czwartek, 16 czerwca 2016

O Mistrzostwo Europy 7. Dzień meczu czyli luzik



Spotkałem wczoraj na ulicy starego kibica i wystawcie sobie, że nasza rozmowa dotyczyła reformy rozgrywek trzeciej ( czyli czwartej ) ligi oraz wpływu zmniejszenia ilości drużyn w tej klasie rozgrywkowej na wzrost poziomu rozgrywek w lidze czwartej ( czyli piątej ) Na koniec wyraziliśmy wspólną satysfakcję z faktu, że do pierwszej ligi ( czyli drugiej ) awansowały Stal Mielec i GKS Tychy, oraz nadzieję, że Polonia Warszawa i Warta Poznań wygrają rozgrywane wczoraj baraże o drugą ligę ( czyli trzecią ) co się, nawiasem mówiąc, tym starym firmom udało . Za zastrzeżenia w nawiasach podziękujcie reklamiarzom – idiotom, którzy wymuszają taką nomenklaturę.
Napisałem o tym, żebyście wiedzieli, że nie samymi mistrzostwami żyje prawdziwy kibic. Jeśli nie zrozumiałeś pierwszego akapitu, jesteś koniunkturalistę patriotycznego wzmożenia. Fanem, ale fanem okazjonalnym, łaknącym emocji oraz narodowej dumy z tryumfu. To nic złego. To świetnie, że dołączasz, gdy gra Polska. Jesteś w większości i w sumie, piłkarze dla ciebie grają bardziej, niż dla mnie. Do ciebie mizdrzą się i klepią truizmy redaktorkowie młodzi w telewizyjnych studiach i dla ciebie niemiecki supermarket przygotował narodowe flagi, które wystarczy odebrać i mieć. 
Baw się i skacz, człowieku, ale jak już nabawisz się i naskaczesz przed telewizorem, rozejrzyj się po wycinku planety, który zwiedzasz codziennie i spróbuj odnaleźć swoją lokalną drużynę, choćby grała w siódmej ( czyli ósmej ) lidze. To też jest piłka nożna i boisko wbrew telewizyjnym pozorom nie jest dwa razy mniejsze niż we francuskim Parku Książąt. Idź, a zobaczysz ludzki wymiar tej pięknej gry.
Poznasz tam ludzi, których nie spotykasz na co dzień i zaręczam ci, że z każdego meczu przyniesiesz choć jedno zabawne, miłe sercu wspomnienie. Kiedyś dotarłem na stadion za wcześnie. Nuda. Piłkarze dopiero zaczynają się leniwie rozgrzewać. Słońce piecze, wietrzyk wieje. Nikogo znajomego, żeby otworzyć gębę, ale za mną siedzi zupełnie obcy facet i rozwiązuje krzyżówkę, półgłosem powtarzając każde hasło nad którym się mozoli. Strasznie to denerwujące, bo człowiek automatycznie chciałby podpowiedzieć, a nie wiadomo czy wypada.
- Polski pisarz, autor „Krzyżaków”... – marudzi.
- Autor „Krzyżaków” na si... – uszczegóławia.
- Si, si – powtarza, a ja zaczynam odczuwać lekki niepokój, bo facet siedzi tuż za mną.
- Sinkiewicz! – tryumfuje, ale przedwcześnie.
- Cholera, za mało liter... Si, si... – Facet się nie poddaje.
Potem okazało się, że obcy jegomość, to obserwator z trzecioligowego klubu. Sam talent, a do tego na etacie łowcy talentów.
Piękne Panie i Szlachetni Panowie, wrzućcie przed meczem na luzik, pamiętając, że cmentarze są pełne ludzi, którzy zbytnio przejęli się sprawami, na bieg których nie mieli żadnego wpływu.
Nie... No wiem przecież, że zaciskanie kciuków pomaga, że są szczęśliwe krzesła, fotele czy kanapy, z których, gdy oglądamy mecz, nasi niezawodnie wygrywają. Są szczęśliwe koszulki, czy w ekstremalnych przypadkach majtki ( syndrom Loewa ). Starsi kibice, pamiętający trenera Górskiego, nie golą się przed meczem. Młodsi, po starannej analizie stanu defensywy rywala, obiecują swoim partnerkom, by zachęcić je do kibicowania, że dadzą radę tyle razy, ile nasi wbiją goli. Różne i nieopisane, są bowiem obyczaje kibicowskiego plemienia. Najgorszym jest chlanie przed i w trakcie meczu. Zacny kibicu! Pamiętaj, że tylko pijącemu, zapach piątego piwa, otwartego w trakcie pierwszej połowy wydaje się wspaniały i zachęcający. Nazajutrz można takiego kibica spotkać na ulicy.
- Liczyłem na więcej, ale dobry i remis – zagaja.
- Jaki remis, przecież było trzy do jednego – dziwię się niezmiernie.
- Trzy, jeden, dla kogo? – Teraz on jest zdumiony.
Jak się bliżej przyjrzeć, pod szczeciną zarostu można dostrzec ślady po smugach z buraka i pasty do zębów. Gość robił w domu patriotyczną oprawę i nie domył. Bywa i tak. 

