Może jestem trochę zbyt staroświecki ale cwaniactwo to jedna z ostatnich cech jakich oczekuję od rządzących Polską w stosunku do jej obywateli.
Jak tak dalej pójdzie, za kilka miesięcy, oficjalny komunikat o kolejnej podwyżce podatków może zaczynać się od słów:
"Spoko loko, zajumaliśmy ino kaskę skitraną przez bogoli a was skubniemy troszku..."
Cwaniactwo wykazane przedwczoraj i dzisiaj osobliwie razi w kontraście do cielęcej wręcz naiwności jaką Władza okazuje na arenie międzynarodowej.
Przy okazji biorąc pod uwagę, że pojutrze obchodzimy 90 rocznicę Bitwy Warszawskiej można przypomnieć starodawny acz mało znany wierszyk:
"Patrz Piłsudski na nas z nieba
Przynieś nam kawałek chleba"
Cwaniaczki się znaleźli, psia krew!
sobota, 14 sierpnia 2010
piątek, 13 sierpnia 2010
Powrót synów marnotrawnych
Trzecia RP miała dwa rodzaje publicystów. Do pierwszego należeli ci, którzy znali i znają się na adresach i bez żadnego GPS wiedzieli i wiedzą skąd wieje wiatr i dlaczego z siedziby na Czerskiej. Do drugiego gatunku zaliczamy tych, którzy opuścili dom Pana Michnika ( dalej nazywanego Panem ) i jego zatroskanych o Polskę towarzyszy.
Poprosili na odchodnym o należną im część majątku i opuścili dom naprawdę twórczej pracy. Wszystko jednak roztrwonili żyjąc rozrzutnie i dopuszczając się na łamach oraz w okupowanej przez siebie telewizji licznych ataków na mądrość oraz szczerość intencji pisarczyków zatrudnionych w domu Pana.
Do pewnego momentu żyło im się znośnie, ale los ukarał ich apartamentami, kredytami oraz towarzystwem sprytnych niewiast. Wielu z tych co odeszli z domu Pana zaczęło cierpieć niedostatek. W wielu redakcjach, gdzie znaleźli swoje miejsce nastał głód.
I przyszedł czas, że zapragnęli pożywić się czymkolwiek, choćby tym, czym żywiły się zwykli ludzie, czyli wedle nowomodnej nomenklatury - świnie, których, które podjęli się pasać.
Ale nawet tego nikt im nie chciał dać, ponieważ na skutek swoich wołających o pomstę do nieba błędów zostali wyrzuceni poza nawias publicznego dyskursu. Nawet chłopcy popychający fajerkę kijkiem albo strzelający z procy, odwrócili się od nich z pogardą, jako od oszołomów i pisowczyków.
Wtedy zebrali się i zaczęli kombinować, co robić dalej by znowu powróciły czasy tłustej krowy?
I wstał naczelny, a kiedy już stał przemówił:
-Iluż to najemników pióra i antygramatycznych durniów w domu na Czerskiej albo w TVN24 ma pod dostatkiem chleba, a ja, publicystyczny talent pierwszej wody, od zaległości płatniczych tutaj z głodu ginę?
Postanowili wówczas wrócić na jedyną wartościową ścieżkę, czyli ścieżkę prowadzącą do osiągnięcia prawdziwej wartości. I każdy udał się do swego domu, gdzie pisali teksty, które miały być właśnie ich ścieżką powrotną, albowiem każdy z nich miał talent i to nieuchwytne coś.
A w mailach wysyłanych pod adres redakcji Pana prosili by uczyniono z nich najemników. I wszyscy byli dobrej myśli poza czytelnikami, którzy dziwili się nie rozumiejąc tak nagłej zmiany.
Kiedy tylko Pan ujrzał wracających do domu synów, których uważał za bezpowrotnie straconych dla sprawy: Lisickiego, Jankego, Ziemkiewicza i wielu, wielu innych, którzy dotychczas bruździli mu i przeszkadzali w cieszeniu się życiem, wzruszył się, rzucił im się na szyje i kolejno ucałował.
Przyznali się do swych licznych win, a Pan kazał ich przystroić i wyprawić ucztę, by wszyscy mogli radować się z powodu ich powrotu. I radowali się wszyscy poza ich czytelnikami, którzy szlifowali bruki i sami do siebie mówili:
- Heloł, o co tu chodzi?
Szczodrość Pana oburzyła takze tych, którzy przez cały czas trwali przy Panu i cierpieli z tego powodu wiele niewygód i przez lata walczyli z ciemnogrodem oraz pisowską opresją. Pan pouczył ich, by cieszyli się z powodu tak znakomitych publicystów, którzy byli jakby umarli a znów ożyli, zaginęli, a odnaleźli się.
A kiedy napierali, buntowali się i mówili złe słowa, Pan wskazał im miejsca które zajmą w mediach elektronicznych. I rozbiegli się wówczas po Warszawie szukać naprawdę dobrych szampanów. I wszyscy sławili mądrość Pana!
Poprosili na odchodnym o należną im część majątku i opuścili dom naprawdę twórczej pracy. Wszystko jednak roztrwonili żyjąc rozrzutnie i dopuszczając się na łamach oraz w okupowanej przez siebie telewizji licznych ataków na mądrość oraz szczerość intencji pisarczyków zatrudnionych w domu Pana.
