żadnym zabiegom ani prośbą Maryli, póki nie przekaże ci tego, co uważa, że musi.
Ela szybko włożyła pierwszy sweter który wyłowiła z jeszcze nie rozpakowanego nesesera. Przemknęło jej przez myśl, że powinna się była najpierw zająć rozpakowywaniem własnych rzeczy, a nie myszkowaniem po strychu. Podświadomie miała żal do siebie, że przy Kanusi poruszyła temat Zofii Mioduckiej, bo jak sądziła, to, to. wyprowadziło ją z równowagi. Widziała, jak zareagowała na sam dźwięk jej nazwiska.
- Już jestem gotowa – zwróciła się do stojącego wciąż w drzwiach Andrzeja. – Tylko zamknę drzwi i możemy iść.
Po drodze Andrzej się prawie nie odzywał, Ela widziała, że bardzo niepokoił się o matkę. Nagle, jakby głośno wyrażając własne myśli powiedział:
- O czym z mamą rozmawiałyście? Do domu przyszła jakaś nieswoja, wiesz, to taki typ człowieka, który nie potrafi usiedzieć w miejscu. A dziś jak od ciebie przyszła, usiadła ciężko w kuchni przy stole i siedziała, aż do momentu, gdy zasłabła.
- Zapytałam się jej o jedną moją krewną…Zofię Mioducką.
- Nie rozumiem, to ją tak wyprowadziło z równowagi?
- Podejrzewam, że tak. Nie wiedziałam, że to wywrze na niej takie wrażenie, wybacz. Sam mi polecałeś, bym się jej wypytała o swoich przodków.
- Mama z panią Karską wciąż o twojej rodzinie rozmawiały, szukały różnych źródeł informacji, więc…rozumiesz, mama jest skarbnicą wiedzy o waszej rodzinie. Widać, ta Mioducka jest jakaś trefna, bo ją naprawdę nie łatwo wyprowadzić z równowagi.
- Jasne, wiem.
Na tym rozmowa się skończyła i za chwilę doszli do domu Kanusi.
Kiedy weszli, lekarz z karetki próbował podać jej tlen, a ona nie dawała sobie pomóc, mimo, że twarz nabrała ziemistej barwy, a oczy okalały ciemne obwódki. W kuchni szlochała Maryla, jej obfity biust falował wraz z każdą falą łkania.
- Elżbieto! – Zawołała Kanusia gdy ją dostrzegła – muszę ci coś powiedzieć, to bardzo ważne – tu spojrzała wymownie na lekarza i syna.
Mężczyźni posłusznie usunęli się z pokoju, mimo, że lekarz się trochę opierał. Andrzej przekonał go, że tak będzie lepiej, bo matka i tak nie da za wygraną.
Kiedy tamci wyszli, Kanusia poprosiła, by Ela zamknęła drzwi i do niej podeszła.
- Pytałaś mi się o Zofię Mioducką – zaczęła, a świszczący oddech świadczył, że naprawdę powinien się nią zająć jak najszybciej lekarz – Uważaj, to bardzo niebezpieczna osoba. Nie wiem, czy zjawiła ci się we śnie, czy przemknęła jak mgła po domu…to zły duch twojej rodziny. – krople potu na czole Kanusi świadczyły ile wysiłku wkłada by ją ostrzec.
- Powinna pani jak najszybciej udać się do szpitala – Ela ze strachem przyglądała się zmienionej twarzy Kanusi – Nie wierzę w duchy, a zapytałam się, bo gdzieś w bibliotece znalazłam na kartce zapisane jej nazwisko.- Skłamała, by ją uspokoić.
- Niemożliwe! Pani Leokadia usunęła wszystko, co było z nią związane.- Na obrzeżach ust Kanusi zaczęły pojawiać się sinawe obwódki.
- Kanusiu droga, potem o tym porozmawiamy, ty teraz powinnaś jak najszybciej znaleźć się w szpitalu. – Ela była przerażana tym co się Kanusią działo – a nie ważne kim była ta Mioducka, teraz jesteś ważna ty.
- Nie! Muszę cię ostrzec. Panią Leokadię ta Zofia nachodziła w snach, ona się jej bała, czasem prosiła, bym u niej została na noc, to nie był zwykły lęk, to było przerażenie dziecko. Twoja babcia nie należała do osób strachliwych. Wiem, że Zofię usunięto z ksiąg rodzinnych i parafialnych. Była ekskomunikowana…- siność wokół ust Kanusi się pogłębiało, powietrze wciągane świszczało, a ona sama zaczęła tracić przytomność.
- Panie doktorze! – Wykrzyknęła Ela.
Było późno, minęła już dziesiąta i nie spodziewała się nikogo. Gdy wyszła Kanusia, zamknęła drzwi i zabezpieczyła je łańcuszkiem.
Przeszła przez hol i z głośnym zapytaniem „kto tam” stanęła przy drzwiach.
- Elżbieta! – usłyszała po drugiej stronie głos Andrzeja – mama zasłabła, prosiła byś do niej przyszła.
Szybko zdjęła łańcuszek i otworzyła drzwi, po drugiej stronie stał przerażony Andrzej, syn Kanusi.
- Twoja mama zaledwie kilka minut temu ode mnie wyszła! To nie możliwe, by się jej coś stało, była w świetnej formie.
- To się stało jak wróciła do domu, nagle jęknęła, powiedziała, że powinna ci coś powiedzieć, a potem zaczęła łapać powietrze, jakby jej zabrakło tlenu. Karetka już przyjechała, lekarz chce ją wziąć na obserwację do szpitala, a ona się upiera, że nie pójdzie, jeśli ci czegoś nie powie.
- W takim razie, wejdź ja za chwilę będę gotowa, muszę tylko włożyć jakiś sweter, bo zrobiło się chłodno.
- Poczekam, pospiesz się, naprawdę mama wyglądała źle, a wiesz jaka jest uparta, nie podda się żadnym zabiegom ani prośbą Maryli, póki nie przekaże ci tego, co uważa, że musi.
Ela szybko włożyła pierwszy sweter który wyłowiła z jeszcze nie rozpakowanego nesesera. Przemknęło jej przez myśl, że powinna się była najpierw zająć rozpakowywaniem własnych rzeczy, a nie myszkowaniem po strychu. Podświadomie miała żal do siebie, że przy Kanusi poruszyła temat Zofii Mioduckiej, bo jak sądziła, to, to. wyprowadziło ją z równowagi. Widziała, jak zareagowała na sam dźwięk jej nazwiska.
