wtorek, 9 listopada 2010

Dom Elżbiety LXXVIII



- I? – Jej pytanie zawisło ciężko między nimi. Piotr jakby się zawahał, bo ciężko westchnął.

- Wiesz – zaczął niepewnie – no i żeby wrócić do rzeczywistości właśnie…- zawiesił głos – rozciąłem sobie dłoń. Ona jest naprawdę bardzo silna – dodał tytułem usprawiedliwienia – czułem, że całkowicie się zatracam, jakby…jakby nierealność była realna i odwrotnie.

- A jak mnie tobie obrzydziła?

- Słuchaj, nieważne, zresztą nie udała się jej ta gra. Lepiej czytajmy dalej, co?

- Ok.! Ale powiesz mi kiedyś o tym, dobrze?

- Może, najpierw jednak musimy to skończyć. Może teraz ja będę czytał, co ty na to?

- Dobrze.

Wkrótce zjechali, mistrz wraz ze swoją świtą. Było ich dokładnie jedenastu, w tym dwie kobiety. Mnie traktowali dość chłodno, natomiast Carlotę traktowali jak królową.
Upewniło mnie to w przekonaniu, że tamte paryskie zajścia były zainicjowane właśnie przez nią. Choć tak mi podpowiadał rozum, nadal nie mogłam do końca w to uwierzyć.

Mistrz wyglądał jeszcze bardziej staro i zwiędle, jakby rozpadał się ze starości, aż trudno mi było go gościć przy jednym stole w czasie posiłku. Było w nim coś z rozkładu, obrzydliwość.

Za to malarz okazał się bardzo miły, choć jakiś smutny, jakby, nie wiem jak to określić, jakby ktoś zabrał mu całą radość życia. Nawet gdy malował, nie robił tego z pasją, która zawsze towarzyszy artystom, a jakby od niechcenia, traktując swój talent jak garb.

Mistrz, rzeczywiście nie próbował mnie tknąć, co i tak uważałam za szczęście, bo sama jego obecność doprowadzała mnie do mdłości. Było lato i wkrótce miała do domu zjechać Józefina z pensji, pierwszy raz zaczęłam się o nią obawiać, wszak zaczęła dorastać, a nie wiadomo, co mogłoby strzeli temu mistrzowi do głowy. Postanowiłam, że na okres wakacji wyślę Józefinę do kurortu wraz z jej pokojówką. Wydałam odpowiednie dyspozycję. Poprosiłam też doktora Stelmacha, by pojechał tam jako kuracjusz, by mieć Józefinę na oku. On się chętnie zgodził, bo wciąż miał nadzieję na to, że w końcu zgodzę się wyjść za niego za mąż.

Nigdy też nie stracił jako jedyny do mnie zaufania…widać miłość bywa ślepa, jestem tego najlepszym dowodem. Sprowadziłam na własną głowę moje najgorsze nieszczęście, za chwilę w towarzystwie ukochanego, który mną wzgardził i porównał do łachmana.

Józefina była bezpieczną, więc odetchnęłam. Choć nie była mi specjalnie kochaną, jednak była moim dzieckiem, jedynym dzieckiem, nie chciałam, by spotkał ją podobny los, do mojego.

Wkrótce portret mój był gotów, a Carlota chciała go własnoręcznie oprawić, co też było dla mnie dziwne. Ale, szczerze, bardziej zastanawiało mnie, po co ona sprowadziła tego rozkładającego się mistrza. Bałam się go i brzydziłam. On wciąż krążył po wsi, straszył młode dziewczyny swoim zachowaniem. Był obrzydliwy i lubieżny, traktował te dziewczęta jak kurczaki. Zaczęto przychodzić do mnie z pretensjami.

Powiedziałam to głośno przy stole zwracając się do tego ohydnego starca, że nie życzę sobie takiego zachowania. Cały stół wybuchnął gromkim śmiechem. Poczułam się bezradna. Powiedziałam to Carlocie, ta wzruszyła ramionami i powiedziała, że już niedługo, że już ma to, po co sprowadziła mistrza i że muszę być jeszcze trochę cierpliwa. Wszak nic złego się nie stało.

