czwartek, 10 listopada 2011

11.11.2011 - Rezerwa strategiczna

Przecież nie pójdę po pomoc czy inne posiłki do Nieba, skoro już przy bramie czyśćca mnie wyśmiali.

- Helou! Czy jest tu kilkudziesięciu konnych, którzy by zechcieli się zabawić przy pomocy szabli, arkana, batoga czy innej dzidy?

Wyszedł taki jeden z brodą po pas, spojrzeniem pali i mówi grobowym głosem, że jakieś tam memento jest mori. Włos mi stanął na łbie skromnym, koń jakoś tak zagdakał. Zsiadłem. Podchodzę do bramy;

- Puśćcie Dziadku do czyśćca, bo ja tu muszę zacną chorągiewkę sformować, żeby jutro lewkom, takim i owakim dać po grzbietach odpowiedni respons.

Nie puszcza! Mało, że nie puszcza to jeszcze wygraża, że niby, da on mi „dziadka”! Konia mi płoszy złotym kluczem na kiju.

Wsiadam do windy, i dalejże milion pięter w dół. Jadę windą i jadę. Rumak dzielny produkuje niczym jakaś cukiernia, pączka za pączkiem.

- -Dzień dobry; czy jestem w piekle?

Wychodzi taki jeden ancymon w białej koszulce polo i mnie wypytuje.

- A po co?

- A dlaczego aż do piekła?

- A jaki niby jest mój pesel?

- A ile razy oglądałem film „Omen”?

Wkurzył mnie. Do szabli i ciach go w łeb! Otarł pysk z krwi i nieco przytomniej pyta, co mnie sprowadza?

Wyłuszczyłem kwestię, która mnie do tak piekielnej rozpaczy przywiodła.

Mądrala brodę szarpie. Niby to myśli ,a nie myśli.

–Jeźdźców u nas nie ma, no chyba, że w czyśćcu albo i w niebie. Święty Jerzy wodzi dragonów ( he he ), odkąd smoka przebił. Husaria jest, ale by jej użyć trzeba mieć takie pieczęcie na podaniu…. Jest ino Pan Lisowski ze swoimi niemowlętami, którzy to szkód dość czynią,; Bierz ich Waszmość na usługi, ino tu podpisz!

- Niczego nie podpiszę! Ilu ich?... Siedmiuset?

- Za dużo?

- Wystarczy siedemnastu, dobrze zaopatrzonych w stal i proch. Byle tylko strasznie, z czeluści piekielnej społem wychynęli! Wychynęli, budząc strach und przerażenie. Lekka jazda wprost z piekielnej otchłani.

- I po co to?

- Po to by, wreszcie wszystko znalazło się na właściwym miejscu!

- A ta sotnia dzikich Tatarów, którą waść na przedpiekle przywiódł ?

- To jest rezerwa. Rezerwa strategiczna!

środa, 9 listopada 2011

GWybol donosi

"Środowiska antyfaszystowskie (Żelbeton czyli 'queerowo-feministyczny, antyfaszystkowski blok non-violence') protestujące przeciwko piątkowej demonstracji narodowców zamierzali dzisiaj zasłonić balonami pomnik Romana Dmowskiego. Uniemożliwiła im to jednak grupa osób ewidentnie broniących przywódcy przedwojennej endecji, która licznie zebrała się pod monumentem. Policja skutecznie oddzieliła od siebie obie grupy"

Durne lewaki! Gdyby was wszystkich zebrać. Gnojów od Urbana, post - stalinowskie świnie, kawiorowych Gojów z Krytyki Politycznej i resztę tego różnobarwnego bydełka.

Gdyby wszyscy wymienieni powyżej wysilili się, nadęli swoje marne głowy jak balony, przyjmując od biegaczy z gwybola rozdawane prawie za darmo umysłowe dopalacze, i tak, nigdy nie będą w stanie osiagnąć poziomu sznurowadła w lewym buciku Pana Dmowskiego.

Gdzie Michnik czy inny Blumsztajn, a gdzie Dmowski?

Z czym do ludu, frajerzy? Gońcie kijkiem fajerki z pieca!