Do pewnego momentu żyło im się znośnie, ale los ukarał ich apartamentami, kredytami oraz towarzystwem sprytnych niewiast. Wielu z tych co odeszli z domu Pana zaczęło cierpieć niedostatek. W wielu redakcjach, gdzie znaleźli swoje miejsce nastał głód.
I przyszedł czas, że zapragnęli pożywić się czymkolwiek, choćby tym, czym żywiły się zwykli ludzie, czyli wedle nowomodnej nomenklatury - świnie, których, które podjęli się pasać.
Ale nawet tego nikt im nie chciał dać, ponieważ na skutek swoich wołających o pomstę do nieba błędów zostali wyrzuceni poza nawias publicznego dyskursu. Nawet chłopcy popychający fajerkę kijkiem albo strzelający z procy, odwrócili się od nich z pogardą, jako od oszołomów i pisowczyków.
Wtedy zebrali się i zaczęli kombinować, co robić dalej by znowu powróciły czasy tłustej krowy?
I wstał naczelny, a kiedy już stał przemówił:
-Iluż to najemników pióra i antygramatycznych durniów w domu na Czerskiej albo w TVN24 ma pod dostatkiem chleba, a ja, publicystyczny talent pierwszej wody, od zaległości płatniczych tutaj z głodu ginę?
Postanowili wówczas wrócić na jedyną wartościową ścieżkę, czyli ścieżkę prowadzącą do osiągnięcia prawdziwej wartości. I każdy udał się do swego domu, gdzie pisali teksty, które miały być właśnie ich ścieżką powrotną, albowiem każdy z nich miał talent i to nieuchwytne coś.
A w mailach wysyłanych pod adres redakcji Pana prosili by uczyniono z nich najemników. I wszyscy byli dobrej myśli poza czytelnikami, którzy dziwili się nie rozumiejąc tak nagłej zmiany.
Kiedy tylko Pan ujrzał wracających do domu synów, których uważał za bezpowrotnie straconych dla sprawy: Lisickiego, Jankego, Ziemkiewicza i wielu, wielu innych, którzy dotychczas bruździli mu i przeszkadzali w cieszeniu się życiem, wzruszył się, rzucił im się na szyje i kolejno ucałował.
Przyznali się do swych licznych win, a Pan kazał ich przystroić i wyprawić ucztę, by wszyscy mogli radować się z powodu ich powrotu. I radowali się wszyscy poza ich czytelnikami, którzy szlifowali bruki i sami do siebie mówili:
- Heloł, o co tu chodzi?
Szczodrość Pana oburzyła takze tych, którzy przez cały czas trwali przy Panu i cierpieli z tego powodu wiele niewygód i przez lata walczyli z ciemnogrodem oraz pisowską opresją. Pan pouczył ich, by cieszyli się z powodu tak znakomitych publicystów, którzy byli jakby umarli a znów ożyli, zaginęli, a odnaleźli się.
A kiedy napierali, buntowali się i mówili złe słowa, Pan wskazał im miejsca które zajmą w mediach elektronicznych. I rozbiegli się wówczas po Warszawie szukać naprawdę dobrych szampanów. I wszyscy sławili mądrość Pana!
środa, 11 sierpnia 2010
Gdy pęknie tama
Gdy pęknie tama wcale nie jest zabawnie. Woda zalewa łąki, wsie, miasta. Giną ludzie, zwierzęta, niszczony jest dobytek i kultura materialna kilku pokoleń. Gdy pęknie tama winnych znajdziemy albo wśród jej konstruktorów albo tych, którzy odpowiadali za jej konserwację a przy okazji za bezpieczeństwo ludzi żyjących poniżej tamy. Gdy pęknie tama, lepiej by było dla winnych, by się nigdy nie narodzili.
Gdy pęknie tama, należy też sprawdzić, czy tragedia nie jest wynikiem sabotażu. Wynikiem wybuchu bomby albo innej machiny piekielnej. Trzeba pilnie badać i patrzeć w oczy ferującym z nadmierną pewnością siebie, wyroki w sprawie tragedii tak wielkiej.
Ale można też po wyłowić hakami ciała ofiar, resztki dobytku, coś z drewna i coś z plastiku a potem cieszyć się, że oto mamy całkiem ładne jezioro. I zbudować przystań. I pływać żaglówkami, kajakami czy na czymś dmuchanym. I śmiać się, pić piwko z powodu nagłego jeziora.
Zimą można zrobić ogromną ślizgawkę i pomykać jak jakiś jastrząb albo grać w hokeja.
Frekwencja zapewniona, bo przyjemnie mieć świadomość, w pewnym sensie, historyczną.
Oto turysta w swojej łódeczce. W przerwach pomiędzy łykami a migdaleniem się z Mariolką zagląda zgodnie z mapą w głąb. Nic nie widzi ale wie, że pode nim akurat łąka, las, pasieka, cmentarz, zbór ewangelicki, kościół, wioska, miasteczko a tutaj na dnie leżą zwłoki tych, którzy mieli zbyt ciężkie życie by po śmierci wypłynąć jak inni.