Byłam wściekła, nakrzyczałam na nią, że tu chodzi o moją już i tak nadszarpniętą reputację.
Odparła tylko, że wszak jej przyrzekłam, że zgodziłam się na ten warunek.

Potem wszystko zaczęło się zmieniać jak w kalejdoskopie. Aż boję się o tym pisać, bo nigdy w życiu nie przypuszczałam, że dożyję czegoś takiego, co zdarzyło się w moim własnym domu i niestety za moim przyzwoleniem.

Nie wiem w jaki sposób zwabioną tą biedną Rachelę do mojego domu, myślę, że to Carlota, ale nie wiem w jaki sposób.


- A jednak! – Jęknęła Ela – Więc Rachela była w jej domu.

sobota, 6 listopada 2010

Dawaj! Jarek dawaj!!!!

Podobają mi się ostatnie, czyszczące PiS akcje Jarosława Kaczyńskiego.

Raz, że ucieka od fatalnej kombinacji wedle której PiS miałby żyć na scenie politycznej, jako taki bardziej „prawicowy” populistyczny cień PO.

Dwa, że gdy został ostatecznie namaszczony przez media jako lider ciemnogrodu, lider Polski „B” i polski ( tu już z małej litery) „C” jasne jest, że powinien trzymać się tych wysoko opłaconych wytycznych.

Pis będzie robił za prowincjonalną Partię Ludową.

To źle?

To już takie bydlęta ze wsi, miast i miasteczek jak Jarecki nie mają prawa mieć swojego reprezentanta na scenie politycznej?

To może odbierzcie nam prawa wyborcze, co?

Tak, jestem durniem, jakąś tam cząsteczka ustroju demokratycznego, ale chyba sytuacja nie dojrzała jeszcze do tego, by mi prawa obywatelskie odbierać?

Popieram Jarosława Kaczyńskiego i do bólu brzucha śmieszą mnie argumenty w rodzaju, że teraz to Pis jest niewybieralny i w ogóle swoja obecnością psuje scenę polityczną.

Jak to jest niewybieralny, skoro ja wybieram PiS?

Tyle słów, tyle emocji związanych z usunięciem z partii pań, Kluzik i Jakubiak. W mojej gminie Jarosław Kaczyński wyraźnie wygrał z panem Komorowskim. Niech, jeden z drugim mądrala przegada godzinkę z ludźmi to dowie się, ze być może 5% głosujących kojarzy te miłe panie.

Bez żartów – podobnie PO to Tusk i może po ostatnich wyborach, Komorowski.

Uważam to za najzdrowszy odruch Polski „B” i ”C”

Czy panią Kluzik, albo pana Migalskiego obchodzi, że Zenon Pyrka stracił robotę i odcięto mu właśnie prąd oraz wodę, a ma akurat, cóż za pech, rocznego synka?
Jedyne zainteresowanie jakie może uzyskać od naszego Państwa to propozycja odebrania mu dziecka.

A wiecie, że on też ma głos wyborczy? Pewnie pan Pyrka z niego nie korzysta – degenerat!

Dlatego popieram Jarosława Kaczyńskiego. Niech się całkiem wyniesie z Pis- em na prowincję i tam walczy o prawie 50% elektoratu, który w ogóle nie raczy głosować.
A „warszawskie słodziaki” mają szanse zrobić swój ulubiony Pisik, bardzo miły i oświecony.

Może się takie coś kiedyś przyda.

Dajcie tylko prymitywom takim jak ja, szansę głosowania na tych, których program mi się podoba. Ba, nawet nie na wybór programowy, ale intuicyjny. Gardźcie, poniżajcie, ale odpieprzcie się od jedynej sensownej alternatywy dla rządów oszołomów z PO.

Załóżcie, z medialna osłoną, nową, wspaniałą partię. Dmuchajcie i chuchajcie ile wlezie na nową polityczna roślinkę. Tak czy tak mam ją w nosie!

Może to osobliwe, że wolę być z panem Pyrką niż z medialnymi tuzami.
Ja jestem po mieczu „żydek” i czuję pismo nosem. Starannie kalkuluję opłacalność czynów, gestów i zaniechań.

