poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Chytre brodate panny kontra rzymskie legiony, czyli historia Polski via Hollywood

Wydaje się, że poprawianie wizerunku Polski poprzez projekty wizerunkowo-artystyczne to jeden z lepszych pomysłów biznesowych, a do tego całkowicie bezpieczny dla organizatorów podobnych szwindli. Bezpieczeństwo gwarantuje państwo, które jest zleceniodawcą tej bredni, a w ostatecznym rozrachunku także recenzentem, który z założenia nie może się przecież przyznać do tak grubego błędu. W tej chwili można jeszcze zakończyć hucpę pod nazwą Polska Fundacja Narodowa i wyjść z tego świństwa ogłaszając sukces oszczędnościowy, w charakterystyczny dla obecnej propagandy sposób, ale oczywiście wybrano brnięcie dalej, co oczywiście w najlepszym przypadku skończy się serią skandali korupcyjnych i wielkim rozczarowaniem P.T. naiwniaków.

Pomysł z panem Cezarym Śliwowskim i transferem gotówki do Hollywood, aby to zainteresowało się historią Polski to prawdziwe kuriozum. Tkwi w nim tylko jedna jedyna zaleta, a mianowicie taka, że w podobny sposób nie próbuje się reanimować naszego przemysłu filmowego, który jest od dawna autentycznym trupem i nie da się wskrzesić go sposobami doktora Frankensteina.

Działalności oraz pomysłów PFN nie da się nawet rozpatrywać w kategoriach sukcesu czy klęski. Samo jej powstanie skażone jest grzechem nieprzystojnego w środowiskach ludzi wykształconych idiotyzmu. Wykreowano bowiem potrzebę, która w swojej istocie jest brednią i jako takiej nie da się jej zaspokoić w żaden sposób. Sprawą dyskusyjną jest jedynie to, jak wiele dolarów uda się zmarnotrawić nim ktoś zorientuje się, jacy szatani są tutaj czynni.

Po pierwsze, czego nie zauważają nasi decydenci, światowy porządek kina popularnego został ustalony dawno temu i akurat Polska i nasza historia została bez przydziału. Nie różnimy się w tym od większości narodów. Na przykład głównym reprezentantem całej Europy Środkowej jest hrabia Dracula i nawet miliard dolarów nie pomoże, by zepchnął go z tronu nasz Sobieski. Nie wiem, czy jakoś szczególnie odpowiada to Rumunom, ale ich próby opowiedzenia o walkach z Rzymianami czy imperium otomańskim jakoś nie trafiły do przekonania szerszej publiczności. Kino popularne to, wbrew technicznym fajerwerkom, zakurzona rekwizytornia, która praktycznie nie przyjmuje nowych eksponatów. Owszem, z powodów politycznych zmienia się wróg, czarny charakter z którym walczy dobro, ale emocje i większość dekoracji pozostaje taka sama.

Pomysł na PFN a teraz na hollywoodzką inwazję wynika pewnie z przykładów rażącego fałszowania polskiej historii. To dobry pretekst, ponieważ trafiający na podatny grunt naszych narodowych przeczuleń. Niemniej jest to brednia, która w ogóle się nie liczy w skali globalnej. Na potrzeby wewnętrzne różne cwaniaki podnoszą krzyk, że w światowym kinie Polska stała się czarnym, ponurym lunaparkiem, gdzie nie działo się nic poza zagładą Żydów. To oczywiście nieprawda, ale gdyby nawet tak było rzecz nie ma najmniejszego wpływu na propagandowy wizerunek Polski, ponieważ sam odbiór dotyczy przede wszystkim środowisk, które od dziesięcioleci tkwią i tak w podobnym przekonaniu.