Łatwo żeglować po tym jeziorze, ponieważ ponad toń wody wystają trzy szczyty, trzy stalowe symbole, które teraz pełnią rolę znaków orientacyjnych. Krzyż, blaszana - biało – czerwona chorągiewka znad urzędu, i kręcący się kolorowy kogucik wieńczący zatopiony dom rozrywek wszelkich. Można zacumować przy każdym z nich, a moda jest taka by stanąć wtedy w rozkroku i odlać się wprost do ciemnej meliny wody.
Jeden tu, drugi tu, a trzeci tam.
Każdy szcza wedle swoich potrzeb i nastroju, ale wszyscy razem odlewają się na łąki, lasy, pasieki, cmentarz, zbór ewangelicki, kościół, wioskę, miasteczko a także na zwłoki tych, którzy mieli zbyt ciężkie życie by po śmierci wypłynąć jak inni.
Niektórzy nurkują po skarby i pamiątki. Opowiadają o cudach, ale jak się człowiek przypatrzy ich łupom nieodmiennie widzi błoto, błoto i jeszcze raz błoto. Jakieś kamienie, ułomki kości, zbutwiałe drewno.
Siedzę sobie wśród sosen. Na mchu, na mchu zielonym się rozsiadłem i patrzę na jezioro. Jaki ruch, jaki biznes, jakie piski, jakie wrzaski! Ile butelek, skrętów, ile dymu na wodzie!
Siedzę sobie wśród zapachów dojrzałego sierpnia i wspominam nauczyciela angielskiego, któremu założyliśmy kosz na głowę. Nic dziwnego, że Anglia to dla nas dziwna kraina, skoro wolimy tarzać się we wschodnim zwierstwie.
Mimo biznesu, pisków, wrzasków, butelek i skrętów, a nawet pomimo urokliwego dymu snującego się nad wodami, naprawdę nie warto „pękać tamy” Ale to uwaga w pustkę. Uwaga dla tych, którzy nie czytają blogów.
Gdy pęknie tama, należy też sprawdzić, czy tragedia nie jest wynikiem sabotażu. Wynikiem wybuchu bomby albo innej machiny piekielnej. Trzeba pilnie badać i patrzeć w oczy ferującym z nadmierną pewnością siebie, wyroki w sprawie tragedii tak wielkiej.
Ale można też po wyłowić hakami ciała ofiar, resztki dobytku, coś z drewna i coś z plastiku a potem cieszyć się, że oto mamy całkiem ładne jezioro. I zbudować przystań. I pływać żaglówkami, kajakami czy na czymś dmuchanym. I śmiać się, pić piwko z powodu nagłego jeziora.
Zimą można zrobić ogromną ślizgawkę i pomykać jak jakiś jastrząb albo grać w hokeja.
Frekwencja zapewniona, bo przyjemnie mieć świadomość, w pewnym sensie, historyczną.
Oto turysta w swojej łódeczce. W przerwach pomiędzy łykami a migdaleniem się z Mariolką zagląda zgodnie z mapą w głąb. Nic nie widzi ale wie, że pode nim akurat łąka, las, pasieka, cmentarz, zbór ewangelicki, kościół, wioska, miasteczko a tutaj na dnie leżą zwłoki tych, którzy mieli zbyt ciężkie życie by po śmierci wypłynąć jak inni.
Łatwo żeglować po tym jeziorze, ponieważ ponad toń wody wystają trzy szczyty, trzy stalowe symbole, które teraz pełnią rolę znaków orientacyjnych. Krzyż, blaszana - biało – czerwona chorągiewka znad urzędu, i kręcący się kolorowy kogucik wieńczący zatopiony dom rozrywek wszelkich. Można zacumować przy każdym z nich, a moda jest taka by stanąć wtedy w rozkroku i odlać się wprost do ciemnej meliny wody.
Jeden tu, drugi tu, a trzeci tam.
Każdy szcza wedle swoich potrzeb i nastroju, ale wszyscy razem odlewają się na łąki, lasy, pasieki, cmentarz, zbór ewangelicki, kościół, wioskę, miasteczko a także na zwłoki tych, którzy mieli zbyt ciężkie życie by po śmierci wypłynąć jak inni.
Niektórzy nurkują po skarby i pamiątki. Opowiadają o cudach, ale jak się człowiek przypatrzy ich łupom nieodmiennie widzi błoto, błoto i jeszcze raz błoto. Jakieś kamienie, ułomki kości, zbutwiałe drewno.
Siedzę sobie wśród sosen. Na mchu, na mchu zielonym się rozsiadłem i patrzę na jezioro. Jaki ruch, jaki biznes, jakie piski, jakie wrzaski! Ile butelek, skrętów, ile dymu na wodzie!
Siedzę sobie wśród zapachów dojrzałego sierpnia i wspominam nauczyciela angielskiego, któremu założyliśmy kosz na głowę. Nic dziwnego, że Anglia to dla nas dziwna kraina, skoro wolimy tarzać się we wschodnim zwierstwie.
Mimo biznesu, pisków, wrzasków, butelek i skrętów, a nawet pomimo urokliwego dymu snującego się nad wodami, naprawdę nie warto „pękać tamy” Ale to uwaga w pustkę. Uwaga dla tych, którzy nie czytają blogów.
niedziela, 8 sierpnia 2010
Akcja "Spontan"
- Wszyscy już się wreszcie stawili? – ryknął młody człowiek o wyglądzie troglodyty.