Dlatego staję po stronie zaścianka, po stronie katolickiej, ciemnej wizerunkiem Pani Częstochowskiej, pszeniczno – buraczanej Polski. Jako zawodowy sceptyk i ateista wybieram wolność wśród wolnych, miast szczebiotu schłopiałej Warszawy.
Niech wreszcie zapanuje normalność, bo inaczej nigdy się nie policzymy!

czwartek, 4 listopada 2010

Dom Elżbiety LXXVII



- Tak, wiesz, spodziewałem się…myślę nawet, że ona to wszystko sprowokowała. Ona chciała, a wybuch Zofii był dobrym pretekstem. Myślę, że Zofia była tym przerażona. Ale czytaj dalej, sam jestem ciekaw.

- OK.!

Kiedy potem się dowiedziała, że żona Ksawerego rzeczywiście zaniemówiła, przeraziłam się. Powiedziałam do Carloty, że nie chcę tego, że nie chcę jej karać, za moją niedolę. Odparła, że klamka zapadała, że cofnąć tego nie może i uśmiechała się tak, jakby to była najlepsza zabawa.
Przerażała mnie. Już wtedy, jak stała za kolumną, była przerażająca. Nie wiem, czy to atak mojego wzburzenia, bólu, jaki zadał mi Ksawery, ale twarz Carloty wydała mi się wtedy jakby nieludzka. Zaczęłam się jej bacznie przyglądać, ba, nawet śledziłam ją!
Widziałam jak krążyła przy karczmie Meyera, wabiła młodych parobków, a nawet tych już starszych gospodarzy. Bawiło ją, gdy próbowali skraść jej całusa, czy włożyć rękę za stanik.

Kusiła, czasem szła z jednym czy drugim do stodoły, ale nie szłam za nimi. Wiedziałam, co tam robią, a sama byłam samotna. Fakt, co jakiś czas przyjeżdżał doktór Stelmach, z propozycją małżeństwa, ale nie drgnęło mi przy nim nigdy serce. Zresztą zawsze pachniał kamforą i naftaliną. Kochałam Ksawerego, a on mną znów wzgardził.

Kiedyś śledząc Carlotę ujrzałam piękną córkę Meyera, jak chyłkiem wymyka się przez okno, poszłam za nią. Byłam ciekawa dokąd szła. Niestety była rozczarowana, bo wcale nie do chłopca, a do jednej biednej kobiety z końca wsi, była chyba bardzo chora. Dziewczyna przynosiła jej jedzenie, pewnie wykradała je ojcu z karczmy. Potem pomagała jej wstać, obmyć się, sprzątała jej i chyłkiem znów wymykała się do domu tym samy oknem.

Dziwiłam się, czemu młoda piękna Rachela, bo tak jej było na imię, zajmuję się tą babą. Zwłaszcza, że jak się potem dowiedziałam, ta kobieta, była kiedyś taką wiejską dziwką. Dlatego mieszkała na końcu wsi, daleko od wszystkich.

Kiedyś zapytałam się tej Racheli, dlaczego? Odparła, że nikt inny nie jej chce pomóc.
Ale o Racheli potem, bo to też tragiczna historia, której niestety jestem winną ja.

Kiedy Carlota miała przyprowadzić Ksawerego, wymusiła na mnie „warunek”, no iw końcu się dowiedziałam co to za warunek. Mistrz z jego świtą mieli lada dzień zjechać do mojego domu. Wpadłam w gniew, powiedziałam, że nie dam się tknąć mistrzowi i że ona była w zmowie z Gerardem. Uśmiechnęła się tylko na moje słowa, uśmiechem, który mnie przerażał.
Nawet nie zaprzeczyła, tylko uśmiechała się…i wtedy jej twarz robiła się dziwna. Na końcu powiedziała, że mistrz mi nic nie zrobi, że mogę być spokojną, ale między przyjaciółmi mistrza jest malarz, a ona, Carlota chce, bym zamówiła u niego portret. Powiedziała, że to zdolny artysta, ale brak mu zamówień i że wtedy nie będzie czuł się niepotrzebny. Zgodziłam się na tą jej dziwną prośbę.


- Więc portret był pomysłem Caloty! – Wykrzyknęła Ela.

- A nie spodziewałaś się tego? – zapytał Piotr.