- Już jestem gotowa – zwróciła się do stojącego wciąż w drzwiach Andrzeja. – Tylko zamknę drzwi i możemy iść.
Po drodze Andrzej się prawie nie odzywał, Ela widziała, że bardzo niepokoił się o matkę. Nagle, jakby głośno wyrażając własne myśli powiedział:
- O czym z mamą rozmawiałyście? Do domu przyszła jakaś nieswoja, wiesz, to taki typ człowieka, który nie potrafi usiedzieć w miejscu. A dziś jak od ciebie przyszła, usiadła ciężko w kuchni przy stole i siedziała, aż do momentu, gdy zasłabła.
- Zapytałam się jej o jedną moją krewną…Zofię Mioducką.
- Nie rozumiem, to ją tak wyprowadziło z równowagi?
- Podejrzewam, że tak. Nie wiedziałam, że to wywrze na niej takie wrażenie, wybacz. Sam mi polecałeś, bym się jej wypytała o swoich przodków.
- Mama z panią Karską wciąż o twojej rodzinie rozmawiały, szukały różnych źródeł informacji, więc…rozumiesz, mama jest skarbnicą wiedzy o waszej rodzinie. Widać, ta Mioducka jest jakaś trefna, bo ją naprawdę nie łatwo wyprowadzić z równowagi.
- Jasne, wiem.
Na tym rozmowa się skończyła i za chwilę doszli do domu Kanusi.
Kiedy weszli, lekarz z karetki próbował podać jej tlen, a ona nie dawała sobie pomóc, mimo, że twarz nabrała ziemistej barwy, a oczy okalały ciemne obwódki. W kuchni szlochała Maryla, jej obfity biust falował wraz z każdą falą łkania.
- Elżbieto! – Zawołała Kanusia gdy ją dostrzegła – muszę ci coś powiedzieć, to bardzo ważne – tu spojrzała wymownie na lekarza i syna.
Mężczyźni posłusznie usunęli się z pokoju, mimo, że lekarz się trochę opierał. Andrzej przekonał go, że tak będzie lepiej, bo matka i tak nie da za wygraną.
Kiedy tamci wyszli, Kanusia poprosiła, by Ela zamknęła drzwi i do niej podeszła.
- Pytałaś mi się o Zofię Mioducką – zaczęła, a świszczący oddech świadczył, że naprawdę powinien się nią zająć jak najszybciej lekarz – Uważaj, to bardzo niebezpieczna osoba. Nie wiem, czy zjawiła ci się we śnie, czy przemknęła jak mgła po domu…to zły duch twojej rodziny. – krople potu na czole Kanusi świadczyły ile wysiłku wkłada by ją ostrzec.
- Powinna pani jak najszybciej udać się do szpitala – Ela ze strachem przyglądała się zmienionej twarzy Kanusi – Nie wierzę w duchy, a zapytałam się, bo gdzieś w bibliotece znalazłam na kartce zapisane jej nazwisko.- Skłamała, by ją uspokoić.
- Niemożliwe! Pani Leokadia usunęła wszystko, co było z nią związane.- Na obrzeżach ust Kanusi zaczęły pojawiać się sinawe obwódki.
- Kanusiu droga, potem o tym porozmawiamy, ty teraz powinnaś jak najszybciej znaleźć się w szpitalu. – Ela była przerażana tym co się Kanusią działo – a nie ważne kim była ta Mioducka, teraz jesteś ważna ty.
- Nie! Muszę cię ostrzec. Panią Leokadię ta Zofia nachodziła w snach, ona się jej bała, czasem prosiła, bym u niej została na noc, to nie był zwykły lęk, to było przerażenie dziecko. Twoja babcia nie należała do osób strachliwych. Wiem, że Zofię usunięto z ksiąg rodzinnych i parafialnych. Była ekskomunikowana…- siność wokół ust Kanusi się pogłębiało, powietrze wciągane świszczało, a ona sama zaczęła tracić przytomność.
- Panie doktorze! – Wykrzyknęła Ela.
poniedziałek, 2 listopada 2009
Dom Elżbiety X - Nowa opowieść ( Iwona )
Ela wzdrygnęła się patrząc na tą stronę tytułową. Minęło tyle lat, ponad sto. Zofia Mioducka mogła być babcią jej babci, a może nawet prababcią. Wpatrywała się w wyblakły atrament i odwaga ją opuściła, by przewrócić kartkę.
Gdy usłyszała pukanie d drzwi frontowych poczuła ulgę, jakby odroczenie egzekucji. Z drugiej strony była zażenowana, jakby ktoś przyłapał ją na czymś niedozwolonym.
Spanikowała i pierwszą dostępną rzeczą nakryła swoje znalezisko i wybiegła na spotkanie tego, kto stał za drzwiami.
A w drzwiach stała uśmiechnięta Kanusia.
- Witaj dziecko! Martwiła się o ciebie, więc przyszłam zobaczyć, czy wszystko w porządku.
- Dzień dobry, a właściwie dobry wieczór. Wieczór. U mnie wszystko w porządku, porządkowałam strych, bo mam tam zamiar zrobić sobie pracownię i nawet nie zauważyła upływu czasu.
- No to pewnie przyszłam nie w porę?- Pytanie Kanusi wprawiło ją w nowe zakłopotanie.
- Ależ skąd! – Wykrzyknęła – Już na dziś skończyłam. Zapraszam, może napijemy się herbaty? – I nie patrząc w oczy Kanusi skierowała się w stronę kuchni. Za sobą usłyszała jej głos.
- Herbata? Oczywiście, przyniosłam ci trochę konfitur wiśniowych i malin zagotowanych w cukrze.- Ela odwróciła się w jej stronę, teraz dopiero zauważyła wypchaną torbę Kanusi.
- Wprawia mnie pani, w coraz większe zakłopotanie, czym sobie na to zasłużyłam? Jak się pani zrewanżuję? Wciąż zeruję na pani jak pasożyt.
- O czym ty dziecko mówisz? To, że jesteś wnuczką pani Leokadii jest dla mnie równoznaczne, jakby była moim własnym dzieckiem. – I zaczęła wypakowywać torbę, nie zwracając uwagi na oponowanieElżbiety.
Za chwilę stół w kuchni wyglądał jak delikatesy, konfitura wiśniowa, maliny, grzybki marnowane. Na koniec wyciągnęła kartonowe pudełko.