- Tak, są, choć Adrian i Mariusz chyba już coś pociągnęli z przydziałówki, niepotrzebnie dałeś im klucze od magazynku.
- K…a! Ale, nawet lepiej, będą wiarygodni. Słuchajcie, zadyma jak co dzień, można śpiewać, wyć, kopać staruszki, popychać je…wczoraj było fajne z tym „boli mnie w krzyżu”. Zajebiste to było! Takie z poezji, no jak to się nazywa…
- Alegoria?
- No, coś w tym stylu. Dobra, pamiętajcie, to ma być spontan, całkowity spontan, by nikt nie podejrzewał, że jesteśmy nasłani.
- A ktoś nas nasyła? – Zapytał chłopak od „alegorii”
- Debil! – Ryknęło kilka głosów i zaczęli rechotać.
Ten który przewodził akcją, chwilę patrzył na chłopaka wreszcie się odezwał:
- Nikt nas nie nasyła, ani pan X, ani pan Y, rozumiesz? Akcję którą rozpoczęliśmy, jest nasza, fundusze mamy, bo…no bo mamy i tyle. Chcemy rozpierdzielić ten katotaliban, bo nas on jako Polaków mierzi. Kumasz fazę? Czy ci to jeszcze bardziej obrazowo przedstawić? Niby taki bystry – zaczął przedrzeźniać pytającego – alegoria wie, a tego nie kuma.
- To rozumiem – zaczął ten od alegorii. – Tylko, mnie właściwie to obojętne, czy ten krzyż będzie stał przed pałacem, czy nie. Widać, ludziom zależy, po co właściwie mamy ich prześladować?
- To nie ludzie debilu, tylko PISiarze! Ziejący nienawiścią do wszystkich. Wyśpiewujący pod pałacem te swoje godzinki. Chcesz by na każdym kroku machano ci przed paszczą różańcem?
- No nie. No ale jeżeli to taki spontan, to czemu dostajemy trzy stówy co dzień i flaszkę?
- Kaśka! Kogo ty mi tu przyprowadziłaś? Jakiś filozof się znalazł!
- To kumpel – odezwała się rzeczona Kaśka – chciał zarobić, nie wiedziałam, że będą z nim kłopoty.
- Tak, są, choć Adrian i Mariusz chyba już coś pociągnęli z przydziałówki, niepotrzebnie dałeś im klucze od magazynku.
- K…a! Ale, nawet lepiej, będą wiarygodni. Słuchajcie, zadyma jak co dzień, można śpiewać, wyć, kopać staruszki, popychać je…wczoraj było fajne z tym „boli mnie w krzyżu”. Zajebiste to było! Takie z poezji, no jak to się nazywa…
- Alegoria?
- No, coś w tym stylu. Dobra, pamiętajcie, to ma być spontan, całkowity spontan, by nikt nie podejrzewał, że jesteśmy nasłani.
- A ktoś nas nasyła? – Zapytał chłopak od „alegorii”
- Debil! – Ryknęło kilka głosów i zaczęli rechotać.
Ten który przewodził akcją, chwilę patrzył na chłopaka wreszcie się odezwał:
- Nikt nas nie nasyła, ani pan X, ani pan Y, rozumiesz? Akcję którą rozpoczęliśmy, jest nasza, fundusze mamy, bo…no bo mamy i tyle. Chcemy rozpierdzielić ten katotaliban, bo nas on jako Polaków mierzi. Kumasz fazę? Czy ci to jeszcze bardziej obrazowo przedstawić? Niby taki bystry – zaczął przedrzeźniać pytającego – alegoria wie, a tego nie kuma.
- To rozumiem – zaczął ten od alegorii. – Tylko, mnie właściwie to obojętne, czy ten krzyż będzie stał przed pałacem, czy nie. Widać, ludziom zależy, po co właściwie mamy ich prześladować?
- To nie ludzie debilu, tylko PISiarze! Ziejący nienawiścią do wszystkich. Wyśpiewujący pod pałacem te swoje godzinki. Chcesz by na każdym kroku machano ci przed paszczą różańcem?
- No nie. No ale jeżeli to taki spontan, to czemu dostajemy trzy stówy co dzień i flaszkę?
- Kaśka! Kogo ty mi tu przyprowadziłaś? Jakiś filozof się znalazł!
- To kumpel – odezwała się rzeczona Kaśka – chciał zarobić, nie wiedziałam, że będą z nim kłopoty.
Rewolucja w XXI wieku
Jedyną siłą zdolną obecnie do przeprowadzenia w Polsce „rewolucji” jest rząd. Tak, tak panie „trubro”. Bez względu na to jak to dziwnie na pozór brzmi, tylko rządowi opłaca się rewolucja na progu dwudziestego pierwszego wieku.
Czyż pierwszą, choć nieśmiałą, skrępowaną niechęcią mediów i ludzi ważnych, próbą rewolucji rządowej nie był projekt IV RP w wykonaniu Jarosława Kaczyńskiego? Przypomnijmy sobie przy okazji, że w fazie wstępnej był to projekt wspólny a do konfliktu doszło najpewniej przy wyborze wroga i wyszukiwania odpowiedniej do zburzenia Bastylii
Ale to już historia.