- Tak myślałam, ale szczerze, nie przypuszczałam, że to mistrz przywiózł malarza. Myślałam, że Carlota, tylko wykorzystała okazję, jak Zofia zamówiła artystę do portretu.

- No, ja też tak myślałem. A tak, to nam się to zaczyna całkowicie klarować. Ona, Carlota, już wtedy próbowała przejąć nad Zofią całkowitą kontrolę. Zobacz, po tym wybuchu, tej klątwie, już okoliczni ludzie bali się Zofii, została na łasce Carloty. Została więźniem we własnym domu, do którego Carlota sprowadza mistrza. Zaplanowała to doskonale! Chryste, jak ona musiała Zofię nienawidzić!

- Też tak myślę. Tylko powiedz, za co ona jej tak nienawidziła? Za to, że to ona była żoną Gerarda? Czy, że może ten Gerard w jakiś chory sposób kochał Zofię, nie ją?

- Myślę, że nienawidziła ją z czystej nienawiści. A może, że była po prostu tym Azazelem? Czy raczej nadal jest, bo przed chwila właśnie byłaś obiektem kuszenia siebie przez nią. Choć przedtem chciała kusić mnie. Wiesz, dlaczego rano rozciąłem sobie dłoń? Bo ona chciała mnie skusić swoim młodym ciałem, chciała mi ciebie w jakiś sposób obrzydzić.

Olejniczak zgasił znicz

Olejniczak zgasił znicz, że niby znowu mamy wybierać przyszłość.
Kolejna po Kwaśniewskim prymitywna, komusza mendoweszka chce budować przyszłość zupełnie tak, jakby mało nam tu było łotrzyków z Platformy Obywatelskiej razem z ich dziwaczną budowlą.
Znicz będzie gasiła łamaga! - cóż za medialne posunięcie. Oj, Wojtusiu, Wojtusiu!

Gwybownia napisała o tym pod tytułem ”Olejniczak ogłasza koniec żałoby po tragedii smoleńskiej”
Informuję cwaniaczków udających dziennikarzy w Wyborczej, że Olejniczak to sobie może nawet ogłaszać zagładę Japonii, byle tylko żaden Japończyk się o tym nie dowiedział..

Olejniczak, SLD – psie krwie!

Przy okazji, jeśli już o Smoleńsku, - Kłamstwa rządu i beznadziejne szarże bujdowatych dziennikarzy przekraczają już wszelkie granice. Cóż to za zakłamane i głupie towarzystwo!
To nawet nie jest śmieszne, bo z czego się tu śmiać, skoro jak nie kłamca to zdrajca. Takie wyczyny to mogą śmieszyć jaką ruską "caryczkę" nie obywatela Polski.

Ale, wykorzystując fakt, że większość obywateli jest kretynami w sprawach bezpośrednio ich nie dotyczących, oraz to, że tylko około 20% rozumie prosty komunikat ( informację ) medialna łobuzerka szaleje jakby ją kto ze stu chlewów wywarł.
Żadnego osła nie obchodzi, co będzie jutro czy pojutrze.
Po nich – rozumiem – choćby potop!

Olejniczak zgasił znicz a nędzne resztki Solidarności tkwią na publicznym ringu szczepione kłami. Jeśli mam być szczery, nawet starcie wieprza z lwem po jakimś czasie nudzi swoją powtarzalnością. ten go za grzywę, a tamten znowuż szynek szuka.

Mamy Prezydenta jakby żywcem wyjętego z humoresek Haszka.
Premiera i Rząd zakłamany do imentu i ostentacyjnie liżący Ruski tyłek, prawdopodobnie z powodu założonego tym śmiesznym pankom podwójnego radzieckiego "nelsona"

Mamy opozycję skoncentrowaną na swoim liderze, opozycję na dodatek rozwalaną od wewnątrz. Nie mamy za to wolnych mediów. Zamiast opinii publicznej słuchamy ryku wystraszonych kretynów, którzy najbardziej na całym świecie boją się wolności. Nic nie mamy poza dniem jutrzejszym. I dniem kolejnym, i kolejnym, i kolejnym.

Fajnie jest czytać, leżąc pod kołdrą o przyczynach upadku Rzeczpospolitej. O wrednych magnatach i rozbestwionej szlachcie. O upadku miast i chłopskiej niewoli. O bezrządzie, pustym skarbie i zagładzie polskiego oręża.