- Przyniosłam ci kawałek placka, wczoraj upiekłam. To zwykły drożdżowiec z kruszonką, ale smaczny, może się nada do herbaty – spojrzała w stronę Eli.
- Matko! – wykrzyknęła Ela – Nie pamiętam, kiedy jadłam placek z kruszonką, a sama mam lewe ręce do spraw kuchennych.
Siedziały potem w wielkiej kuchni, popijając herbatę z pysznymi malinami i jedząc drożdżowiec z kruszonką.
W pewnej chwili Ela nie wytrzymała, wiedziała, że Kanusia trochę interesowała się jej rodem, więc zapytała.
- Kanusiu, powiedz, wiesz kim była Zofia Mioducka?
Zauważyła poruszenie na jej twarzy, nawet lęk, jakby jej słowa, czy ich sens stały się ogniskiem, czy pożarem.
- To twoja krewna…- zaczęła niepewnie – ale przecież masz tylu bardziej znanych i szanowanych…krewna o dość dziwnym życiorysie, nie zajmuj się nią. – Coś w jej głosie mówiło Elżbiecie, że jakby nawet obawiała się o tej Zofii Mioduckiej mówić.
- Nie rozumiem – Ela jednak ciągnęła temat – co dziwnego jest w jej życiorysie?
- Późno już – nagle Kanusia zerwała się z krzesła – muszę wracać. Może ci kiedyś o niej opowiem, ale w dzień, po nocy jakoś mi nie sporo.
Kanusia rzeczywiście nagle zaczęła się bardzo spieszyć i nawet Elżbieta nie zdołała jej zatrzymać. Jakby nazwisko zadziałało na nią, jak płachta na byka, co wprowadziło Elę w jeszcze większe zdziwienie.
Została sama, tam w pokoju leżało rozwiązanie, wystarczyło mieć trochę odwagi, by otworzyć księgę. Tylko, czy odwaga jej nie opuści? Czemu Kanusia nie chciała o tym mówić? Jakie tajemnice kryją się w tym pamiętniku?
Odruchowo, zaczęła sprzątać słoiczki ze stołu, wkładając wszystko do kredensu. Otwarte maliny włożyła do lodówki. Ściereczką zaczęła ścierać niewidzialny brud ze stołu, jakby bała się, że gdy wejdzie do pokoju, już nie będzie odwrotu.
„ Odwrotu od czego?” – zapytała samą siebie.
Zegar w pokoju wybił dziesiątą, wzdrygnęła się, na ten dźwięk. Zdała sobie sprawę, że jest tu sama, w wielkim domu na uboczu. Że w promieniu kilkudziesięciu metrów, nie ma prócz niej żywej duszy.
„A ciekawe ile duchów?” – powiedziała głośno, rozglądając się nagle. To głupie pytanie, wprowadziło ją w jeszcze większy niepokój.
„Czego się sama straszysz?”- powiedziała znów w próżnię – „przecież nic się nie dzieje, masz pamiętnik swojej pra pra babki i jako pisarka powinnaś kwiczeć z radości, czytając te zapiski”
I z tymi słowami na ustach weszła do pokoju. Teraz dopiero dostrzegła czym przykryła dziennik, to były jej koronkowe bokserki. Nie przypominała sobie jednak, by je tak precyzyjnie ułożyła, a właściwie włożyła na dziennik. Dziennik był w nie ubrany!
Pomyślała, że wariuje. Zdjęła majtki z księgi, otworzyła i zaczęła czytać.
Dzieje spisane,
Na klucz zamknięte.
Komu klucz spasuje,
Temu to ofiaruje.
Z.M.
Brzmiało motto, a dalej:
Dziś mam urodziny, skończyłam trzydzieści osiem lat. Postanowiłam spisać moje dzieje i zamknąć w sekretnym miejscu. Już obstalowałam stolarza, który mi zrobi płytę do szuflady, bym mogła to tam umieścić.
Nie chcę, by zostały po mnie tylko te złe wspomnienia, to co widoczne dla oczu. Jako wyklęta z Kościoła, nie mam do niego wstępu, więc, zapewne nie zostanę też pochowana w rodzinnym grobowcu.
Mówią, żem czarownica, że jestem nawiedzona przez złe duchy. Do tej części domu, nikt nie wchodzi prócz mojej pokojówki, a ja tu jestem jakoby w więzieniu. Oczywiście wyjść mogę, ale gdy widzę jak na mnie patrzą, z lękiem się przede mną rozsuwając, chowając za siebie dzieci…nie chcę wychodzić.
Moja córka się mnie wyrzekła. Ojciec zmarł ze zgryzoty. Uczyniłam wiele zła, ale chcę wszystko odpokutować. Stąd na stronie pierwszej ta ufność do Boga.
Kluczyk od mego pamiętnika przekażę, jako talizman w spadku swojej córce, chyba go uszanuje, dam też instrukcję, że niech on przechodzi z matki na córkę.
To tyle z racji wstępu, dla tego, kto to otworzył.
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
Nie wiem, gdzie zaczęło się moje życie. Ojciec znalazł mnie na progu domu, owiniętą w wełnianą narzutę. Kim jestem naprawdę, nikt nie wie. Ojciec mnie przygarnął i wychował jak własne dziecko. Pół roku wcześniej pochował swoją młodą żonę i córkę. Byłam mu jak wybawienie. A może rzeczywiście, jak szeptano po kątach, byłam jego nieślubnym dzieckiem, bękartem? Nie wiem i już się nie dowiem.
Dał mi nazwisko, pozycję. Sprowadził guwernantkę.
Gdy skończyłam lat dwanaście powiedział mi o tym, bał się, bym nie dowiedziała się tego od służby. Nigdy też nie odczułam, że jestem przez to mniej kochana, ojciec kochał mnie nad życie, byłam jego jedynym dzieckiem, jeśli to tak można określić. Nigdy powtórnie się nie ożenił, choć, nie był święty, wiem, że miewał kobiety w łożu.
Najczęściej, były to służące, ale…nie o ojcu miałam pisać.
Ela przerwała czytanie, wyraźnie słyszała, że ktoś dobija się do drzwi.
Gdy usłyszała pukanie d drzwi frontowych poczuła ulgę, jakby odroczenie egzekucji. Z drugiej strony była zażenowana, jakby ktoś przyłapał ją na czymś niedozwolonym.
Spanikowała i pierwszą dostępną rzeczą nakryła swoje znalezisko i wybiegła na spotkanie tego, kto stał za drzwiami.