Tym razem rewolucja rządowa, choć w fazie niemowlęcej, trwa i ma się dobrze. Wykorzystując nowoczesne środki przekazu i „megapolityka” z Lublina uaktywniono właśnie swoisty lumpenproletariat, gdyż każda rewolucja, poza nagą siłą musi mieć swój wrzeszczący motłoch, który w odpowiedniej chwili zostanie spacyfikowany dla dobra ogólnego i społecznego spokoju. Przecież rozumiał to już brutalny chiński chłop i dwudziestowieczny polityk, niejaki Mao.
Nie, nie porównuję obecnego, chaotycznego przyzwolenia na chamstwo i medialną przemoc z rewolucją kulturalną, ale przypominam, że rewolucja sterowana odgórnie to żadna nowość. Tyle, że rewolucja XXI wieku niewiele ma wspólnego z ogólnie znanym pojęciem. Gdyby było inaczej zarówno politycy opozycji jak i przeciwni jej obywatele łatwo by znaleźli skuteczną odpowiedź.
Tej odpowiedzi nie ma, ponieważ jak słusznie moim zdaniem zauważył Mistewicz szeroko pojęta opozycja tkwi jeszcze w wieku XIX.
Kluczem jest zrozumienie celu prowadzenia dzisiaj działań „rewolucyjnych” przez umocowany demokratycznie i mający pełnię władzy rząd.
Po pierwsze, bo są po temu środki. Skoro kiedyś wystarczyło mieć kilka setek czy tysięcy bojowników, jakieś podziemne gazetki i garść pokręconych intelektualistów, dobre hasła i wyjący motłoch i się udawało, to tym bardziej uda się teraz, gdy do dyspozycji współczesnych rewolucjonistów jest wszystko co sobie tylko zamarzą.
Po drugie, ponieważ dysponując takimi środkami jakimi dysponuje współczesne państwo nie można w żaden sposób dać się zaskoczyć politycznym konkurentom. Byłoby frajerstwem i dziecinadą gdyby rządzący dali się wyprzedzić w tak ważnej kwestii jak rewolucja.
Po trzecie cel. Cel jest najważniejszy. Celem rewolucji prawdziwie nowoczesnej jest brak zmian i możliwie niezakłócona działalność administracyjna państwa reprezentowanego i zarządzanego przez obecną władzę. Nie zrozumiało tego w 2005 roku PiS podejmując jakieś, niezbyt radykalne przecież, ale jakieś tam działania mające uwiarygodnić wyjątkowość IV RP wobec swoich wyborców. To się nie mogło udać ponieważ na wyciągnięty miecz zawsze znajdzie się tarcza i odwrotnie.
PO odrobiła tę lekcję bardzo dobrze i w tej chwili jej pozycja jako partii rządzącej wydaje się być nienaruszalna. Po co więc rewolucja?
A, - Ponieważ zawsze jest jakiś haczyk, a tym razem haczykiem jest upływający czas i niestety, delikatnie pisząc, przykra sytuacja finansowa z której nie da się wyjść ot tak, rozsyłając na prawo i lewo uśmiechy. Jednym słowem trzeba coś robić.
Na razie mamy fazę podburzania motłochu i prowokacji werbalnych w cieniu których próbuje się przeprowadzić osobliwą wymianę wroga. Osobliwą bo prowadzoną poprzez głaskanie i podpompowywanie sflaczałego balona SLD, ponieważ PiS jako wróg zaczyna nudzić. PiS jako wróg się zużył i za rok może się okazać, że PiS to za mało jako atut wyborczy.
A gdyby tak nasz głupiutki Zapateruś wszedł do akcji można by uaktywnić skrzydło konserwatywne i nawet stać się nowoczesnym, mrugającym okiem przedmurzem.
Wszystko to pięknie, ale co będzie gdy nadejdzie ostry kryzys, nastroje społeczne się zradykalizują i na politycznym rynku zacznie się robić bardzo, ale to bardzo nieprzyjemnie?
Ano, w takim wypadku do działania ruszy przywódca rewolucyjny. Spacyfikuje motłoch rozgoni lewactwo i silny poparciem ludu, który zawsze pragnie spokoju i zrównoważonego rozwoju, będzie administrował uzyskując dużo dobrego czasu do powolnej naprawy Rzeczpospolitej.
I wtedy prawie nikogo nie zdziwi, że tym przywódcą będzie urzędujący premier. Żyjemy bowiem w wieku XXI nie XIX i tylko rządzący są w stanie skutecznie robić rewolucję a nawet i kontrrewolucję w jednym. Być zarówno mieczem jak i tarczą. Po prostu być.
A na razie? Na razie mają płonąć ogniska pod kociołkami w których warzy się codzienną nienawiść. Wystarczy drewna i tylko trzeba uważać by nie wykipiało.
Czyż pierwszą, choć nieśmiałą, skrępowaną niechęcią mediów i ludzi ważnych, próbą rewolucji rządowej nie był projekt IV RP w wykonaniu Jarosława Kaczyńskiego? Przypomnijmy sobie przy okazji, że w fazie wstępnej był to projekt wspólny a do konfliktu doszło najpewniej przy wyborze wroga i wyszukiwania odpowiedniej do zburzenia Bastylii
Ale to już historia.