środa, 15 czerwca 2016

O Mistrzostwo Europy 6. Ograć Niemców!



Nie pamiętam tego z powodu piłkarskiej amnezji, ale ponoć przez kilkadziesiąt lat tylko przegrywaliśmy, albo remisowaliśmy z Niemcami. Mam nadzieję, że nasi piłkarze też tego nie pamiętają, ponieważ nie ma to nic do rzeczy. Jutro, aby odnieść prawdziwy sukces we Francji, powinniśmy ich ograć. Roztrząsanie jakichś tam „meczów na wodzie” w niczym nam nie pomoże.

Tu nie chodzi o sytuację w tabeli przed trudnym meczem z Ukrainą, ani nawet o tak zwaną drabinkę i kolejnych rywali w fazie pucharowej, a bardziej o emocjonalnego kopa, jaki zwycięstwo dałoby naszej dzielnej drużynie, kolejnych przeciwników wprawiając w osłupienie. Remis to tylko złudzenie sukcesu. Okazja  do maniackiej telewizyjnej gadki, która już teraz zalewa takich prostych kibiców, jak ja. Mieliśmy jeden „zwycięski remis” na Wembley i wystarczy. Mdli mnie, gdy słyszę ten zwrot. Jest równie głupi jak „porażka w dobrym stylu”. Nie ma czegoś takiego jak honorowa czy piękna porażka.  To zawsze wynik słabości, zaniedbań, błędów dowódcy, albo wykonawców rozkazów. Na dodatek w meczu piłkarskim, nie występuje coś takiego jak przewaga liczebna przeciwnika, przynajmniej na początku rozgrywki.

Po prostu, aby wygrać z Mistrzem Świata trzeba zrobić kilka rzeczy, a innych nie robić, choćby się trawa na boisku paliła. Nie wolno, na przykład, nastawić się na „zabójcze kontry” ponieważ, aby takowe wyprowadzić, trzeba podejmować przeciwnika w na  swojej połowie. To tak, jakby uzbrojonemu po zęby wojownikowi dać podejść do siebie, licząc, że uda mu się przywalić podniesionym z ziemi kamieniem. Niemcy przesiadujący w pobliżu naszego pola karnego to porażka. 

Za dobrze łobuzy biją wolne i kornery, że o strzałach z daleka, nawet nie warto wspominać. Dlatego należy atakować i szarpać do bólu w środku boiska. Kontra owszem, ale gdy odbierze im się piłkę w strefie środkowej.

Trzeba ustawić się dokładnie tak, jak na Irlandię Północną. Z tym, oczywiście, że zadania dla poszczególnych graczy będą nieco inne. Żadne rozmnażanie defensywnych pomocników nam nie pomoże, podobnie jak kombinacje z Milikiem jako fałszywym skrzydłowym i osamotnionym na szpicy Lewandowskim. To prosta droga do porażki oraz chaosu w grze ofensywnej. Trójka Grosicki ( Błaszczykowski) Lewandowski, Milik to za mało, by zagrozić defensywie Niemiaszków, tym bardziej, że przy Krychowiaku i Mączyńskim, pewnie zagrałby wówczas Jodłowiec. Podobnie jak przed pierwszym meczem, wołam o miejsce dla Kapustki. Teraz wydaje się to bardziej oczywiste i mam nadzieję, że Nawałka nie zmieni zwycięskiego składu, a cały powyższy akapit pozostanie li tylko zastrzeżeniem.

Druga rzecz, bardzo trudna lecz wykonalna, to zmuszenie Niemców do przyjęcia naszych warunków gry, albo przynajmniej doprowadzenie do konfrontacji dwóch podobnie ofensywnych konceptów. Przyjęcie niemieckich warunków, podążanie za nimi, reagowanie na nie, to prosta droga do porażki. Jeśli nie będzie im się układała się gra. Jeśli będą ślimaczyli w rozgrywaniu, a my patrząc na to będziemy oddychali swobodnie, zadowoleni, że nie taki diabeł straszny, zaraz dostaniemy pigułę do siatki.

Niemcy są bowiem mistrzami w usypianiu rywala. Żeby ich ograć trzeba ich bez przerwy absorbować naszymi rozwiązaniami ofensywnymi. Zmusić te stalowe łby do myślenia, co też ci Polacy kombinują? Wbrew pozorom, stany głębokich zamyśleń w trakcie gry nie sprzyjają zwycięstwu. Jak znam Niemiaszków, mieli naszą reprezentację rozgryzioną, opisaną w odpowiadającym im schemacie i w zasadzie już przed turniejem odhaczoną jako pokonaną. Na pewno byli przygotowani nawet na ofensywny wariant z Zielińskim, aż tu nagle Kapustka, który biega i biega, kręci kółeczka i kręci, robiąc zamęt, niczym jakiś wirus komputerowy, a do tego podaje i strzela nie wykazując młodzieńczej tremy. Tego się trzymajmy, panowie!