Ktoś mnie skontruje, że Niemcy kładą większe sumy na stół, by swoją historię wybielić. Po pierwsze, czy my musimy? Czy my jesteśmy Niemcami? Oni i tak nie mają najmniejszych szans, skoro nawet ciemna strona mocy w Gwiezdnych Wojnach jest skrojona na ich podobieństwo. Rzecz nie w tym, czy ewentualne filmy będą ciekawe, a losy ich bohaterów pasjonujące. Nasza historia, z czym wypada się zgodzić, sama w sobie jest nielichym scenariuszem, ale do jej pokazania potrzebna jest nasza własna rekwizytornia, co od razu unieważnia nasze globalne aspiracje. Na taką nie ma bowiem miejsca w ogólnoświatowej wyobraźni i wrażliwości. Wszystko należałoby opowiedzieć od początku. To tak, jakby nigdy w historii kina nie kręcono westernów i nagle ktoś wpadłby na pomysł, że ten dziki zachód wart jest opowiedzenia. Tylko szaleniec podjąłby się dzisiaj takiego zadania. Kim dla widza byliby zarośnięci niedomyci ludzie w kapeluszach przeganiający po równinach bydło, dziwne drewniane miasteczka, rozdrażnienia kończone strzelaniną z broni krótkiej… Wszystko należałoby wyłożyć od początku, a kino to nie sala wykładowa. Na tej zasadzie nigdy nie wprowadzimy do światowego obiegu naszych dzikich pół, polskich powstań czy naszych bohaterów wojennych i każdy dolar wydany na podobną próbę jest dolarem wyrzuconym po prostu w błoto.

Dziwi już sam poziom aspiracji, bo nie jestem w stanie zrozumieć, po jaką cholerę stręczy się nam coś podobnego? Poza reakcją na zaczepki podobnie bezradnych w opisie swych dziejów nacji nie ma w tych promocyjnych poczynaniach cienia sensu. Wyobraźnia przeciętnego odbiorcy została ukształtowana bez naszego udziału i pchamy się w jej czeluście całkiem niepotrzebnie. Nawet koniec świata, inwazja obcych czy krwiożerczych zombie zostały zawłaszczone, a co dopiero historia i wojny. Założę się, że jeśli jesteś miły czytelniku kinomanem, lepiej znasz Manhattan z jego Central Parkiem niż sąsiednie miasteczko.

Poza tym trzeba mieć świadomość, że filmy pochłaniające gigantyczne budżety są z konieczności biznesowej kierowane do jak najszerszej publiczności, co tak naprawdę oznacza, że górna granica refleksji ustawiona jest wyjątkowo nisko. Im większy zakładany zasięg, tym większe uproszczenie i tym więcej zrozumiałych dla tamtejszej widowni klisz fabularnych. Gdyby Hollywood nakręcił film o Powstaniu Warszawskim, który znalazłby szeroką światową widownię, my wychodzilibyśmy z kina z gębami czerwonymi ze wstydu.

- No tak, ale to nie film dla nas – ktoś zauważy przytomnie.

Racja, czyli z góry i dobrowolnie przyjmiemy każdą brednię, byle o nas. Słowacy zyskali coś podobnego zupełnie za darmo, dzięki cyklowi horrorów „Hostel” z których można dowiedzieć się, że wypoczynek na Słowacji wiąże się z ryzykiem bycia zjedzonym czy torturowanym na śmierć. Nie jestem pewny, ale chyba Słowacja nie odpowiedziała filmem o urokach tamtejszego hotelarstwa. Może dlatego, że to kraj do tego stopnia ubogi, że nie ma własnej Fundacji Narodowej.


sobota, 4 sierpnia 2018

Przeglądając stare i nowe fotografie


Natknąłem się na dziwną aferę z reklamiarskim acz politycznym popisem aktora Michała Żebrowskiego. Ani mnie to oburza, ani bawi. Problem tkwi w czymś innym. Otóż musiałem uruchomić przeglądarkę, żeby dowiedzieć się, kto to w ogóle jest? Nie, znałem oczywiście aktora Żebrowskiego, choćby z roli Skrzetuskiego w  dziwacznej adaptacji „Ogniem i Mieczem” ale wpatrując się w publikowane obecnie zdjęcia nijak nie mogłem zbić w jedno tych dwóch gąb. Nie jestem jakimś tam fizjonomistą, ale w sekundę rozpoznam Jacka Nicholsona czy innego De Niro, choćby fotografia miała więcej niż pięćdziesiąt lat.

I tak jakoś się stało, że zacząłem przeglądać zdjęcia w sieci. Rozmaite. Przez aktorów, trafiłem do piłkarzy, potem bokserów i siłaczy, a skończyłem na zbiorowych fotografiach kadr profesorskich i nauczycielskich z czasów zamierzchłych, potocznie zwanych „przedwojennymi”. Układ w przeglądarkach jest taki, że obok staroci prężą swe barwy zdjęcia współczesne o podobnej tematyce, co daje asumpt do wyciągnięcia dość zabawnych wniosków.