A w drzwiach stała uśmiechnięta Kanusia.
- Witaj dziecko! Martwiła się o ciebie, więc przyszłam zobaczyć, czy wszystko w porządku.
- Dzień dobry, a właściwie dobry wieczór. Wieczór. U mnie wszystko w porządku, porządkowałam strych, bo mam tam zamiar zrobić sobie pracownię i nawet nie zauważyła upływu czasu.
- No to pewnie przyszłam nie w porę?- Pytanie Kanusi wprawiło ją w nowe zakłopotanie.
- Ależ skąd! – Wykrzyknęła – Już na dziś skończyłam. Zapraszam, może napijemy się herbaty? – I nie patrząc w oczy Kanusi skierowała się w stronę kuchni. Za sobą usłyszała jej głos.
- Herbata? Oczywiście, przyniosłam ci trochę konfitur wiśniowych i malin zagotowanych w cukrze.- Ela odwróciła się w jej stronę, teraz dopiero zauważyła wypchaną torbę Kanusi.
- Wprawia mnie pani, w coraz większe zakłopotanie, czym sobie na to zasłużyłam? Jak się pani zrewanżuję? Wciąż zeruję na pani jak pasożyt.
- O czym ty dziecko mówisz? To, że jesteś wnuczką pani Leokadii jest dla mnie równoznaczne, jakby była moim własnym dzieckiem. – I zaczęła wypakowywać torbę, nie zwracając uwagi na oponowanieElżbiety.
Za chwilę stół w kuchni wyglądał jak delikatesy, konfitura wiśniowa, maliny, grzybki marnowane. Na koniec wyciągnęła kartonowe pudełko.
- Przyniosłam ci kawałek placka, wczoraj upiekłam. To zwykły drożdżowiec z kruszonką, ale smaczny, może się nada do herbaty – spojrzała w stronę Eli.
- Matko! – wykrzyknęła Ela – Nie pamiętam, kiedy jadłam placek z kruszonką, a sama mam lewe ręce do spraw kuchennych.
Siedziały potem w wielkiej kuchni, popijając herbatę z pysznymi malinami i jedząc drożdżowiec z kruszonką.
W pewnej chwili Ela nie wytrzymała, wiedziała, że Kanusia trochę interesowała się jej rodem, więc zapytała.
- Kanusiu, powiedz, wiesz kim była Zofia Mioducka?
Zauważyła poruszenie na jej twarzy, nawet lęk, jakby jej słowa, czy ich sens stały się ogniskiem, czy pożarem.
- To twoja krewna…- zaczęła niepewnie – ale przecież masz tylu bardziej znanych i szanowanych…krewna o dość dziwnym życiorysie, nie zajmuj się nią. – Coś w jej głosie mówiło Elżbiecie, że jakby nawet obawiała się o tej Zofii Mioduckiej mówić.
- Nie rozumiem – Ela jednak ciągnęła temat – co dziwnego jest w jej życiorysie?
- Późno już – nagle Kanusia zerwała się z krzesła – muszę wracać. Może ci kiedyś o niej opowiem, ale w dzień, po nocy jakoś mi nie sporo.
Kanusia rzeczywiście nagle zaczęła się bardzo spieszyć i nawet Elżbieta nie zdołała jej zatrzymać. Jakby nazwisko zadziałało na nią, jak płachta na byka, co wprowadziło Elę w jeszcze większe zdziwienie.
Została sama, tam w pokoju leżało rozwiązanie, wystarczyło mieć trochę odwagi, by otworzyć księgę. Tylko, czy odwaga jej nie opuści? Czemu Kanusia nie chciała o tym mówić? Jakie tajemnice kryją się w tym pamiętniku?
Odruchowo, zaczęła sprzątać słoiczki ze stołu, wkładając wszystko do kredensu. Otwarte maliny włożyła do lodówki. Ściereczką zaczęła ścierać niewidzialny brud ze stołu, jakby bała się, że gdy wejdzie do pokoju, już nie będzie odwrotu.
„ Odwrotu od czego?” – zapytała samą siebie.
Zegar w pokoju wybił dziesiątą, wzdrygnęła się, na ten dźwięk. Zdała sobie sprawę, że jest tu sama, w wielkim domu na uboczu. Że w promieniu kilkudziesięciu metrów, nie ma prócz niej żywej duszy.
„A ciekawe ile duchów?” – powiedziała głośno, rozglądając się nagle. To głupie pytanie, wprowadziło ją w jeszcze większy niepokój.
„Czego się sama straszysz?”- powiedziała znów w próżnię – „przecież nic się nie dzieje, masz pamiętnik swojej pra pra babki i jako pisarka powinnaś kwiczeć z radości, czytając te zapiski”
I z tymi słowami na ustach weszła do pokoju. Teraz dopiero dostrzegła czym przykryła dziennik, to były jej koronkowe bokserki. Nie przypominała sobie jednak, by je tak precyzyjnie ułożyła, a właściwie włożyła na dziennik. Dziennik był w nie ubrany!
Pomyślała, że wariuje. Zdjęła majtki z księgi, otworzyła i zaczęła czytać.
Dzieje spisane,
Na klucz zamknięte.
Komu klucz spasuje,
Temu to ofiaruje.
Z.M.
Brzmiało motto, a dalej:
Dziś mam urodziny, skończyłam trzydzieści osiem lat. Postanowiłam spisać moje dzieje i zamknąć w sekretnym miejscu. Już obstalowałam stolarza, który mi zrobi płytę do szuflady, bym mogła to tam umieścić.
Nie chcę, by zostały po mnie tylko te złe wspomnienia, to co widoczne dla oczu. Jako wyklęta z Kościoła, nie mam do niego wstępu, więc, zapewne nie zostanę też pochowana w rodzinnym grobowcu.
Mówią, żem czarownica, że jestem nawiedzona przez złe duchy. Do tej części domu, nikt nie wchodzi prócz mojej pokojówki, a ja tu jestem jakoby w więzieniu. Oczywiście wyjść mogę, ale gdy widzę jak na mnie patrzą, z lękiem się przede mną rozsuwając, chowając za siebie dzieci…nie chcę wychodzić.
Moja córka się mnie wyrzekła. Ojciec zmarł ze zgryzoty. Uczyniłam wiele zła, ale chcę wszystko odpokutować. Stąd na stronie pierwszej ta ufność do Boga.
Kluczyk od mego pamiętnika przekażę, jako talizman w spadku swojej córce, chyba go uszanuje, dam też instrukcję, że niech on przechodzi z matki na córkę.