W czekającym nas meczu nie ma też miejsca na wznoszenie rąk ku górze i łapanie się za głowę. Nie łudźmy się, że będziemy mieli sto sytuacji strzeleckich. Te które wypracujemy, trzeba wykorzystać. To wszystko.  

Przed meczem media zasypią nas porównaniami graczy na poszczególnych pozycjach, szukając w tym nadziei, albo gasząc kibicowski optymizm. Co tu porównywać, skoro gramy z Mistrzami Świata. Jeśli kogoś cieszy, że mamy lepszy atak, niech spojrzy, kto strzelał dla Niemców w meczu z Ukrainą.
My grajmy swoje. Bez kompleksów i bez buńczuczności. Z fantazją, szybko i po ziemi, do przodu i z lewej na prawą... do środka i bach na budę! Niech ten Neuer pokaże na co go stać.


O bramkarzu Bayernu nasłucham się przy okazji każdego meczu, jaki on najwspanialszy, najnowocześniejszy i jak świetnie gra nogami, że po prostu pomocnik, nie bramkarz. Mdli mnie od tego ględzenia. Przecież wystarczy, że w meczu naszej ligi bramkarz interweniuje poza polem karnym, zaraz komentator wyskakuje z tym Neuerem. Najwyższy czas, żeby ktoś temu „Pelemu w rękawicach” zabrał piłkę i strzelił do siaty. Najlepiej na trzy zero, czego sobie i szanownym czytelnikom życzę.

wtorek, 14 czerwca 2016

O Mistrzostwo Europy 5. Zapach trawy



Kiedy byłem chłopcem, pory roku ocenialiśmy przez pryzmat przydatności boiska do gry. Wbrew powszechnym sądom, zima nie była najgorsza. Mróz i śnieg w żaden sposób nie powstrzymywały nas przed grą. Kto nie kopał piłki w kopnym śniegu, nie wie jak fajnie można się rzucać, robić wślizgi i ile jest przy tym śmiechu, gdyż śnieg w znacznym stopniu niweluje różnice techniczne między graczami. Albo, ile osobliwej przyjemności sprawia rozsupływanie zamrożonych, pokrytych lodem sznurówek trampków, ukrywanie przed mamą piłkarskich ekscesów i jak intensywnie czerwoną gębę można mieć przedzierając się przez śnieg na lewym skrzydle, by zacentrować do kolegi, który w czapce z pomponem szarżuje na bramkę bronioną przez desperata w kusej ortalionowej kurteczce.

Najgorsze były marcowe roztopy. Śnieg zamienił się w błotnistą breję, a tu pierwsze powiewy ciepłego wiatru, a tu słońce wyglądające lufcikiem maleńkim. I na każdej przerwie zbiegaliśmy na nasze piaszczysto-gliniane boisko, sprawdzić, czy może ten wiaterek przez trzy kwadranse...

Grać się chce tak, że plac na którym zapadamy się po kostki w błoto, wydaje się coraz znośniejszy, prawie dobry. Może jutro? Ale przecież dziś, dziś! Po lekcjach taszczymy z osiedlowego sklepu kilka wyżebranych kartonów, które rozkładamy pod bramkami, żeby bramkarze mogli bronić w komfortowych warunkach.

Nie napiszę, jak wyglądałem przemykając do domu, jak szczoteczką moczoną w wodzie próbowałem doprowadzić „szkolne spodnie” do porządku, ani jak je suszyłem maminą suszarką, albowiem nie ma bezinteresownej miłości bez poświęceń.

A teraz czytam pytania zdziwionych, co ja w tej piłce widzę? Jest tyle ważniejszych spraw godnych opisania, a ja strzępię klawiaturę, dzień po dniu podbijając bębenek piłkarskich emocji, gdzie korupcja, milionowe gaże i chamstwo. Czy nie powinienem dorosnąć?

Najlepsze były wakacje.
Wstaję rano z takim bólem nóg, że z trudnością człapię do łazienki. Ledwie zmoczyłem gębę, ledwie zacząłem szykować sobie śniadanie, już pod balkonem głosy liczne.

- Jacek, wyjdziesz?

Twarze wesołe, wzniesione ku trzeciemu piętru. No, przyszli do posiadacza piłki, nie z samej sympatii, przecież.

- Zjem coś – odkrzykuję.

- To rzuć piłkę!

Jasne, piłki się zachciało. Kanapkę w dłoń, klucz do kieszeni i na dół, cuchnącą lizolem klatką schodową. Potem graliśmy. Składy się zmieniały, gracze pędzili na obiad, wracali z obiadu. Wraz z upływem czasu pojawiało się więcej piłek, chętnych do gry, możliwości. Zawsze spóźniony na kolację, zawsze z otartymi do krwi kolanami... Wspinałem się po schodach jak alpinista. Jeszcze dwa piętra, jeszcze jedno...

I ktoś się teraz pyta, dlaczego emocjonuję się meczami?