Fajnie jest czytać po 300 latach, z perspektywy dobrze poinformowanego cwaniaczka. Och, ach…ale należy pamiętać, że za kolejne 300 lat, jeśli się teraz nie obudzimy, nikt o naszych klęskach i sukcesach czytać nie będzie, bo takich, którzy posiedli trudną sztukę czytania i pisania, można będzie policzyć na palcach.

Olejniczak zgasił znicz. Sowiecki but na polskiej twarzy.
Ileż razy można ten sam błąd popełniać?

środa, 3 listopada 2010

Dom Elżbiety LXXVI


Elżbieta spojrzała pytająco na Piotra.

- Nie rozumiem, o co tu chodzi, nadal. Rozumiesz coś z tego?

- Wiesz – Piotr westchnął – Kanusia zapamiętała tylko to Eihwaz, ale mówiła, że tam były jeszcze jakieś symbole. Myślę, że to Eihwaz było odwrócone, myślę też…że to drzewo też ma znaczenie, wszak Zofię pochowała pod dębem. A ten portret jakoś zaczarowała, był jakby jej oczami, tak myślę.

- A dlaczego stracił moc? Skoro był zaczarowany, powinien być nadal. Powinniśmy zobaczyć tamte oczy? Skoro Kanusi się w ten sposób wyślizgnął, schował, powinien. – Upierała się Ela.

- Zobacz, Kanusia wyjęła go z ram, tamtą formułkę spaliła. A swoją drogą dziwne – zmienił temat Piotr – Dopiero sobie w tej chwili uzmysłowiłem, Zofia pisała w pamiętniku, że Carlota nigdy posiadła umiejętności sztuki pisania, pamiętasz?

- Tak, rzeczywiście. Myślisz, że to pisał ktoś inny?

- Nie wiem. Może ten mistrz? A może Carlota po prostu ją oszukała? A co do portretu, myślę też, że oddalenie od tego domu, też nie było bez znaczenia. No i w ramy został oprawiony poświęcony obraz.

- To się trzyma kupy – westchnęła Ela – dobra idziemy w końcu czytać dalej pamiętnik. Powinniśmy się w końcu dowiedzieć co się stało z Rachelą, Meyerem i tamtymi innymi dziewczynami.

Poszli do sypialni, trzymając się za ręce, to Ela wsunęła dłoń, w rękę Piotra. Chciała się poczuć choć chwilę bezpiecznie i rzeczywiście, chłodna dłoń Piotra wpłynęła na nią kojąco.

- To kto zaczyna? – Ciepły, niski głos Piotra w słabo oświetlonej sypialni zdawał rozganiać czający się mrok.

- Chyba ja – westchnęła Elżbieta, ale zapalmy wszystkie lampy.

- Jasne, już robi się szaro, a światło i tak by było potrzebne do czytania.

Elżbieta usiadła przy stoliku i zaczęła:

Carlota, po mojej deklaracji, że zgadam się na jej warunek, którego nie chciała mi zdradzić zapytała mnie tylko, czy wolę, by Ksawery przyszedł tu tylko, czy żeby podała mu jakąś miksturę. Odparłam prychnięciem…widać byłam naiwna i wierzyłam, że i on nadal o mnie myśli i śni, tak jak ja o nim. Kiedy Carlota poszła, szybko i to bez niczyjej pomocy włożyłam nową, jedwabną, białą sukienkę, którą zamówiłam sobie u krawca w Białymstoku. Włosy rozpuściłam by wydać mu się młodszą. Spojrzałam w zwierciadło i byłam zadowolona z mojego wyglądu.
Czekałam niecierpliwie, aż on przyjdzie, może sama się okłamując wierzyłam, że gdy mnie ujrzy, padnie przede mną na kolana? Zapewne, to od dawna było wizją mej wyobraźni. W końcu go ujrzałam, wszedł, bez słowa, skłonił się przesadnie. Dałam znać głową Carlocie, by wyszła. Chciałam być z nim sama. Przyglądałam mu się. Wyglądał inaczej, niż go zapamiętałam. Zniknęła z jego twarzy nutka melancholii, a zastąpił go jakiś upór. Twarz miał ogorzałą od słońca, a ramiona muskularne. Tamten Ksawery, był delikatny, ten silny, ale ten był mi jeszcze bardziej bliski i kochany. Choć spoglądał na mnie jakoś nieprzyjaźnie, aż drżałam ze szczęścia. Witaj Ksawery, powiedziałam. On znów skłonił się jakoś groteskowo i oficjalnie tylko powiedział coś w rodzaju, że wita wielmożną panią. Nic, nic poza tym. Zaczęłam więc sama, chcąc go ośmielić, że bardzo za nim tęskniłam, że cały czas go kocham, że marzyłam o tym, bym mogła go znów zobaczyć. Że bardzo bym chciała, że teraz to możliwe, byśmy byli razem. Co jeszcze mówiłam nie pamiętam, bo widziałam jak na jego twarzy, zamiast miłości rodziła się jakaś koszmarna pogarda. Z oczu popłynęły mi łzy, zaczęłam go prosić, błagać, by spojrzał na mnie, by ujrzał we mnie tamtą Zofię, którą przecież kiedyś kochał…