Samo to, że w Polsce, trzeba pomnik Dmowskiego chronić przed lewackim bydełkiem jest dziwaczny.

Na szczęście, każde dziwactwo ma swój koniec.

Komorowski

Tusk

Kopacz

Też


wtorek, 8 listopada 2011

Bez Orła na piersi

Koszulki mnie/mi się podobają! - Ocenia Błaszczykowski, kapitan Reprezentacji Polski w piłce nożnej. Nie ma „orzełka” ale za to jest logo PZPN. To, wedle kapitana naszej narodowej drużyny piłkarskiej, wystarczy.

Nawet pasuje! Logo najbardziej skorumpowanego, zakłamanego i skomuszałego do imentu związku sportowego w Polsce, ma mnie, kibica zachęcać do dopingowania międzynarodowej bandy prowadzonej do boju przez szczerego analfabetę?

Bezczelność chamów z PZPN to już są, dosłownie, Himalaje!

Nie mam zamiaru kibicować drużynie skorumpowanego PZPN. Niech sami sobie kibicują!

Co tam „orzełek na piersi”?

- Panie Błaszczykowski - Mam nadzieję, że kibice we Wrocławiu, w Dniu Święta Niepodległości potrafią odpowiednio docenić pański wkład w promocję logo PZPN. Podczas Euro stadiony zapełnią ludzie w biało czerwonych cylindrach, którzy ku waszemu zadowoleniu będą po każdym meczu skandowali: „Polacy, nic się nie stało!” Oby nie!

Nadal liczę, że wśród, tak, także moich, reprezentantów są faceci z jajami na właściwym miejscu. W każdym razie, bez Orłów na piersiach, panowie piłkarze, proszę mi się nie pokazywać na oczy.


Kungo

Debil prezydentem.

Krętacz i łotr w jednej osobie, premierem.

Kłamliwa świnia drugą osobą w państwie. Ale co to za państwo, w którym brak obywateli?

Takie jest Kungo!

Państwo w dziwnym Kosmosie. To państwo nazywa się Kungo. Nic nam do Kunga!

Dziwaczne jest tylko, że w Kungu jawnie "zgapiają" z nas demokratyczne urządzenia.

Dlaczego tak sie dzieje?

A tam... - Galaktyka tamta czy śramta!

niedziela, 6 listopada 2011

Demokracja zdycha

Demokracja w formie, jakiej obecnie zaznajemy, najzwyczajniej w świecie, wlecze nas na łańcuchu niczym , bezwładny pęk skór w przepaść, albo do ogniska. Znaczy się, mamy wybór. Albo spłoniemy, albo spadniemy. Fajnie!

Wlecze nas, ponieważ jesteśmy bardzo marni, wierząc w jakieś „mechanizmy demokratyczne” podczas gdy państwa, a co gorsze, społeczeństwa padają pod narzuconymi przez system demokratyczny zupełnie nieznośnymi ciężarami.

Aby koło cywilizacji ładnie się domknęło, przechodzimy powoli do systemu quasi niewolniczego. Oczywiście bez łańcuchów i bicia po mordach, ale to w sumie tylko kwestia czasu.

Na razie siedzimy w pułapce, ponieważ nie ma żadnych mechanizmów, dzięki którym klasa panująca raczyłaby się w swej pazerności ograniczyć.

Pozornie wydaje się, że właśnie demokracja jest skuteczną przeciwwagą, mieczem wiszącym nad karkami oligarchów, śmiesznych arystokratów z nadania oraz ich tanio kupowanych popleczników. Nic bardziej mylnego. Klasa panująca jest po prostu zbyt liczna, by zdyscyplinować ją w sposób demokratyczny. Inaczej - Posługując się głosem wyborczym.

Po jej stronie stoją, ponieważ są jej oczywistą składową, media, cała klasa polityczna, aparat urzędniczy i fiskalny a także aparat przymusu, poczynając od Policji a kończąc na niejasnych, lokalnych grupach nacisku.

By nie należeć do plebsu trzeba być formalnie albo nieformalnie dokooptowany do klasy panującej.