Problemem była nowa piłka, ponieważ nowa piłka to odpowiedzialność. Jej właściciel za nic w świecie nie chciał grać na szkolnym boisku, bo za bramką, za zdezelowaną siatką, ulica, a na ulicy auta. Poza tym, wiadomo że na piasku piłka się ściera. Potrafiliśmy całą szajką maszerować rozpalonymi przez słońce ulicami całe dwa kilometry, by grać na łące, na boskiej, intensywnie pachnącej trawie, ku bezbrzeżnemu zdumieniu pasących się krów.

Tam, nie trzeba było słupków, poprzeczek, linii bocznych. Nowiutka, dobrze „nabita” piłka toczyła się dziarsko, od nogi do nogi. Pamiętam siebie w połatanym na kolanach dresie i obowiązkowych skórzanych rękawiczkach, pochylonego, czujnie śledzącego grę, by w odpowiednim momencie wybiec i rzucić się pod nogi napastników, albo pofrunąć, tak pofrunąć, ku żółtemu pociskowi niechybnie zmierzającemu w górny róg wyobrażonej bramki, która tak naprawdę oznaczona była przez dwa stosiki ciuchów i torby z zabranym przezornie piciem.

Jak mam nie ulegać emocjom? Jak na zimno mam analizować szanse naszych, skoro nadal czuję kwaśny zapach ziemi, słodką woń rozgrzanej nadrzecznej łąki i cudowny aromat nowiutkiej skórzanej piłki, którą tulę w objęciach po udanej paradzie? 
Aż krowy podniosły łby, zwabione wojowniczym okrzykiem: Moja!

***
Pozwoliłem sobie na taki osobisty wpis, nim pochłonie nas mecz z Niemcami. To, kto wczoraj wbił i komu wbili, przecież wiecie. Dzisiaj mam zamiar kibicować Węgrom. Zawsze kibicowałem dziarskim Madziarom. Za komuny, razem z Czechosłowakami byli wyjęci spod odium kibicowskiej niechęci, jaką otaczaliśmy drużyny państw bratnich. Poza tym Węgrzy zaliczyli głębszy niż Polska piłkarski upadek. Świetni przed wojną, potem najlepsi w świecie, aż do lat wstydliwych, lat całkiem zasłużonych klęsk. Mam nadzieję, że powoli się dźwigną, czego im szczerze życzę.



poniedziałek, 13 czerwca 2016

O Mistrzostwo Europy 4. Kapustka to nasz nowy...



Polska pokonała Irlandię Północną. Tak jak napisałem wczoraj był to mecz na trzy do zera, a że skończył się skromniejszym zwycięstwem... Cóż, sytuacji było wystarczająco dużo, by zrealizować moją prognozę z naddatkiem. Bardzo jestem zadowolony z Kapustki. To jedyny piłkarz naszej reprezentacji o którym wczoraj wspomniałem, zaznaczając autorytarnie, że musi zagrać, jako mój ulubieniec. I zagrał.

Od chwili gdy zobaczyłem łobuza w meczu Cracovii, jak zbiera piłkę przed własnym polem karnym, pędzi przez całe boisko mijając rywali a na koniec strzela z osiemnastu metrów w okienko, pomimo tego, że w pole karne wbiegają jego starsi koledzy napastnicy. Nie sama akcja, a niezależność i odwaga w podjęciu decyzji sprawiły, że od tego momentu pilnie przypatrywałem się temu młodemu piłkarzowi, zawracając nim głowę miłośnikom piłki z którymi mam przyjemność rozmawiać. Świetnie się złożyło, że pan Nawałka wyciągnął podobne wnioski, jak ja. Amator i profan mądrala.

Teraz Kapustka obiega w swoim tempie Europejskie media i niejeden skaut wielkiego klubu ma czerwone uszy. To dobrze, bo nowa gwiazda polskiej piłki nie odejdzie na zachód za czapkę gruszek, co niestety przekłada się potem na przebieg kariery naszych młodych zdolnych.

Ten chłopak jest gotowy do gry na każdym poziomie, ponieważ gra swoją grę. Może się to podobać, albo nie, ale to jemu trzeba przygotować odpowiednie miejsce. W im lepszym zagra zespole, tym lepiej będzie grał. To wydaje się oczywistością, ale tak nie jest. Ludzie giną w świetle gwiazd, a ten młodziak urokowi gwiazd nie podlega. Przynajmniej w trakcie meczu.

Popatrzcie na te jego kółeczka, które sprawozdawcy nazywali początkowo zwalnianiem gry. To jest szukanie najlepszego wyboru, co niezorientowanemu co do wieku Bartosza i hierarchii panującej w reprezentacji może sugerować, że mają do czynienie z rutynowanym liderem drużyny.

Zaraz miłośnicy „złotych czasów” na mnie naskoczą, że zgłupiałem, ale jeśli miałbym szukać przykładu w przeszłości, porównałbym chłopaka do młodego Deyny. Młodego, czyli w wieku dwudziestu dwóch, trzech lat. I nie chodzi wcale o te kółeczka, a o to, że Kapustka gra swój mecz, koncentrując na sobie uwagę kibiców, mediów i rywali. Ma czas, by stać się liderem i rozgrywającym o jakim marzymy od kilkudziesięciu lat. Tyle tylko, że chłopak tak przyspiesza, że wcale nie zdziwiłbym się, gdyby swoje kolejne występy we Francji okrasił golami czy asystami.