Na przykład jakość starodawnego retuszu musiała bić na głowę dzisiejsze fotoszopy, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że na „przedwojennych” zdjęciach wszyscy pozujący wyglądają dokładnie tak, jak człowiek naiwny może wyobrażać sobie przedstawicieli elity intelektualnej. I rzecz nie w brodach, bokobrodach czy fryzurach, ponieważ dotyczy to i szanownych pań.Przecież, do diaska, tytułów naukowych nawet w czasach zaborów nie przyznawano za wygląd!

Na współczesnych nam zdjęciach widzę grupy przypadkowych osób i nie pomagają nawet gronostaje. Gęby po prostu jakieś takie niewyraźne, że trzeba szukać opisu, bo równie dobrze mogłyby być to fotografie zbiorowe absolwentów szkoły powszechnej zrobione na klasowym, sentymentalnym spotkaniu po latach, albo z całym szacunkiem dla zawodu, tramwajarzy przed wyruszeniem w rejs dookoła Warszawy.

Powtarzalność obserwacji jest tak wysoka, że nie można uniknąć pytania, czy wiedzę, kulturę osobistą oraz inteligencję można sfotografować? Jeśli tak, gdzie się ujawnia? W rysach twarzy, spojrzeniu, całej sylwetce, a może unosi się gdzieś wyżej, tuż nad głowami pozujących? Tego oczywiście nie wiem, ale fakt pozostaje faktem. Są też oczywiście zdjęcia prywatne. Starodawni luminarze myślenia najchętniej pozowali w plenerze, czasem z pieskiem, czasem w stroju sportowo-rekreacyjnym, który dzisiaj uchodziłby za wymuskany i dziwnie hipsterski. Nic to nie zmienia. Nadal naukowiec wygląda na naukowca, sędzia na sędziego, wysokiej rangi oficer na wysokiej rangi oficera i tak dalej. Wyobraźcie sobie państwo, że ludzie ci, aby podkreślić swoje intelektualne przewagi nie musieli występować na tle książek, co teraz czyni pierwszy lepszy analfabeta, chcący uchodzić za mądrale.

Oczywiście powyższy tekst to tylko powierzchowna obserwacja, moje wnioski nie są uprawnione, a są jedynie wyrazem tęsknoty za choć minimalnym uporządkowaniem świata pod względem estetycznym. Jakoś nie przekonuje mnie najwyższa pani prezes, skoro wygląda po prostu na przekupkę, ani profesor, który prezentuje się z wdziękiem menela poszukującego wsparcia dla idei „rozbicia” flaszki taniej nalewki. Jasne, mój ogląd jest oglądem chama i przez to w pewnym sensie od razu ulega unieważnieniu.

I tak szczęście, że nie mam dostępu do nagrań dźwiękowych, a niezwykle ciekawe byłoby porównanie sposobu mówienia, używanej argumentacji, tonu głosu, prawidłowości akcentowania, której też nie znajdziemy na ulicy. Ktoś powie, że kiedyś było łatwiej, ponieważ od małego wszyscy ci ludzie prześladowani byli łaciną, greką i podobnymi wynalazkami, a współcześni nam musieli łokciami i kolanami przepychać się przez marksistowsko- leninowską dialektykę i przez to nabrali wyglądu i zwyczajów charakterystycznych dla parobków. 

To trzeba zrozumieć i ja to rozumiem, ale czasem można pomarzyć o czasach, gdy o przynależności do elity nie decydował podpis zawierający wszystkie możliwe i niemożliwe tytuły, ani nawet markowe ciuchy, a elitarność można było rozpoznać na pierwszy rzut oka. Nawet na plaży, co byłoby bardzo wskazane w czasie obecnych upałów,

czwartek, 2 sierpnia 2018

O wzroście, Łokciu i produkcji sukna. Tekst jak najbardziej współczesny


Weźmy takiego Napoleona. Ledwie stał się zagrożeniem, brytyjska machina propagandowa zaczęła przedstawiać go jako złośliwego karła. Bardzo to było sprytne, tym bardziej, że chętnie używała do tego celu swoich znakomitych rysowników i karykaturzystów. Minęło ponad dwieście lat i współczesny człowiek wśród pierwszoplanowych cech Cesarza wymienia jego nikczemny wzrost. Temu przekonaniu w ogóle nie szkodzi fakt, że Bonaparte mierzył 170 cm, co w czasach jego panowania było wzrostem minimalnie ponadprzeciętnym, a i dzisiaj nie zwracałoby szczególnej uwagi.