To był najstraszniejszy moment mojego życia, on mną wzgardził! Nawet na mnie nie spojrzał, a właściwie, patrzył na mnie, ale nie tak jak mężczyzna na kobietę, a jak człowiek na robaka, ohydnego, wstrętnego wijącego się robaka. Wreszcie powiedział, że jego Zofia umarła, a ja nawet nie jestem jej bladym odbiciem. Poza tym, ma żonę, którą bardzo kocha i syna. Powiedział jeszcze, że mimo iż jest człowiekiem ubogim, nie przyjmuję jałmużny i znoszonych ubrań. Tego co wypracują jego ręce starcza i dla niego i dla tych, którzy go naprawdę kochają.
Tak, porównał mnie do znoszonych ubrań, do zwykłego łachmana!
Potem odwrócił się na pięcie, spojrzałam na jego nogi, były obute w drewniaki! Bez słowa wyszedł zostawiając mnie we łzach i całkiem rozbitą. Wybiegłam za nim, prosząc by dał mi jeszcze chwilę, ale udawał, że mnie nie słyszy. Wtedy w złości, bólu, wykrzyczałam za nim, by nigdy więcej nie usłyszał od kobiety słów miłości, by był przeklęty wraz z tamtą, by jego synowie nie zaznali szczęścia z kobietą. Wtedy zobaczyłam uśmiechniętą Carlotę, stała przyczajona za kolumną ganku. Zapytała, czy rzeczywiście tego chcę? Powiedziałam: Jak niczego innego.

- A jednak, Kanusia miała rację, Zofia go przeklęła, ale klątwę rzuciła Carlota – zatryumfowała Ela

wtorek, 2 listopada 2010

poniedziałek, 1 listopada 2010

Dom Elżbiety LXXV



Gdy wrócili do domu, zajęli się najpierw podgrzaniem pierogów, bo tak naprawdę byli głodni. Od śniadania nic nie jedli, a dochodziła siódma wieczorem.

Gdy siedzieli przy stole kończąc, rzeczywiście wyśmienite pierogi Kanusi, przyglądając się nadal nie sprzątniętym naczyniom po wczorajszych lodach, kieliszkach z niedopitym winem…odczuwali jakąś przyczajoną grozę. Jakby coś, no, wiedzieli co, chciało ich za wszelką cenę rozdzielić, zniszczyć w nich te dopiero rozbudzone uczucia.

Nie odzywali się do siebie, jakby bojąc się, że to co wypowiedzą, może być użyte przeciw nim. W końcu Piotr wstał, zaczął zbierać naczynia ze stołu i wstawić do zlewu, jakby tym aktem chciał zagłuszyć tamte obawy.
Elżbieta chwyciła go za rękę – Ja to zrobię – powiedziała szeptem – a ty odpal kompa i sprawdzimy co oznacza to Eihwaz. OK.?

- Jasne, ale otworzę drzwi do kuchni jak szeroko i do biblioteki też. Chcę cię cały czas słyszeć, bo boję się o ciebie. Ten dom – gestem ręki omiótł kuchnię- zaczął mnie naprawdę przerażać.