W ogóle, zwróćcie na to uwagę, ze z dnia na dzień zniknął temat, czy Kapustka da radę, tylko, ile swoją grą da drużynie. Już teraz, przy czyścicielu Krychowiaku, może swobodnie brać się za rozgrywanie, zostawiając miejsce na skrzydle Grosickiemu. To fantastyczne, że turniej zaczął kreować nową polską gwiazdę i że ta gwiazda ma dziewiętnaście lat. To stwarza całej drużynie kapitalne perspektywy. Do listy zagrożeń, ni z tego nie z owego, wszyscy kolejni trenerzy naszych rywali, muszą dopisać kolejne nazwisko.

Wczoraj wszyscy zagrali dobrze, albo chociaż przyzwoicie. Były niedokładności, pojedyncze błędy, w tym jeden bardzo groźny w wykonaniu Pazdana, ale to przecież mecz piłkarski. Poza tym, wbrew zapewnieniom, widoczna była presja pierwszego meczu i konieczności zdobycia trzech punktów, co owocowało, szczególnie w pierwszej połowie, przesadną pieczołowitością w rozgrywaniu akcji. Na dodatek trudno było o zmianę tempa gry, czy kontrataki w sytuacji, gdy reprezentacja Irlandii Północnej przez większą część meczu skoncentrowani byli na blokowaniu gry.

Wygraliśmy, ale uważam, że ta strasznie grająca wczoraj drużyna nie wyjedzie z Francji, bez choćby jednego punktu. Kto będzie ofiarą irlandzkiego autobusu? Nie nasza sprawa. Co jeszcze? Aha, Niemcy wygrali z Ukrainą. Mamy się bać? Nie!


Z Ameryki nadeszła informacja, że Brazylia odpadła z Copa America po porażce z Peru. Obejrzałem skrót. Peruwiańczyk strzelił gola łapą w sposób tak ewidentny, że Maradona się chowa. Było stu sędziów, konsultacje i wielkie bieganie po boisku, a sędzia gola uznał. Niesamowite! Wielcy upadają, wielcy nie mają ochrony... 

A tu Kapustka!

niedziela, 12 czerwca 2016

O Mistrzostwo Europy. Te irlandzkie dziouchy...



... wielkie paradnice – zaczynam śpiewać, ale mój osobisty researcher, człowiek uczciwy i do bólu drobiazgowy, z miejsca studzi moje zapały, informując że w spódnicach chadzają raczej Szkoci. Przez chwilę upieram się, argumentując, że protestanci lubią chodzić w kieckach, ale ucisza mnie, ostrzegając, bym nie wzniecał waśni wyznaniowych. Skoro już zmarnowałem jeden początek tekstu, muszę teraz szczególnie uważać.

Irlandia Północna to dla mnie George Best, geniusz piłkarski i pijak. Tyle, że ten znakomity gracz, ozdoba Manchesteru United, od dawna nie żyje. Reszta, z którą przyjdzie nam się dzisiaj zmierzyć jest średnia. Zacząłem przeglądać wyniki, jakie osiągali na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat i poza tym, że byli dość mocni na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, oraz mieli dobrą „pakę” trzydzieści lat później, niczego zajmującego nie znalazłem. Gracze kopiący w ligach angielskich, na rozmaitych poziomach rozgrywek.  Z naciskiem na „rozmaitych” nie na „poziom”. 

Prezentują ciężki, nieprzyjemny styl, łączący chaos ataków z dość brutalną grą w defensywie, przy czym ich defensywa jest aktywna na całym boisku. Jasne jest, że aby ich pokonać, trzeba grać na całego. To w dzisiejszych czasach żadna nowość. W Europie jest tylko kilka drużyn z którymi nie trzeba, ale nawet na Wyspy Owcze należy się zmobilizować.

O  mobilizacji, w konfrontacjach z Północnikami nasi gracze często zapominali, stąd nasz kiepski bilans, rozgrywanych na przestrzeni pięćdziesięciu lat spotkań. Wszyscy pewnie pamiętacie maga babola wbitego na irlandzkim  kartoflisku do naszej siatki przez bystry duet Żewłakow – Boruc. Oby piłkarze oszczędzili nam takich emocji!

Jeśli zagramy „z jajem”, wygramy bez żadnych problemów. Żadne tam ich sukcesy, passy bez porażki czy wyższe miejsce w idiotycznej klasyfikacji FIFA nie mają znaczenia. To jest i przynajmniej do pierwszego gwizdka będzie mecz na 3-0. Jedynym problemem może być sędzia, o ile dopuści do bezkarnej, brutalnej gry.  Poza sędzią maniakiem, nie widzę innej szansy dla naszych rywali. Gadanie o sile fizycznej, grze zespołowej czy duchu walecznej drużyny, to tylko gadanie. Tak się mówi o zespołach, które nie mają zbyt wielu innych atutów. Przypominam, że przez lata właśnie tak mówiono o reprezentacji Polski.