Zasadniczo wszyscy, poza wymienionymi powyżej należą do plebsu. Plebejuszem jest na przykład „milionowy” przedsiębiorca, który zatrudnia, powiedzmy, dwustu ludzi i oczywiście każdy z jego pracowników. W każdej chwili mogą zostać zniszczeni przez pana „X” czy panią „B” Można się zdziwić, że gołodupiec z urzędu ma uprawnienia do obijania kijem i trzymania w przedpokoju kogoś, kto nie dość, że utrzymuje wraz z masą sobie podobnych, obijającego, to jeszcze, nawet bez jakiejś szczególnej złośliwości, zgodnie z prawem, może uczynić z niego podobnego sobie gołodupca.

Nie w tym dziwnego, że ludzie starają się o wejście do elity, o bycie „swoim” choćby na poziomie gminy czy powiatu. Koszty nikogo nie obchodzą, ponieważ dla jednych są zyskiem, a w innych pogłębiają poczucie bezradności.

Podobnie. Nikt automatycznie nie awansuje do elity z powodu swego wykształcenia. Owszem podwyższa swój status społeczny czy finansowy, ale choćby znał sto języków nadal jest nieco poniżej woźnego w ministerstwie. Oczywiście na realnej drabinie społecznej.

Kiedy powstaje naturalne pytanie, skąd brać pieniądze dla klasy panującej, odpowiedź może być tylko jedna – Od plebsu!

Plebs się boi, a w takim stanie ducha, miast buntu oglądamy spektakl pokory i przyzwolenia. Do czasu, oczywiście. Niemniej bojąc się i padając plackiem „lud roboczy” daje czas swoim przełożonym.

Ci mają dwie strategie na okoliczność buntu.

Mały niepokój pacyfikuje się zastraszaniem, podsłuchami, biciem po pysku, odbieraniem możliwości zarobku, naciskami a w beznadziejnych przypadkach obietnicami dokooptowania do elity.

Duży niepokój będzie trzeba gasić forsą, której nie ma, albo przy pomocy salw z broni różnego rodzaju.

Tak czy inaczej demokracja o jakiej marzyliśmy już nie istnieje. Zbyt wielu obywateli zostało wykluczonych. Zbyt wiele spraw i problemów jest kwitowanych machnięciem ręki. Pańskiej ręki! – Niech jedzą bezy, skoro nie mają na chleb!

A sami, gdy raczą już zeżreć wszystko, będą wrzeszczeć by plebs bronił demokracji, ich przywilejów, ich praw, przeważnie nabytych drogą wyłudzenia. Pojawi się wolność na sztandarach i Polska cudowna, Polska dla każdego, ale nikt nie ruszy palcem, pogrążony w wytrenowanej niemocy.

I demokracja zdechnie. Mam nadzieję, że stanie się to, nim przekształci się w ustrój niewolniczy. Ślepy by zauważył, że historia właśnie rusza z kopyta czy tego chcemy czy nie chcemy.

„W Gazie bez oczu, pośród niewolników” że zacytuję Poetę.


Fort ze starych klocków

Na co nam Partia Republikańska, a w ogóle jakaś tam republika, skoro mamy karton z klockami? Mamy tam jeszcze drewniane klocki wyprodukowane jeszcze w zakładach im. Stalina czy innego Breżniewa. Pomimo oczywistego faktu, że z tych klocków można ustawić tylko dość topornie wyglądającą budę, nadal znajdują chętnych, którzy z nich budują.

Te nowsze są plastykowe, ot, podróbka „lego” z czasów wielkiego przełomu. Tymi bawimy się najchętniej, ponieważ do siebie pasują. Wypłowiały a od ciągłego przestawiania, rujnowania i budowania, większość jest mocno wyszczerbiona. Inne zaginęły. Albo ktoś wyniósł, albo pies zjadł? Nie wiadomo.

Pozostałymi nadal chętnie się bawimy. Można by co prawda kupić nowe klocki ale te nowe jakoś nie pasują do tych starych. Nie pasują i już. Wypadają albo nie wchodzą.