- Jak chcesz – Ela nadal mówiła szeptem – za chwilę i tak przyjdę do biblioteki, nie mam zamiaru myć teraz tych naczyń, tylko je złożyć i wstawić do zlewu.

Kiwnął głową na zgodę i wyszedł otwierając jednak wszystkie drzwi na oścież. Słyszała jak wszedł do biblioteki, sama zaczęła się spieszyć, by jak najszybciej uporać się z naczyniami zalegającymi stół w kuchni.

I wtedy się to stało, drzwi z trzaskiem się zamknęły, aż posypał się tynk z futryn, rozdzielając ją z Piotrem. Potem koszmarny chichot, który aż wibrował w uszach. Ela złapała za klamkę od drzwi kuchennych, ale zamek nie chciał ustąpić, jakby coś trzymało te drzwi od zewnątrz. Słyszała krzyk Piotra, potem straciła przytomność ze strachu, bo poczuła znów wokół siebie tą nienawistną woń…

Usłyszała jak ktoś ją woła, a nie był to głos Piotra, bo wołała ją kobieta. Postać wyłoniła się z mgły, a ona sama była w ogrodzie. Nie mogła zrozumieć jak się tu znalazła, bo przecież przed chwilą dobijała się do drzwi kuchennych, chcąc je sforsować.

- Elżbieto! – Zawołała znów postać – choć wszystko ci pokaże i sama zdecydujesz która z nas jest potworem - i zachichotała znów. - Ja tylko byłam jej sługą – już teraz Ela była pewna stała przed nią Carlota. – Twoją sługą też być mogę, wystarczy tylko chcieć. Po co się tak męczysz? Ja nie jestem zła, ja spełniam tylko życzenia. – Znów się śmiała i wyciągnęła do Eli rękę, chcąc ją gdzieś zabrać.

- Odejdź! Precz! – Elżbieta drżała ze strachu. Carlota skrzywiła się na te słowa, jej twarzy dotychczas piękna, wydłużyła się i nabrała jakby zwierzęcych cech. Źrenice zwężyły się i nabrały żółtawego blasku. – Boże – jęknęła Ela – Boże bądź miłościw mnie grzesznej! Uchroń mnie przed nią. Ojcze nasz! Panie Boże Wszechmogący!- Wołała przerażona Elżbieta zaciskając powieki, by nie widzieć Carloty i jej dziwacznego przepoczwarzenia.

Wtedy nad sobą usłyszała głos Piotra.

- Elżbieto, nic ci nie jest? Boże jak się przeraziłem. – Przykucnął nad nią w kuchni, gdzie leżała. Wiec ten ogród, Carlota, to tylko były halucynacje wywołane utratą przytomności.

- Co się stało? – Zapytała, choć znała odpowiedź.- Przed chwilą była w ogrodzie i rozmawiałam z Carlotą, znaczy ona mówiła, kusiła mnie chyba…potem zaczęła się zmieniać, brr…jakby w jakieś zwierzę. Boję się Piotr, bardzo się boję.

- Ja też. Ale musimy teraz to doprowadzić do końca, za wszelką cenę, rozbudziliśmy to, więc musimy. Choć, komputer jest włączony, potem doczytamy pamiętnik Musimy to zrobić, dla nas, dla Zofii i Ksawerego, dla całej mojej i twojej rodziny. Rozumiesz?

Kiwnęła głową. Piotr wziął ją za rękę i pociągnął lekko w stronę biblioteki.

Wpisali w wyszukiwarkę Eihwaz i przeczytali:

Znaczenie wróżebne
1. pozycja naturalna
EIHWAZ zapowiada wstawiennictwo i pomoc ze strony ludzi, losu i czynników nadprzyrodzonych; obiecuje siłę ducha, chroniącą przed wszelkim niebezpieczeństwem; wróży głębokie, duchowe poznanie i niezachwianą wiarę.
2. pozycja odwrócona
Eihwaz w pozycji odwróconej wróży chaos, utratę kierunku, zamęt, błądzenie, poczucie niezadowolenia; oznacza osamotnienie, odmowę i brak pomocy; przestrzega przed niebezpieczeństwem, zbędnym ryzykiem, śmiercią.
Oraz, że oznacza cis. Ale może symbolizować jesion i dąb. Jest też symbolem przemiany.