Jak zagrać, poza tym, że trzeba walczyć? Wiadomo. Szybko i po ziemi. Do składu się nie wtrącam, ale mój ulubiony Kapustka musi zagrać. To tyle. Żadnego gadania o filozofii gry, angielskiej szkole, bo to żadna szkoła tylko braki techniczne nadrabiane siłą, szybkością raz waleniem z łokcia w żebra i poprawianie dżentelmeńskim deptanie po palcach. Będzie dobrze, o ile my też potrafimy grać fair.

Wczoraj Albania, ulegając szwajcarskiej mieszance etnicznej, zaprezentowała się akurat tak, jak się spodziewałem. Łącznie z czerwoną kartką, bo oni, proszę to zapamiętać, są łasi dosłownie na wszystko. Nawet na czerwone kartki.

Słowacja. O, to było ciekawe, bo Walia, to taka Irlandia Północna, tylko lepsza. Nasi południowcy mogli wygrać a przegrali. Foch! Duda wyrównał, a w końcówce wprowadzili nawet Stocha, ale ten potwierdził, że to nie jest jego sezon. Pierwszy gol Bale’a. Bramkarz Słowacki tak fiknął, że po prostu śmiech.

O, rany. Na koniec Anglia zremisowała z Rosją. Mecz, w porównaniu z tym, co zaprezentowali kibice, był raczej nudny. Rosjanie strzelają w ostatnich sekundach. Jak można tak skrzywdzić wynalazców footballu, no jak? Burdy, świństwo i chamstwo w dzikiej, brudnej Marsylii.

Korzystając, że mój researcher odsypia... ( Wyobraźcie sobie, że po meczu, poszedł szukać jakiegoś awanturującego się Kacapa, by spuścić mu łomot, ale zabłądził w lesie. Pomysł i wykonanie bez sensu!)... dodam, że Północni Irlandczycy naprawdę chadzają w kieckach, o ile nikogo nie ma w domu, oczywiście. Uszminkowani wpatrują się w lustereczka, dopytując, kto najlepiej gra na świecie, ale zamiast odpowiedzi, słyszą tylko śmiech i jakby końskie parskanie.

- Jakby zbliżała się kawaleria? – Zastanawiają się głośno. Potem, jak na komendę, przygładzają poślinionymi palcami niesforne zrudziałe grzywki i apiać męczą lustereczka swoimi idiotycznymi pytaniami.


sobota, 11 czerwca 2016

O Mistrzostwo Europy. Komentatorzy i gadacze



Dobrego meczu nie zepsuje nawet ciepła wódka, wniesiona na stadion w nogawce, przez sprytnego szwagra o wyglądzie zatroskanego intelektualisty. Na małym stadionie pachnie trawa, na większym produkowane mechanicznie żarcie, ale tłum faluje i wrzeszczy a pasjonaci pieją swe pieśni bojowe. Na stadionie, gdy zapadnie cisza, musi być naprawdę źle. W domu, przed telewizorem, mecz może zepsuć komentator pierdoła. Wszyscy to wiedzą, komentatorzy też. Dlatego szkolą się i szkolą, albo ufają swojemu talentowi, który wyniósł ich na zawodowe wyżyny, pozwalając bezkarnie zawracać głowy milionom ludzi będącym w stresie meczowym, czyli w tak zwanych „nerwach”.

W trakcie meczu szczególnie drażni mnie, podawanie przez komentatorów rozmaitych danych, szumnie nazywanych statystycznymi, które tak naprawdę są tylko nieuporządkowanym zbiorem ciekawostek. Na poziomie finałów Mistrzostw Europy nie ma żadnego sensownego znaczenia informacja ile bramek strzeliła Irlandia Północna w trzecim kwadransie meczów eliminacyjnych, nawet jeśli zdarzyło się im nie strzelić w tym czasie, ani jednego gola w dwumeczu z Wyspami Owczymi.

Na przykład wczoraj, w meczu inauguracyjnym Jacek Laskowski kilkakrotnie poinformował mnie, że Rumunia ma znakomitą obronę, ponieważ straciła w dziesięciu meczach eliminacyjnych tylko dwa gole.  Naprawdę, zapamiętałem tę informację już po pierwszym razie. Zauważę przy okazji, że Francja ma jeszcze lepszą obronę, ponieważ jako gospodarz turnieju finałowego, wybroniła się w ogóle, przed graniem meczów eliminacyjnych, w związku z czym nie straciła żadnego gola.

Jeszcze gorsze, niż ciekawostki statystyczne jest gadanie o pieniądzach i realnych, oraz planowanych transferach. Tu pięćdziesiąt milionów euro podaje piłkę do siedemdziesięciu ośmiu milionów (funtów!) a te zagapiają się i piłka wychodzi na aut. Te siedemdziesiąt osiem milionów to pieniądze zapłacone przez Real za walijskiego gracza Bale’a, ale nie na pewno, ponieważ utajniono kwotę transferu, aby nie drażnić Cristiano Ronaldo, a ten Bale jest najszybszym piłkarzem świata, przyłapanym, gdy pędził z piłką czterdzieści trzy kilometry na godzinę. Dowiedziałem się o tym wczoraj, śledząc poczynania piłkarzy Francji i Rumunii. Takimi informacjami komentatorzy zapychają mecz, podczas gdy piłka krąży między graczami.