W ogóle kwestia przeciętnego wzrostu populacji na przestrzeni dziejów jest zupełnie zapoznana, ponieważ przeczy ogólnie przyjętej bujdzie o nieustannie pnącej się w górę krzywej rozwoju fizycznego i psychicznego naszego ludzkiego plemienia. Oparta na zgoła fantastycznych przesłankach każe nam widzieć ludzi średniowiecza, na przykład, jako brudnych, złośliwych niemalże malców. Te przesłanki, któremu jawnie przeczą badania antropologiczne oparte o wykopaliska, zostały ugruntowane w dwudziestym wieku, gdy zaczęto porównywać dziewiętnastowieczne spisy poborowych z przeciętnym wzrostem ludzi współczesnych badaczom. Teraz, gdy wiadomo, że przeciętny wzrost człowieka przypomina na przestrzeni dziejów falującą linię jest już za późno na odkłamywanie faktów.

Owszem, zjazd przeciętnego wzrostu rozpoczął się w wieku siedemnastym, a swoje dno osiągnął dwieście lat później. Na przykład zbroje rycerskie, których wielkość ma dowodzić karłowatości herosów średniowiecza kuto z powodu mody dekorowania wnętrz podobnymi ozdobami w wieku osiemnastym i odwzorowują raczej wzrost i ogólny wygląd współczesnej rzemieślnikom je produkującym populacji. Reszta jest tylko propagandą, w którą chętnie wierzymy, ponieważ miło jest wierzyć, że właśnie my, nasze pokolenia są jakąś tam koroną rozwoju. Oczywiście wzrost człowieka nie jest najważniejszą cechą, ale jako cecha prosta dobrze służy udowadnianiu pewnych cech.

Mamy oto kości królowej Jadwigi. Z ich długości wynika niezbicie, że była to młoda kobieta mierząca od 180 do 182 centymetrów. Opisywana jako piękna, wyjątkowo zgrabna, ale nigdzie jako wyjątkowo wysoka. Nikt z kronikarzy nie zauważa też jakiegokolwiek  dysonansu wobec wzrostu jej królewskiego małżonka. Innym królewskim przykładem jest Władysław znany pod przydomkiem Łokietek. O tym, że mierzył półtora metra przekonana jest większość współczesnych mądrali. Wiedzę swą opierają na napisanym 150 lat po śmierci króla jawnie propagandowym dziele Długosza. Historyk ten zaczął od zmiany samego przydomka, zamieniając Łokieć na Łokietka. Potrzebował bowiem historii o księciu całkowicie wyzutym z praw i szans do korony, który dzięki determinacji dopiął swego i aby uczynić tryumf jego woli jeszcze piękniejszym, dodał mu niemal karłowaty wzrost. Zmiana przydomka, tak pozornie z naszej perspektywy nieistotna jest tu decydująca dlatego, że Łokieć jest twardy, łokciami można się rozpychać i zadawać ciosy, a Łokietek to wiadomo… Na boku zauważę, że Długosz był mistrzem propagandy, a z kolei na jego dziele opierali się kolejni historycy, artyści i w zasadzie wszyscy ci, którzy za najwyższe dobro mają manipulowanie wrażliwością i wyobraźnią ogółu.

Powyższy tekst jest w zasadzie tekstem o tym, jak łatwo przypisywać sobie cechy nadrzędne wobec tych, którzy już nie mają sposobu by się bronić. Jeśli w XVIII czy XIX wieku analfabetyzm wśród warstw ludowych był powszechny, trudno pogodzić teorię nieustannego rozwoju z faktem, że trzysta czy czterysta lat wcześniej przy każdej parafii istniała choćby najprostsza szkółka. Skoro chłop jeszcze dwudziestowieczny w butach chadzał jeno do kościoła (w to też mamy wierzyć) to na jaką cholerę w wieku XV biznes szewski był tak powszechny. Nie trzeba patrzeć na archeologów, a wystarczy zapoznać się ze starodawnymi, obecnie w dużej części dostępnymi w sieci spisami podatkowymi, aktami miejskimi itp.

Lubimy zapominać, że historię kształtują zwycięzcy, a nie mam na myśli jedynie zwycięzców wojennych, ale przede wszystkim tych, którzy zmiany społeczne czy gospodarcze wykorzystali dla własnej korzyści. W ich oczywistym interesie zawsze leżało bowiem zaciemnienie obrazu dawnych porządków i zastąpienie realnej wiedzy sentymentem. Na tej bazie rosną nieporozumienia, których odległe echa sięgają naszego współczesnego realnego bytu i konceptów polityczno-gospodarczych, którym podlegamy.