To tyle z racji wstępu, dla tego, kto to otworzył.
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
Nie wiem, gdzie zaczęło się moje życie. Ojciec znalazł mnie na progu domu, owiniętą w wełnianą narzutę. Kim jestem naprawdę, nikt nie wie. Ojciec mnie przygarnął i wychował jak własne dziecko. Pół roku wcześniej pochował swoją młodą żonę i córkę. Byłam mu jak wybawienie. A może rzeczywiście, jak szeptano po kątach, byłam jego nieślubnym dzieckiem, bękartem? Nie wiem i już się nie dowiem.
Dał mi nazwisko, pozycję. Sprowadził guwernantkę.
Gdy skończyłam lat dwanaście powiedział mi o tym, bał się, bym nie dowiedziała się tego od służby. Nigdy też nie odczułam, że jestem przez to mniej kochana, ojciec kochał mnie nad życie, byłam jego jedynym dzieckiem, jeśli to tak można określić. Nigdy powtórnie się nie ożenił, choć, nie był święty, wiem, że miewał kobiety w łożu.
Najczęściej, były to służące, ale…nie o ojcu miałam pisać.
Ela przerwała czytanie, wyraźnie słyszała, że ktoś dobija się do drzwi.
niedziela, 1 listopada 2009
Żeliwiak
Od kilku lat, kiedy pierwszego listopada zapalamy znicze na grobach naszych bliskich, mam przeczucie, że to już ostatni raz po tej, prawda, stronie. I zawsze to przeczucie mnie zawodzi. Czy to dobrze, czy źle, nie mnie sądzić, ale tak czy tak w końcu trafię. Zawsze jest jakiś ostatni raz.
Cmentarz jest zawsze pełen ludzi oraz ludzkich losów, ale dziś jest ludny. Opanowany przez jeszcze żywych. Spacerują, podziwiają iluminację, wspominają, niektórzy się modlą. Inni idą by być między ludźmi. Mówią.
Gdy cmentarz się rozrasta groby powstają w kolejności umierania. Nie, oczywiście są kwatery rodzinne. Grobowce wieloosobowe, ale nie o nich mowa. Moja mama zginęła w wypadku trzynaście lat temu i obok niej spoczywają ludzie, którzy zmarli jesienią 1996. Między innymi dwóch młodych chłopaków, którzy zginęli w wypadku, w miejscowej odlewni żeliwa. Pracowałem wówczas w tej firmie. Dwunastego grudnia 1996 roku, zginęło jednocześnie czterech młodych ludzi. Znałem ich pobieżnie, ale przecież znałem.
Wiecie jak to jest, gdy w małej firmie jednego dnia zginie czterech pracowników? To była wówczas głośna sprawa. Wspominam to dzisiaj, bo ich śmierć była – nie wiem jak to napisać – przejawem solidarności międzyludzkiej, koleżeństwa?
Pracowałem wówczas w dziale handlowym, w siedzibie firmy w Koninie, choć paradoksalnie budynek odlewni stoi sto metrów od mojego domu. Kiedy dowiedzieliśmy się o wypadku sądziliśmy, że podczas wytopu urwała się kadź z płynnym metalem. Było inaczej.
Wytop był przygotowany. W żeliwiaku już rozpalono. Na koksie leżała warstwa kamienia wapiennego. Prowadzący wytop zauważył, że wymurówka wewnętrzna pieca jest w jednym miejscu uszkodzona, a że piec był jeszcze zimny, zrzucił w czeluść stalową drabinkę i zszedł do środka. Nie ma tam wiele miejsca. Może metr szerokości. To był doświadczony pracownik, ale zszedł nieco za późno. Atmosfera beztlenowa. Osunął się tracąc przytomność. Dwóch jego młodych pomocników zeszło po niego. Ze strasznym skutkiem. Kolejny widząc, co się dzieje zbiegł po metalowych stopniach szukać ratunku. Przybiegł kierownik, ale wtedy był już tylko dym. Jedyną szansą stało się otwarcie pieca.
Wysypał się płonący koks, kamień i cztery ciała. W hali… nie, bez szczegółów.
Skąd się wzięły czwarte zwłoki? Ach, przez tę krótką chwilę nim nadbiegli odpowiedzialni, jeszcze jeden próbował sam ich wyciągnąć. Nie wiadomo czy zszedł, czy przewieszony przez otwór próbował sięgnąć, wyrwać śmierci ludzkie istnienie i spadł.
Straszna tragedia. Dotarłem tam wieczorem. Policja, prokuratura. Ludzie dosłownie skamieniali.
Piszę o tym, bo ciągle, na każdym kroku widzę smutne pamiątki tego wypadku. Stojąc przy grobie matki widzę grób jednego z tych chłopaków. Żył lat 21. Z okien domu widzę dom, który zdążył postawić Bronek, nim wszedł poprawiać ubytek wymurówki. Przez kolejne trzynaście lat pracowałem w tej firmie, w tym pięć na terenie odlewni. W 2001 jako ostatni schodziłem z jej pokładu, gdy firma przenosiła się do nowej siedziby. Nadzorowałem demontaż urządzeń, ich złomowanie. Na okna zakładaliśmy kraty. Zdemontowaliśmy urządzenia żeliwiaka, ale konstrukcja została. Góruje nad okolicą zardzewiały grzyb komina. Jest. Stoi we wnęce. Można wejść po stalowych schodkach i zajrzeć w czeluść. Teraz mieszkają tam wróble. Zaczynają się do mnie przyzwyczajać.
Wynająłem część tej hali i wraz z moją obecnością, miejsce powoli zaczyna ożywać. Po ośmiu latach. Wróblom wystarczy odrobina chleba i się zbliżają, zabawnie przekrzywiając łebki. Ale uwaga, dzielne wróble, bo do hali zaczął zaglądać całkiem obcy kot. Na razie wstawia przez drzwi swój szary pyszczek. Chwilę popatrzy, co też porabiam, miauknie i sobie idzie. Wszystko zatacza koło.
Gdy wieje wiatr żeliwiak ożywa. Tłuką się blachy, wiatr wyje w kominie, ruszają wielkie, niepotrzebne już wentylatory.
Cmentarz jest zawsze pełen ludzi oraz ludzkich losów, ale dziś jest ludny. Opanowany przez jeszcze żywych. Spacerują, podziwiają iluminację, wspominają, niektórzy się modlą. Inni idą by być między ludźmi. Mówią.