Tym razem rewolucja rządowa, choć w fazie niemowlęcej, trwa i ma się dobrze. Wykorzystując nowoczesne środki przekazu i „megapolityka” z Lublina uaktywniono właśnie swoisty lumpenproletariat, gdyż każda rewolucja, poza nagą siłą musi mieć swój wrzeszczący motłoch, który w odpowiedniej chwili zostanie spacyfikowany dla dobra ogólnego i społecznego spokoju. Przecież rozumiał to już brutalny chiński chłop i dwudziestowieczny polityk, niejaki Mao.
Nie, nie porównuję obecnego, chaotycznego przyzwolenia na chamstwo i medialną przemoc z rewolucją kulturalną, ale przypominam, że rewolucja sterowana odgórnie to żadna nowość. Tyle, że rewolucja XXI wieku niewiele ma wspólnego z ogólnie znanym pojęciem. Gdyby było inaczej zarówno politycy opozycji jak i przeciwni jej obywatele łatwo by znaleźli skuteczną odpowiedź.
Tej odpowiedzi nie ma, ponieważ jak słusznie moim zdaniem zauważył Mistewicz szeroko pojęta opozycja tkwi jeszcze w wieku XIX.
Kluczem jest zrozumienie celu prowadzenia dzisiaj działań „rewolucyjnych” przez umocowany demokratycznie i mający pełnię władzy rząd.
Po pierwsze, bo są po temu środki. Skoro kiedyś wystarczyło mieć kilka setek czy tysięcy bojowników, jakieś podziemne gazetki i garść pokręconych intelektualistów, dobre hasła i wyjący motłoch i się udawało, to tym bardziej uda się teraz, gdy do dyspozycji współczesnych rewolucjonistów jest wszystko co sobie tylko zamarzą.
Po drugie, ponieważ dysponując takimi środkami jakimi dysponuje współczesne państwo nie można w żaden sposób dać się zaskoczyć politycznym konkurentom. Byłoby frajerstwem i dziecinadą gdyby rządzący dali się wyprzedzić w tak ważnej kwestii jak rewolucja.
Po trzecie cel. Cel jest najważniejszy. Celem rewolucji prawdziwie nowoczesnej jest brak zmian i możliwie niezakłócona działalność administracyjna państwa reprezentowanego i zarządzanego przez obecną władzę. Nie zrozumiało tego w 2005 roku PiS podejmując jakieś, niezbyt radykalne przecież, ale jakieś tam działania mające uwiarygodnić wyjątkowość IV RP wobec swoich wyborców. To się nie mogło udać ponieważ na wyciągnięty miecz zawsze znajdzie się tarcza i odwrotnie.
PO odrobiła tę lekcję bardzo dobrze i w tej chwili jej pozycja jako partii rządzącej wydaje się być nienaruszalna. Po co więc rewolucja?
A, - Ponieważ zawsze jest jakiś haczyk, a tym razem haczykiem jest upływający czas i niestety, delikatnie pisząc, przykra sytuacja finansowa z której nie da się wyjść ot tak, rozsyłając na prawo i lewo uśmiechy. Jednym słowem trzeba coś robić.
Na razie mamy fazę podburzania motłochu i prowokacji werbalnych w cieniu których próbuje się przeprowadzić osobliwą wymianę wroga. Osobliwą bo prowadzoną poprzez głaskanie i podpompowywanie sflaczałego balona SLD, ponieważ PiS jako wróg zaczyna nudzić. PiS jako wróg się zużył i za rok może się okazać, że PiS to za mało jako atut wyborczy.
A gdyby tak nasz głupiutki Zapateruś wszedł do akcji można by uaktywnić skrzydło konserwatywne i nawet stać się nowoczesnym, mrugającym okiem przedmurzem.
Wszystko to pięknie, ale co będzie gdy nadejdzie ostry kryzys, nastroje społeczne się zradykalizują i na politycznym rynku zacznie się robić bardzo, ale to bardzo nieprzyjemnie?
Ano, w takim wypadku do działania ruszy przywódca rewolucyjny. Spacyfikuje motłoch rozgoni lewactwo i silny poparciem ludu, który zawsze pragnie spokoju i zrównoważonego rozwoju, będzie administrował uzyskując dużo dobrego czasu do powolnej naprawy Rzeczpospolitej.
I wtedy prawie nikogo nie zdziwi, że tym przywódcą będzie urzędujący premier. Żyjemy bowiem w wieku XXI nie XIX i tylko rządzący są w stanie skutecznie robić rewolucję a nawet i kontrrewolucję w jednym. Być zarówno mieczem jak i tarczą. Po prostu być.
A na razie? Na razie mają płonąć ogniska pod kociołkami w których warzy się codzienną nienawiść. Wystarczy drewna i tylko trzeba uważać by nie wykipiało.
środa, 4 sierpnia 2010
Rozmiękczone mózgi. Rozmiękczone głowy
Odpowiedzi na to pytanie w węższym zakresie, bo dotyczącym tylko katolików udzielił przy okazji wczorajszych wydarzeń na Krakowskim Przedmieściu, bloger Ezekiel.