Weźmy na koniec taki dziwny acz wielce pouczający przykład:

Oto na terenach dawnej Polski nigdy nie produkowano wysokiej jakości sukna. Sprowadzano je na potrzeby warstw bogatszych z Italii czy innej Flandrii, podczas gdy u nas masowo produkowano sukno tanie, na bazie prostych technologii. Zapytanemu o to, dlaczego tak było, współczesnemu człowiekowi przychodzą na myśl kraje dalekiego wschodu, tania siła robocza i zacofanie technologiczne.

I to jest jedna z prostszych pułapek w jaki popada zniewolony propagandą umysł, łatwo przenoszący współczesne doświadczenie w przeszłość. Wytłumaczenie jest bowiem zupełnie inne i dla wielu będzie powodem sporego zdziwienie.

Technologia produkcji wysokiej jakości sukna w wiekach średnich była bardzo mozolna i polegała na wielokrotnym powtarzaniu pewnych czynności. Tak w skrócie, że nie męczyć technicznymi wywodami. W dawnej Polsce nie sposób było po prostu znaleźć robotników, którzy godziliby się giąć kark za takie wynagrodzenie jak w krajach to sukno produkujących. Zaspokojenie finansowe roszczeń umożliwiających taką produkcje wywindowałoby ceny znacznie powyżej obłożonych cłami towarów importowanych. Tanie sukno zaś do momentu, gdy nowocześniejące państwo odebrało ludziom ten przywilej, było produkowane powszechnie i w pewnym momencie stało się jednym ze żwawiej bijących źródeł pozyskiwania przez wieś gotówki.

To tylko taka ciekawostka z czasów, gdy rośliśmy własnym przemysłem. Zaprawdę nie jesteśmy wyżsi, ani specjalnie mądrzejsi od naszych starodawnych antenatów. No i wiadomo, że aby odnieść sukces i się w nim umocnić, musimy być jak ten Łokieć. Znaczy się twardzi, nie mali.

środa, 1 sierpnia 2018

Zaczynając od starodawnego cytatu...


„Każdy mieszkaniec państwa jest jednakże nie tylko poddanym, lecz także obywatelem państwa, to jest: może domagać się od rządu opieki i obrony swojej osoby i swoich interesów i może mieć udział w samym rządzie. Udział ten może być większy lub mniejszy, co od formy rządu i istoty państwa zależy. Otóż nie tylko prawem, ale zarazem powinnością jest obywatela, ażeby udział ten w rządzie, jaki jest mu przez prawo przyznany, starał się dla dobra państwa zużytkować. Uczyni to, jeśli wyrobi sobie zdrowe przekonanie, jak państwo rządzone być powinno. Gdy zaś wszyscy ludzie nie mogą jednakich zupełnie mieć zasad, dobrze więc każdy obywatel działa, jeśli z ludźmi podobnego przekonania się zwiąże i łącznie z nimi zasady swe w zarządzie państwa przeprowadzić się stara. W ten sposób powstają w państwie stronnictwa, które ze sobą współzawodniczą.

Przeciwne sobie stronnictwa i ich nieustanne ścieranie się nie jest bynajmniej dla państwa rzeczą szkodliwą i zgubną, byleby stronnictwa takie starały się przeprowadzić pewne jasno określone zasady polityczne, a nie szukały tylko zaspokojenia swojej ambicji i samolubnych celów i byleby każde stronnictwo dążąc do władzy uznawało rząd istniejący i wspierało go, jak długo istnieje. W takim razie pozostaje powaga rządu pomimo ścierania się stronnictw nienaruszona, ludzie piastujący władzę mają nad sobą nieustanną kontrolę przeciwnego stronnictwa, przeprowadzają swoje zasady stanowczo, a z chwilą kiedy zasady te się przeżyją i nowym miejsca ustąpić muszą, ustępują i oni, robiąc miejsce ludziom przedstawiającym nowe zasady i nowe dążenie.”

Powyżej fragment wstępu napisanego przez Michała Bobrzyńskiego do „Dziejów Polski w zarysie” w 1879 roku. Mam przed sobą wydanie sprzed 44 lat. Dwadzieścia tysięcy egzemplarzy, czyli w starym stylu, gdy materiały historyczne trzymano pod korcem cenzury. 