Gdy cmentarz się rozrasta groby powstają w kolejności umierania. Nie, oczywiście są kwatery rodzinne. Grobowce wieloosobowe, ale nie o nich mowa. Moja mama zginęła w wypadku trzynaście lat temu i obok niej spoczywają ludzie, którzy zmarli jesienią 1996. Między innymi dwóch młodych chłopaków, którzy zginęli w wypadku, w miejscowej odlewni żeliwa. Pracowałem wówczas w tej firmie. Dwunastego grudnia 1996 roku, zginęło jednocześnie czterech młodych ludzi. Znałem ich pobieżnie, ale przecież znałem.
Wiecie jak to jest, gdy w małej firmie jednego dnia zginie czterech pracowników? To była wówczas głośna sprawa. Wspominam to dzisiaj, bo ich śmierć była – nie wiem jak to napisać – przejawem solidarności międzyludzkiej, koleżeństwa?
Pracowałem wówczas w dziale handlowym, w siedzibie firmy w Koninie, choć paradoksalnie budynek odlewni stoi sto metrów od mojego domu. Kiedy dowiedzieliśmy się o wypadku sądziliśmy, że podczas wytopu urwała się kadź z płynnym metalem. Było inaczej.
Wytop był przygotowany. W żeliwiaku już rozpalono. Na koksie leżała warstwa kamienia wapiennego. Prowadzący wytop zauważył, że wymurówka wewnętrzna pieca jest w jednym miejscu uszkodzona, a że piec był jeszcze zimny, zrzucił w czeluść stalową drabinkę i zszedł do środka. Nie ma tam wiele miejsca. Może metr szerokości. To był doświadczony pracownik, ale zszedł nieco za późno. Atmosfera beztlenowa. Osunął się tracąc przytomność. Dwóch jego młodych pomocników zeszło po niego. Ze strasznym skutkiem. Kolejny widząc, co się dzieje zbiegł po metalowych stopniach szukać ratunku. Przybiegł kierownik, ale wtedy był już tylko dym. Jedyną szansą stało się otwarcie pieca.
Wysypał się płonący koks, kamień i cztery ciała. W hali… nie, bez szczegółów.
Skąd się wzięły czwarte zwłoki? Ach, przez tę krótką chwilę nim nadbiegli odpowiedzialni, jeszcze jeden próbował sam ich wyciągnąć. Nie wiadomo czy zszedł, czy przewieszony przez otwór próbował sięgnąć, wyrwać śmierci ludzkie istnienie i spadł.
Straszna tragedia. Dotarłem tam wieczorem. Policja, prokuratura. Ludzie dosłownie skamieniali.
Piszę o tym, bo ciągle, na każdym kroku widzę smutne pamiątki tego wypadku. Stojąc przy grobie matki widzę grób jednego z tych chłopaków. Żył lat 21. Z okien domu widzę dom, który zdążył postawić Bronek, nim wszedł poprawiać ubytek wymurówki. Przez kolejne trzynaście lat pracowałem w tej firmie, w tym pięć na terenie odlewni. W 2001 jako ostatni schodziłem z jej pokładu, gdy firma przenosiła się do nowej siedziby. Nadzorowałem demontaż urządzeń, ich złomowanie. Na okna zakładaliśmy kraty. Zdemontowaliśmy urządzenia żeliwiaka, ale konstrukcja została. Góruje nad okolicą zardzewiały grzyb komina. Jest. Stoi we wnęce. Można wejść po stalowych schodkach i zajrzeć w czeluść. Teraz mieszkają tam wróble. Zaczynają się do mnie przyzwyczajać.
Wynająłem część tej hali i wraz z moją obecnością, miejsce powoli zaczyna ożywać. Po ośmiu latach. Wróblom wystarczy odrobina chleba i się zbliżają, zabawnie przekrzywiając łebki. Ale uwaga, dzielne wróble, bo do hali zaczął zaglądać całkiem obcy kot. Na razie wstawia przez drzwi swój szary pyszczek. Chwilę popatrzy, co też porabiam, miauknie i sobie idzie. Wszystko zatacza koło.
Gdy wieje wiatr żeliwiak ożywa. Tłuką się blachy, wiatr wyje w kominie, ruszają wielkie, niepotrzebne już wentylatory.
sobota, 24 października 2009
Dom ElżbietyIX - Nowa opowieść
Była tak zaskoczona znaleziskiem, że chwilę nie mogła wyjść ze zdumienia. Była ciekawa jak tu długo to leżało i czemu nikt przed nią tego nie znalazł? Przecież szuflada była widocznie płytsza…a może tylko ona chciała coś znaleźć? Może nikt przedtem niczego nigdy nie szukał?
No tak, ale kluczyk? Przecież powinno kogoś to zainteresować, że jest kluczyk, a nie ma zamka? Powinny już wtedy nastąpić poszukiwania, a jednak nikt niczego nie szukał.
Matka chciała, co prawda wyłudzić ten kluczyk od babci, ale czy powodem tego było, że też chciała poszukać tego, co ten kluczyk otwiera, czy ze względów emocjonalnych? Tego już się nie dowie. Wpatrywała się w tą księgę – dziennik, boją się jej dotknąć, zbrukać, a z drugiej strony ciekawość aż paliła jej zmysły.
Wpatrywała się w zameczek księgi, idealnie podobny do srebrnego kluczyka, który leżał na dole i podświadomie wiedziała, że pasują do siebie idealnie.
Wreszcie wzięła księgę do ręki, była ciężka, cięższa niż się spodziewała, wciąż miała mieszane uczucia, czy powinna ją otworzyć…ale przecież po to ten kluczyk był przechowywany. Może to na nią czekał i kluczyk i zapomniany dziennik, zapiski kogoś, kto chciał jej coś przekazać z przeszłości?
Zeszła na dół, kierując się wprost do sypialni, gdzie był klucz. Dziennik położyła na stole i wyjęła z pudełka z monetami kluczyk. Dziwne, bo nie wydawał się taki zimny jak dotychczas, może to bliskość dziennika zmieniła jakoś jego strukturę? Znów obeszły ją wątpliwości, czy zasługuję na to, by tą księgę ludzkiego losu otworzyć.
Z rozmyślań wyrwała ją melodyjka w komórce, podeszła do łóżka, bo tam ją zostawiła.
Odebrała, po drugiej stronie odezwał się zniecierpliwiony głos Karoliny.