Gdy doszedłem w jego dziwnym pod względem gramatycznym, jak na takiego erudytę oczywiście, tekście do fragmentu:
„ Nie twierdzę oczywiście, że religijność zawsze idzie w parze z fanatyzmem i agresją. Jednak religijność tradycyjna, silna, nie spostmodernizowana, czyli taka, w której katolik wierzy w horoskopy, reinkarnacje dając jednocześnie innym katolikom moralne prawo do wiary z Buddę, niemalże zawsze jest drogą do stygmatyzacji, wykluczenia„
...wstałem od komputera i chociaż nie zaliczam się do katolików, trzykrotnie zakrzyknąłem – Hosanna!
Jeszcze tylko dopytałem czy dobrze zrozumiałem tekst. Okazało się, że w wersji podstawowej tak, ale moje wnioski są mylne. Nie, moje wnioski bardzo mnie zadowalają.
Dzięki Ezekielowi znalazłem prosty klucz, którym mogę otworzyć szufladki w główkach jemu podobnych ananasów. Przeczytajcie jeszcze raz przytoczony przeze mnie fragment. Jego autor chyba nieintencjonalnie, ale cholernie słusznie przedkłada religijność tradycyjną nad, jego określenie – postmodernistyczną.
Tradycyjny katolik, co jednoznacznie wynika z tekstu, nie jest durniem w przeciwieństwie do tego „post coś tam” Jak inaczej można nazwać człowieka wierzącego w horoskopy, reinkarnację czy aprobującego przedkładanie cudzych bogów nad Jahwe, jak nie durniem, skoro jednocześnie przyznaje się do swojego katolicyzmu? Oczywiście, ale to już uwaga dla głów pustych, nic nie mam do buddystów ani wiary w reinkarnację. Ale wystarczy dokonać w tekście Ezekiela prostej zamiany katolika na buddystę, a Buddy na Chrystusa by mieć przed sobą buddystę – durnia.
Wychodzi na to, że pożądanym, akceptowanym przez lewackich, że posłużę się patentem wyrusa, „kierowników kuli ziemskiej” człowiekiem jest zwykły dureń. Taki dureń, który łyka wszystko. Łyknie kulkę ulepioną z chleba, ale jak trzeba to i na gwoździach czy tłuczonym szkle się upasie. Jego jedyną zaletą jest spolegliwość i ufność w decyzje P.T. kierowników.
Sukces pracy nad rozmiękczaniem umysłów i masowa produkcja durniów nowego typu przekroczyła swoim wszelkie oczekiwania. Nie udało się siłą, bo gwałt wiadomo czym się odciska, ale doskonale idzie powolny program ustawiania, zawstydzania, dawania przykładu i pokazywania marchewki na kiju. Katolicy są tu przykładem, bo katolików dał za przykład Ezekiel.
Odpuśćmy katolikom, tym bardziej, że łatwo można posłużyć się świeższym przykładem.
Nikt ze zwolenników PO nie zaprzeczy chyba, że mamy rząd liberalny a nawet, w porywach, liberalno-konserwatywny. Drugi człon odpuszczam bo ponoć konserwy turystyczne mają stanieć, ale „liberalności” nie odpuszczę.
Bo co to za liberalizm, który rozbudowuje biurokrację i podwyższa podatki?
No, żaden! Ale skoro tradycyjni liberałowie nazywani są w najlepszym przypadku oszołomami nie dziwię się, że fani PO muszą łykać jako liberalizm wszystko jak leci. Są dobrymi ludźmi bo wierzą w liberalizm, nowoczesność i chwalebną wolę naprawy państwa mając do wyboru tylko ponurą bandę Tuska.
Ale łykają każdą brednię bo są dobrymi, niekonfliktowymi ludźmi. Łykają bo już nie wiedzą dobrze o co chodzi? Byle przeciwko Kaczorom, byle „kierownicy” pochwalili, byle nie zawstydzili. A jeśli dodamy do tego całkiem stosowną wiarę w astrologię to, diabli nadali, mamy większość rozmiękczonych łbów i ta większość całkiem hardo sobie poczyna.
No bo jak traktować kogoś, kto rwie na sobie szaty i wydaje przeraźliwe okrzyki z powodu medialnej koalicji PiS z SLD a teraz z zachwytem łyka jasnogrodzką komitywę SLD z PO. No jak go nazwać, jak nie rozmiękczoną głową?
Oto rodzi się wielka koalicja jasnych, której zadaniem będzie pognębienie ciemnych. I narodziny tej koalicji miały i przykryły wczorajsze wydarzenia.
Kto by tam dbał o podatki, gdy są do wzięcia media. Dlatego staję po stronie ciemnych, ponieważ wbrew pozorom, które stwarzam, zawsze staram się wspierać ludzi poważnych.
Poważny katolik nie wierzy w gusła i gazetowe pierdoły.
Poważny liberał nie wspiera rozrostu biurokracji czy podwyższania podatków.
Poważny socjalista nie migdali się w dotowanej knajpie z pedałami.
Poważny prawicowiec nie zaczyna dnia od poślinienia palca i wystawiania tego palca dla zbadania skąd wieje wiatr.
Dla mnie, osobliwego ateisty sytuacja jest groźna, ponieważ namnożyło się ateistów wierzących w horoskopy, ufo, trójkąt bermudzki czy nawet w szczere intencje Donalda Tuska.
O cholera!