Złośliwi, a takich nie brak na świecie, twierdzą, że nasze zamiłowanie do starych klocków, że nasza ciągła zabawa w ustawianie z nich domów, zamków, pałaców i farm do niczego nie prowadzi, a z każdym rokiem nasz ulubiony komplet wygląda gorzej.

Chwyci jakiś ananas garść klocków, od „Sasa do lasa” jak to mówią. Jakiś łuk, fragment latarni morskiej, kawałek płotu, krowę, beczkę i kilkanaście całkiem zwykłych średniaków. Ciężko pracując, dosłownie z językiem na wierzchu skleci w końcu coś, co będzie diabli wiedzą do czego podobne, zaprosi telewizję i przy jej pomocy zacznie zachwalać to coś, jako, na przykład, Fort Republikański.

Śmiechu warte!

Aby ta zabawa nie wyszła nam bokiem, albo wysilimy się na nowy karton z całkiem nowymi klockami, albo, co lepsze, wyjdźmy pobawić się na dworze. Piękna pogoda. Wielobarwny kobierzec liści, kasztany, słoneczko przygrzewa. Może z takiej perspektywy ujrzymy nasz ulubiony zestaw klocków we właściwej skali. Czy naprawdę musimy się nim bawić, o ile jeszcze kogoś ta zabawa w ogóle bawi?

środa, 2 listopada 2011

To był dobry Kraj. Teraz z pointą

1.

To był dobry kraj. Puszcze były mroczne, łąki rozświetlone, rzeki snuły się leniwie a łachy piachu zachęcały do odpoczynku. Człowiek leżał i patrzył w oszałamiające błękitne dale, liczył chmury i słuchał śpiewu ptaków, szmeru rzeki. Jego myśli krążyły coraz wolniej i wolniej, aż zasnął.
Wyśnił grody, niewolnictwo, najazdy, wojny, pożogi, kamienne miasta, strzeliste wieże kościołów, strzelby wież i wilki wyjące na pogorzeliskach. Wyśnił wiek złoty, srebrny i wieki niewoli, powstania, rzeki krwi i druty kolczaste i strzały w potylice. Wyśnił królów w purpurze i szarych namiestników o pustych oczach. Spał długo, naprawdę długo. Spał pod wodą, pod darnią i pod kamieniem, ale wszystko ma swój koniec. Obudził się i ruszył przed siebie.

2.

Był tak delikatny, że potrafił grać na pajęczynie, zupełnie jak na harfie a jednocześnie tak potężny, że do swojej harfy używał jako strun, stalowych lin, grubych jak pień stuletniej sosny. Kiedy na niej grał pękała ziemia i drżało niebo, albo odwrotnie – nie pamiętam. Idąc drogą uważał by nie deptać po małych żyjątkach. Kładł na dłoni gapowatego ślimaczka i podziwiał jego doskonałą chęć życia, ale potrafił zdeptać cały kraj albo rzucić ogień wprost w ludzkie mrowisko. Taki był, taki jest i taki będzie. Gdyby miał do kogo przemówić być może powiedziałby coś takiego:

- I tak mają więcej, niż na to zasługują!

3.
Nie mówcie, że historia was czegokolwiek nauczyła. Klio sypia samotnie w wielkim zimnym łóżku. Jej kochankowie dawno pomarli. Siada przed lustrem i starannie rozczesuje długie, niedawno ufarbowane na blond włosy. Stroi miny i przechadza się zupełnie nago po pustym pałacu, mając nadzieję, że ktoś z daleka, być może przez lunetę dojrzy i zachwyci się powabami jej wciąż młodego ciała. Potem znudzona siada na ławeczce w cieniu posiwiałego z rozpaczy dębu i czyta historyczne romanse.

4.

Ruszył przed siebie, choć już nie było sensownego "przed" ani "siebie"

Pod Złotą Gałęzią ostrzył miecz. Szelest, nieprzystajacy do niczego, stalowy szum osełki i ostrza niósł sie po górach i dolinach. Spotkamy się w czarodziejskim miejscu. Pod Złotą Gałezią ludów, które odchodzą w szczery niebyt. Już odeszły.