- Dziewczyno, myślałam, że umarłaś! Dzwonię już od kilku godzin, by się z tobą skontaktować.
- Przepraszam, byłam na strychu, komórkę zostawiłam na dole. Ale usiądź, jeśli stoisz, bo mam sensację!
- Siedzę, a nie mów, że odnalazłaś to, co otwiera ten twój kluczyk…wiesz, nawet ja miałam o tym twoim kluczyku sny.
- Odnalazłam, to chyba jakiś pamiętnik, wiesz, mam mieszane uczucia, czy go otworzyć.
- Zwariowałaś! To znak, że właśnie to co się tam znajduję, jest przeznaczone dla ciebie. Powinnaś go przeczytać. Gdzie go znalazłaś?
- Był w kredensie schowany w sekretnej szufladzie, wiesz szuflada miała podwójne dno. Nie wiem, jak innym mogło to umknąć, że jedna z szuflad jest dużo płytsza od pozostałych. Poza tym, nie wiem, kiedy ten kredens został wyniesiony jako rupieć, na strych. Zbyt dużo znaków zapytania, a nie wiem, czy otwarcie tej księgi żywota mi coś wyjaśni. Na przykład, czemu pamiętnik został ukryty…
- Nigdy się nie dowiesz, jeśli go nie przeczytasz, może tam właśnie znajdziesz odpowiedzi na te pytania. Cholera, chciałabym tam teraz z tobą być.
- Też bym wolała, żebyś tu była, jakoś raźniej mi z tobą. Kiedy będziesz mogła przyjechać?
- Zamykamy kwartał, więc nie prędzej jak na początku lipca.
- To jeszcze całe dwa tygodnie.
- Wiesz, mogę też rzucić pracę, bo mi obmierzła…ale z czego będę żyła? – zaśmiała się ironicznie.
- Jasne rozumiem, wiem, że ty jesteś realistka.
- Czasem wolałaby pobujać trochę w obłokach jak ty, ale zbyt szybko spadam z tych obłoków.
- Dobra, nie nabijaj się ze mnie, dobrze.?
- A swoją drogą, wiesz, kto się o ciebie dopytuję?
- Kto?
- Marek.
- Co mu powiedziałaś?
- Nic, tylko to, że wyjechałaś i nie zamierzasz wracać.
- Ale nie mówiłaś mu gdzie dokładnie jestem?
- Nie, choć próbował to ze mnie wyciągnąć. Podejrzewam, że zainteresował go ten spadek, który dostałaś, chyba ma na niego chęć. Wie też, że gdyby tylko miał możliwość, szybko by cię przekabacił.
- Wiem, dlatego nie chcę się z nim kontaktować. Ojciec i jak się okazało babcia, mieli o nim złe zdanie, a właściwie go nie znali. Wiesz, to dobry aktor, zwłaszcza na scenie życia…
- Ela, ja to wiem, wiesz, że też nie mam o nim najlepszego zdania, to pozer.
- Właśnie, tyle, że ja, żeby to zauważyć, musiałam stracić piętnaście lat życia.
- Znaczy, że jesteś już wyleczona, skoro tak mówisz. Jednak Marek ci nie zagraża.
- Myślisz?
- Tak, bo jeszcze dwa tygodnie temu, gdy tak powiedziałam, zaczęłaś go bronić i obwiniać siebie.
- Naprawdę?
- Tak, nie pamiętasz?
- Wiesz, od czasu gdy tu jestem, wszystko straciło na wyrazistości, z tamtym moim życiem łączę dziś tylko ciebie.
- Dzięki. Dobra, wiem, że nie umarłaś, cieszę się, że odnalazłaś pamiętnik, będę kończyć, bo padam na twarz. A jutro znów orka w pracy. Trzymaj się i zadzwoń, jak czegoś się dowiesz z tego pamiętnika, ok.?
- Ok. Pa i pamiętaj, nie mów Markowi gdzie jestem.
- Jasne, pa mała.
Telefon zamilkł, a Elżbieta wpatrywała się w wyświetlacz, było dwadzieścia po ósmej, więc całe popołudnie była na strychu? Nie mogła w to uwierzyć. Wydawało jej się, że była tam najwyżej godzinę.
Podeszła do stołu, znów spojrzała na księgę i na kluczyk, czekały jakby na nią i na to co z nimi uczyni. Przejechała palcami po zamku pamiętnika, westchnęła, jakoś brakowało jej odwagi, by skalać to, co owa księga zawiera. Wreszcie położyła dłoń na kluczyku, był ciepły, nie gorący, ale jakby emanował jakimś wewnętrznym ciepłem, zdziwiła się i lekko zlękła.
„Co jest?”- zapytała głośno, a zarazem własnym głosem chciała rozproszyć niepokój, który nią owładnął, gdy poczuła ciepło klucza.
„ Chcesz, bym to przeczytała?”- Pytanie to zadała ścianą domu, a właściwie temu, czego czuła podskórnie obecność. Wtedy poczuła podświadomie przymus otwarcia pamiętnika, włożyła klucz do zamka i delikatnie przekręciła. Mechanizm zadziałał bez zarzutu, poczuła jak odskakuje to co ją blokowało.
Księga była otwarta, teraz wystarczyło tylko otworzyć okutą i oprawną w skórę okładkę, wedrzeć się do środka.
Wyjęła kluczyk, by nie zginął i włożyła do kieszeni jeansów. Otworzyła pamiętnik, zapachniało starym papierem. Na stronie tytułowej był wykaligrafowany napis.
W Bogu nadzieja.
A pod spodem: Zofia Mioducka A.D. 1897
No tak, ale kluczyk? Przecież powinno kogoś to zainteresować, że jest kluczyk, a nie ma zamka? Powinny już wtedy nastąpić poszukiwania, a jednak nikt niczego nie szukał.
Matka chciała, co prawda wyłudzić ten kluczyk od babci, ale czy powodem tego było, że też chciała poszukać tego, co ten kluczyk otwiera, czy ze względów emocjonalnych? Tego już się nie dowie. Wpatrywała się w tą księgę – dziennik, boją się jej dotknąć, zbrukać, a z drugiej strony ciekawość aż paliła jej zmysły.
Wpatrywała się w zameczek księgi, idealnie podobny do srebrnego kluczyka, który leżał na dole i podświadomie wiedziała, że pasują do siebie idealnie.