Nie drażnią, a bywa że dodają uroku lapsusy językowe i przejęzyczenia, o ile wynikają z emocji, a nie są zaplanowane. Wczorajsze „Rumuni są tak zaangażowani, że zapach ich zaangażowań czuć na naszych stanowiskach” jest przykładem słabej podróbki słynnych gaf sprawozdawczych.

Każdy mecz ma swoją naturalną dramaturgię i wszystko co może zrobić uczciwy komentator to nadążanie za nią tak, by w stosownej chwili eksplodować krzycząc: - Goool! To absolutna podstawa i tak jak każda ogólnie znana zasada, jest ustawicznie łamana. Nie da się, stopniując przymiotniki czy mnożąc epitety, podnieść temperatury sennego meczu, ale stosunkowo łatwo, majacząc i marudząc, zepsuć emocjonującą rozgrywkę.

Dodam jeszcze zbyt wczesne podsumowywanie meczu, silenie się na ultra poprawną wymowę obcojęzycznych nazwisk  (doskonale pamiętam, jak doskonale znanego kibicom Bekhama zastąpił na krótko zagadkowy Beekkem). Zastępowanie utartych zwrotów językowymi dziwolągami, oraz absolutna pokora wobec decyzji sędziego, co w czasach idealnych, nachalnych w swej oczywistości powtórek, co bywa po prostu żenujące.  

Osobnym problemem są występujący razem z zawodowymi komentatorami byli piłkarze. Rozumiem, że ich udział miał przybliżyć widzom grę. Zasadniczo od gracza, który ma za sobą udaną karierę sportową, można oczekiwać, że potrafi wyjść poza szablon zawodowego sprawozdawcy. Niestety z biegiem lat, ci zacni amatorzy mikrofonu przyjęli manierę swych partnerów i stali się drugim głosem w duecie, opowiadającym takie same androny jak dziennikarze, tyle że mniej zręcznie. Mają w repertuarze identyczne, wyświechtane sformułowania, metafory i żarty. Prezentują taką samą drażniąca pewność siebie w ocenach, oraz absolutny brak wartości dodanej, której można oczekiwać od fachowca w swojej dziedzinie. Przyznaję, że czasem bywa śmiesznie. Na przykład gdy Tomasz Hajto rozważa niedoskonałości techniczne jakiegoś gracza, albo wywodzi w duchu fair play.


Piszę o naszych dzielnych komentatorach, nie oczekując żadnej zmiany na lepsze. Łudziłem się w latach dziewięćdziesiątych, gdy wraz z pojawieniem się stacji kodowanych, sypnęło młodymi, pełnymi zapału komentatorami, mającymi dosłownie za chwilę dogonić, pożreć i strawić starego repa Szpakowskiego. Gonią i gonią, a końca tej gonitwy nie widać. 

piątek, 10 czerwca 2016

O Mistrzostwo Europy. Gesty i oddechy



Przyznaję, że moje kibicowskie serce zostało,  gdy byłem dzieckiem, skażone sukcesem naszych piłkarzy, ale nie chcę być jak ci, co patrząc wstecz, w lata siedemdziesiąte, za nic mają dzisiejszych graczy. To nudna, przygnębiająca postawa. Fakt, że ostatnie zwycięstwo w finałach międzynarodowej imprezy odnieśliśmy nad Kostaryką, a od wielkiego powrotu w dwutysięcznym drugim roku, wygraliśmy jeszcze tylko z USA, też nic nie znaczy, tym bardziej, że na razie, drużyny ze strefy CONCACAF raczej nie występują w Mistrzostwach Europy, choć jak widzę, grają dziarsko w mistrzostwach Ameryki Południowej. Bywa i tak.

Uświadomiłem sobie, że kibicuję od czterdziestu dwóch lat. Jeśli kogoś ciekawią uwagi dinozaura na temat mamutów, będzie miał okazję towarzyszyć moim zmaganiom ze słowem i emocjami, dopóki oczywiście Polska będzie walczyła o mistrzostwo.

Zasada pierwsza. Polska walczy o Mistrzostwo Europy, nie o wyjście z grupy, ćwierćfinał, czy nawet udział w finale. Po porażce można oceniać, doceniać, szukać usprawiedliwień albo kląć ponuro i zawzięcie.

Zasada druga. Obiektywizm nie ma nic wspólnego z kibicowaniem. Wiara we własną drużynę musi i powinna być zasadą naczelną! Spójrzcie na fanów Leicester. Gdyby choć ci najwierniejsi obstawili po sto funcików, gdy kurs na mistrzostwo Anglii był pięć tysięcy do jednego, mieliby piękne wakacje i nie tylko. W przeciwieństwie do bukmacherów.

Dzisiaj, przed pierwszym meczem turnieju, coś o atmosferze towarzyszącej reprezentacji. O czynności która  śmieszy wielu komentatorów i jest dość powszechnie nazywane dmuchaniem balonika, a taki balonik, jak wiadomo, ma krótki żywot.