Gdy doszedłem w jego dziwnym pod względem gramatycznym, jak na takiego erudytę oczywiście, tekście do fragmentu:
„ Nie twierdzę oczywiście, że religijność zawsze idzie w parze z fanatyzmem i agresją. Jednak religijność tradycyjna, silna, nie spostmodernizowana, czyli taka, w której katolik wierzy w horoskopy, reinkarnacje dając jednocześnie innym katolikom moralne prawo do wiary z Buddę, niemalże zawsze jest drogą do stygmatyzacji, wykluczenia„
...wstałem od komputera i chociaż nie zaliczam się do katolików, trzykrotnie zakrzyknąłem – Hosanna!
Jeszcze tylko dopytałem czy dobrze zrozumiałem tekst. Okazało się, że w wersji podstawowej tak, ale moje wnioski są mylne. Nie, moje wnioski bardzo mnie zadowalają.
Dzięki Ezekielowi znalazłem prosty klucz, którym mogę otworzyć szufladki w główkach jemu podobnych ananasów. Przeczytajcie jeszcze raz przytoczony przeze mnie fragment. Jego autor chyba nieintencjonalnie, ale cholernie słusznie przedkłada religijność tradycyjną nad, jego określenie – postmodernistyczną.
Tradycyjny katolik, co jednoznacznie wynika z tekstu, nie jest durniem w przeciwieństwie do tego „post coś tam” Jak inaczej można nazwać człowieka wierzącego w horoskopy, reinkarnację czy aprobującego przedkładanie cudzych bogów nad Jahwe, jak nie durniem, skoro jednocześnie przyznaje się do swojego katolicyzmu? Oczywiście, ale to już uwaga dla głów pustych, nic nie mam do buddystów ani wiary w reinkarnację. Ale wystarczy dokonać w tekście Ezekiela prostej zamiany katolika na buddystę, a Buddy na Chrystusa by mieć przed sobą buddystę – durnia.
Wychodzi na to, że pożądanym, akceptowanym przez lewackich, że posłużę się patentem wyrusa, „kierowników kuli ziemskiej” człowiekiem jest zwykły dureń. Taki dureń, który łyka wszystko. Łyknie kulkę ulepioną z chleba, ale jak trzeba to i na gwoździach czy tłuczonym szkle się upasie. Jego jedyną zaletą jest spolegliwość i ufność w decyzje P.T. kierowników.
Sukces pracy nad rozmiękczaniem umysłów i masowa produkcja durniów nowego typu przekroczyła swoim wszelkie oczekiwania. Nie udało się siłą, bo gwałt wiadomo czym się odciska, ale doskonale idzie powolny program ustawiania, zawstydzania, dawania przykładu i pokazywania marchewki na kiju. Katolicy są tu przykładem, bo katolików dał za przykład Ezekiel.
Odpuśćmy katolikom, tym bardziej, że łatwo można posłużyć się świeższym przykładem.
Nikt ze zwolenników PO nie zaprzeczy chyba, że mamy rząd liberalny a nawet, w porywach, liberalno-konserwatywny. Drugi człon odpuszczam bo ponoć konserwy turystyczne mają stanieć, ale „liberalności” nie odpuszczę.
Bo co to za liberalizm, który rozbudowuje biurokrację i podwyższa podatki?
No, żaden! Ale skoro tradycyjni liberałowie nazywani są w najlepszym przypadku oszołomami nie dziwię się, że fani PO muszą łykać jako liberalizm wszystko jak leci. Są dobrymi ludźmi bo wierzą w liberalizm, nowoczesność i chwalebną wolę naprawy państwa mając do wyboru tylko ponurą bandę Tuska.
Ale łykają każdą brednię bo są dobrymi, niekonfliktowymi ludźmi. Łykają bo już nie wiedzą dobrze o co chodzi? Byle przeciwko Kaczorom, byle „kierownicy” pochwalili, byle nie zawstydzili. A jeśli dodamy do tego całkiem stosowną wiarę w astrologię to, diabli nadali, mamy większość rozmiękczonych łbów i ta większość całkiem hardo sobie poczyna.
No bo jak traktować kogoś, kto rwie na sobie szaty i wydaje przeraźliwe okrzyki z powodu medialnej koalicji PiS z SLD a teraz z zachwytem łyka jasnogrodzką komitywę SLD z PO. No jak go nazwać, jak nie rozmiękczoną głową?
Oto rodzi się wielka koalicja jasnych, której zadaniem będzie pognębienie ciemnych. I narodziny tej koalicji miały i przykryły wczorajsze wydarzenia.
Kto by tam dbał o podatki, gdy są do wzięcia media. Dlatego staję po stronie ciemnych, ponieważ wbrew pozorom, które stwarzam, zawsze staram się wspierać ludzi poważnych.
Poważny katolik nie wierzy w gusła i gazetowe pierdoły.
Poważny liberał nie wspiera rozrostu biurokracji czy podwyższania podatków.
Poważny socjalista nie migdali się w dotowanej knajpie z pedałami.
Poważny prawicowiec nie zaczyna dnia od poślinienia palca i wystawiania tego palca dla zbadania skąd wieje wiatr.
Dla mnie, osobliwego ateisty sytuacja jest groźna, ponieważ namnożyło się ateistów wierzących w horoskopy, ufo, trójkąt bermudzki czy nawet w szczere intencje Donalda Tuska.
O cholera!
niedziela, 1 sierpnia 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)