Wreszcie wzięła księgę do ręki, była ciężka, cięższa niż się spodziewała, wciąż miała mieszane uczucia, czy powinna ją otworzyć…ale przecież po to ten kluczyk był przechowywany. Może to na nią czekał i kluczyk i zapomniany dziennik, zapiski kogoś, kto chciał jej coś przekazać z przeszłości?
Zeszła na dół, kierując się wprost do sypialni, gdzie był klucz. Dziennik położyła na stole i wyjęła z pudełka z monetami kluczyk. Dziwne, bo nie wydawał się taki zimny jak dotychczas, może to bliskość dziennika zmieniła jakoś jego strukturę? Znów obeszły ją wątpliwości, czy zasługuję na to, by tą księgę ludzkiego losu otworzyć.
Z rozmyślań wyrwała ją melodyjka w komórce, podeszła do łóżka, bo tam ją zostawiła.
Odebrała, po drugiej stronie odezwał się zniecierpliwiony głos Karoliny.
- Dziewczyno, myślałam, że umarłaś! Dzwonię już od kilku godzin, by się z tobą skontaktować.
- Przepraszam, byłam na strychu, komórkę zostawiłam na dole. Ale usiądź, jeśli stoisz, bo mam sensację!
- Siedzę, a nie mów, że odnalazłaś to, co otwiera ten twój kluczyk…wiesz, nawet ja miałam o tym twoim kluczyku sny.
- Odnalazłam, to chyba jakiś pamiętnik, wiesz, mam mieszane uczucia, czy go otworzyć.
- Zwariowałaś! To znak, że właśnie to co się tam znajduję, jest przeznaczone dla ciebie. Powinnaś go przeczytać. Gdzie go znalazłaś?
- Był w kredensie schowany w sekretnej szufladzie, wiesz szuflada miała podwójne dno. Nie wiem, jak innym mogło to umknąć, że jedna z szuflad jest dużo płytsza od pozostałych. Poza tym, nie wiem, kiedy ten kredens został wyniesiony jako rupieć, na strych. Zbyt dużo znaków zapytania, a nie wiem, czy otwarcie tej księgi żywota mi coś wyjaśni. Na przykład, czemu pamiętnik został ukryty…
- Nigdy się nie dowiesz, jeśli go nie przeczytasz, może tam właśnie znajdziesz odpowiedzi na te pytania. Cholera, chciałabym tam teraz z tobą być.
- Też bym wolała, żebyś tu była, jakoś raźniej mi z tobą. Kiedy będziesz mogła przyjechać?
- Zamykamy kwartał, więc nie prędzej jak na początku lipca.
- To jeszcze całe dwa tygodnie.
- Wiesz, mogę też rzucić pracę, bo mi obmierzła…ale z czego będę żyła? – zaśmiała się ironicznie.
- Jasne rozumiem, wiem, że ty jesteś realistka.
- Czasem wolałaby pobujać trochę w obłokach jak ty, ale zbyt szybko spadam z tych obłoków.
- Dobra, nie nabijaj się ze mnie, dobrze.?
- A swoją drogą, wiesz, kto się o ciebie dopytuję?
- Kto?
- Marek.
- Co mu powiedziałaś?
- Nic, tylko to, że wyjechałaś i nie zamierzasz wracać.
- Ale nie mówiłaś mu gdzie dokładnie jestem?
- Nie, choć próbował to ze mnie wyciągnąć. Podejrzewam, że zainteresował go ten spadek, który dostałaś, chyba ma na niego chęć. Wie też, że gdyby tylko miał możliwość, szybko by cię przekabacił.
- Wiem, dlatego nie chcę się z nim kontaktować. Ojciec i jak się okazało babcia, mieli o nim złe zdanie, a właściwie go nie znali. Wiesz, to dobry aktor, zwłaszcza na scenie życia…
- Ela, ja to wiem, wiesz, że też nie mam o nim najlepszego zdania, to pozer.
- Właśnie, tyle, że ja, żeby to zauważyć, musiałam stracić piętnaście lat życia.
- Znaczy, że jesteś już wyleczona, skoro tak mówisz. Jednak Marek ci nie zagraża.
- Myślisz?
- Tak, bo jeszcze dwa tygodnie temu, gdy tak powiedziałam, zaczęłaś go bronić i obwiniać siebie.
- Naprawdę?
- Tak, nie pamiętasz?
- Wiesz, od czasu gdy tu jestem, wszystko straciło na wyrazistości, z tamtym moim życiem łączę dziś tylko ciebie.
- Dzięki. Dobra, wiem, że nie umarłaś, cieszę się, że odnalazłaś pamiętnik, będę kończyć, bo padam na twarz. A jutro znów orka w pracy. Trzymaj się i zadzwoń, jak czegoś się dowiesz z tego pamiętnika, ok.?
- Ok. Pa i pamiętaj, nie mów Markowi gdzie jestem.
- Jasne, pa mała.
Telefon zamilkł, a Elżbieta wpatrywała się w wyświetlacz, było dwadzieścia po ósmej, więc całe popołudnie była na strychu? Nie mogła w to uwierzyć. Wydawało jej się, że była tam najwyżej godzinę.
Podeszła do stołu, znów spojrzała na księgę i na kluczyk, czekały jakby na nią i na to co z nimi uczyni. Przejechała palcami po zamku pamiętnika, westchnęła, jakoś brakowało jej odwagi, by skalać to, co owa księga zawiera. Wreszcie położyła dłoń na kluczyku, był ciepły, nie gorący, ale jakby emanował jakimś wewnętrznym ciepłem, zdziwiła się i lekko zlękła.
„Co jest?”- zapytała głośno, a zarazem własnym głosem chciała rozproszyć niepokój, który nią owładnął, gdy poczuła ciepło klucza.
„ Chcesz, bym to przeczytała?”- Pytanie to zadała ścianą domu, a właściwie temu, czego czuła podskórnie obecność. Wtedy poczuła podświadomie przymus otwarcia pamiętnika, włożyła klucz do zamka i delikatnie przekręciła. Mechanizm zadziałał bez zarzutu, poczuła jak odskakuje to co ją blokowało.
Księga była otwarta, teraz wystarczyło tylko otworzyć okutą i oprawną w skórę okładkę, wedrzeć się do środka.
Wyjęła kluczyk, by nie zginął i włożyła do kieszeni jeansów. Otworzyła pamiętnik, zapachniało starym papierem. Na stronie tytułowej był wykaligrafowany napis.
W Bogu nadzieja.
A pod spodem: Zofia Mioducka A.D. 1897
Subskrybuj:
Posty (Atom)