Przed turniejem w 1982 roku, trudno w ogóle mówić o jakiejkolwiek atmosferze. W mojej pamięci został tylko, podrygujący w takt muzyki z taśmy Łazuka, z okropnym „entliczkiem pętliczkiem”.

W 1978 jechaliśmy do Argentyny po prostu po mistrzostwo świata. Wielka szczęka Gmocha zawisła nad Polską, a machina propagandowa działała na pełnych obrotach. Pamiętam doskonale, jak niepokojącym przeżyciem był pierwszy mecz z Tunezją. Oglądałem go z kolegami, w trakcie balu, w trakcie którego żegnaliśmy się ze szkołą podstawową.
- A wy chłopcy się nie bawicie? – pytała, co rusz zaglądająca do świetlicy pani nauczycielka. Nie bawiliśmy się, faktycznie. Polska wygrała 1-0, ale nie potrafiliśmy wykrzesać z siebie krzty entuzjazmu. W pewnym sensie był to efekt zatrucia grą i sukcesem sprzed czterech lat. Zobaczcie, jak dzisiejsi kibice mają dobrze, gdy tylko takie stare dziady jak ja, pamiętają ostatni sukces reprezentacji.

Podobny jak dzisiaj nastrój oczekiwania, pamiętam z 1974 roku. Nie jest prawdą, że Polska była przed tym legendarnym turniejem postrzegana jako kopciuszek, czy chłopiec do bicia. Ta dziwna legenda, zrodziła się chyba z idiotycznej potrzeby powiększania tego i tak, bezprecedensowego przecież sukcesu. Mieliśmy wówczas, zupełnie jak dzisiaj, kilku docenianych na arenie międzynarodowej graczy. Kazimierz Deyna, drugi raz z rzędu był szóstym piłkarzem Europy w najważniejszym wówczas rankingu, publikowanym przez France Football, a reprezentację sklasyfikowano na 4-5 miejscu. Cenieni byli Gadocha, Tomaszewski, Szymanowski i Gorgoń. Specjaliści stawiali nas wśród czterech – ośmiu najlepszych drużyn i na pierwszym, jeśli chodzi o zespół, który może sprawić niespodziankę.

Nasze media też na co dzień towarzyszyły piłkarzom, z tym, że wówczas w ramach komunizmu, podkreślano przeważnie ciężką pracę, skromność i wychwalano zaangażowanie piłkarzy, duch gry zespołowej... Kibice zaś przeważnie sądzili, że dostaniemy lanie, bo jak to tak, bez Lubańskiego?

Teraz wielu narzeka, że współcześni piłkarze to lalusie, modele i medialne gwiazdki, ale ja widzę uczciwie podchodzących do swoich obowiązków facetów. Chyba nie trzeba teraz czatować nocami na wracających znikąd piłkarzy, wędrujących „bocianim krokiem” hotelowymi korytarzami. Przynajmniej mam taką nadzieję.

Jest jeszcze coś, co warto podkreślić, nim zacznie się gra. W drużynie takiej, jak Polska, aby odnieść sukces konieczna jest niespodzianka w składzie. Czy w wyniku eksplozji geniuszu Nawałki, czy na skutek kontuzji, czyjegoś załamania formy... To nieważne, w przeciwieństwie do efektu. Wspominając Kazimierza Górskiego, wszyscy piszą o wprowadzeniu do składu dwudziestoletniego Żmudy, zapominając o Andrzeju Szarmachu, jakby nie patrzeć, wicekrólu strzelców turnieju.
W eliminacjach nie zagrał ani minuty. W kwietniu 1974 poleciał z młodzieżówką na Haiti, gdzie ta drużyna, występując pod firmą pierwszej reprezentacji, przegrała 1-2 i wygrała 3-1 z naszym przyszłym rywalem. Szarmach strzelił trzy gole, ale w tym czasie pierwsza reprezentacja grała z Belgią, gdzie atak złożony był z Laty, Domarskiego i Gadochy, a jako rezerwowy wszedł Chojnacki. W maju, w ostatnim oficjalnym meczu z Grecją zagrali: Lato, Domarski i Gadocha, a zmiennikami byli Kapka i Kusto. Za to, gdy w dziewiątej minucie meczu z Argentyną, Szarmach strzelił na dwa zero, wszyscy już wiedzieli, że wybór środkowego napastnika  był słuszny i oczywisty dla każdego. Prawda?

Musimy poczekać jeszcze dwa dni. Cierpliwość, podobnie jak skromność, nie jest moją mocną stroną i już teraz apeluję o wyrozumiałość, jeśli Stępiński nie strzeli na dwa zero z Irlandzkimi Północnikami. Ważne, że ktoś strzeli, prawda? Niemniej, jeśli tak się stanie, wspomnijcie o mnie. 

Zresztą, nie pozwolę wam o tym zapomnieć.
Tyle o atmosferze i oczekiwaniach. Pojutrze zaczynamy walkę o mistrzostwo Europy i tego się trzymajmy.