Nie jest moim celem dyskusja o Bobrzyńskim, tylko próba zastanowienia się, czy wytłuszczony fragment jest tylko przejawem idealizmu autora. Wszak galimatias emocjonalny i bezrozumny, który mamy za politykę z perspektywy czasu służy w zasadzie tylko obniżeniu prestiżu państwa i rządów w nim panujących, czyli jego wartość z konieczności jest jawnie i w oczywisty sposób ujemna.

Nie mam tu na myśli tylko ostatnich trzech lat, gdzie szaleństwo stronnictw opozycyjnych uzyskało chyba swą pełnię i śmiało zmierza w kierunku zdrady stanu, ale i czas wcześniejszy, gdy również, może nie tak agresywnie i na tak szerokim froncie podważano legitymację do rządzenia kolejnych partii czy koalicji wybranych przez obywateli. Zjawiska podobne mają to do siebie, że się kumulują nie tylko na papierze czy w Internecie, ale i w ludzkich sercach, a chęć ciągłego przebijania stawki i natychmiastowego odegrania strat, przywodzi na myśl chorego na nienawiść hazardzistę.

Zaślepienie, absolutne zaślepienie sprawia, że za normalne uważamy obniżenie prestiżu państwa do poziomu ulicy. Konieczność przedstawienia władzy w fałszywym świetle może skutkować wszak nie upadkiem rządzącego państwem stronnictwa, a państwa jako takiego, czy może raczej zmienienia go w absolutną już wydmuszkę zarządzaną ku pożytkowi państw innych. Mam wrażenie, że część klasy politycznej dla zdobycia władzy jest gotowa i na taką przemianę, gdzie Polska stanie się „polską”.

Swoją cegiełkę dokładają też rządzący, nie pomni, że dziewięćdziesiąt procent społeczeństwa chce po prostu dobrze i spokojnie żyć, a ciągłe ucieranie się i ustępstwa wobec szaleńców i politycznych abnegatów, które rozzuchwalają tychże do absurdu są dla szerokich rzesz, w najlepszym przypadku stratą czasu, a w najgorszym doprowadzą do spadku ich poziomu życia i zabicia dopiero rodzących się aspiracji zbiorowych i indywidualnych. 

Miarą naszych szans na rozwój i bogactwo jest, co może brzmi nieco staroświecko, poziom identyfikacji z państwem i zaufanie do jego urządzeń. Kto je podważa i kładzie na szali politycznego sporu, ten jest nie tylko wrogiem rządzącego aktualnie stronnictwa, ale i wrogiem każdego obywatela z osobna. Chcąc rządzić choćby na gruzach państwa, deklaruje jednocześnie, że chce rządzić nami, którzy w tychże gruzach będziemy zamieszkiwali wygrzebane własnym przemysłem nory.

sobota, 21 lipca 2018

O szaleństwie jako metodzie i rozbieraniu się do goła w ramach konstytucyjnych


Walka o prawdziwą demokrację nabiera rumieńców. Profesor nadzwyczajny Matczak, najnowsza gwiazda i kandydat na przewodnika tłumu elitarnych bęcwałów (okazuje się, że tłum też może być elitarny, o ile wrzeszczy dostatecznie głośno) teraz wyrwał się z tłumaczeniem, czym powinna być demokracja. Otóż powinna być spiskiem elit pozorujących nad głowami plebsu spory polityczne, aby uczynić scenę polityczną bezalternatywną. Tak to wygląda po odcedzeniu farmazonów i odwinięcia jego przemyśleń z korporacyjnej bawełny. Przywoływany do porządku Monteskiuszem bije tego Monteskiusza po głowie współczesnym realizmem prawnym jako starego dziada i straszydło. I oczywiście ma rację, ponieważ wedle standardów współczesnego świata, demokracja wygląda właśnie tak, jak on mówi. PiS razem ze swoją bandą zostałby przecież dopuszczony do tych nowoczesnych, z założenia trwających w nieskończoność zmagań, gdyby nie zaczął podkopywać się pod fundamenty wielkiego gmachu demokracji. Przemyślenie pana Matczaka, dziwnie podobnego z wyglądu i argumentarium do wybitnego ekonomisty Petru nie byłyby ciekawe, gdyby nie ich autodemaskacyjny charakter.

Elity schodzące nie mają w rodzącym się chaosie nawet z kim spiskować nad głowami ludu, ponieważ PiS nie wytworzył żadnych elit wchodzących. Niestety nie jest to celowa strategia, a efekt prostego zaniechania i personalnych wyborów na stanowiskach propagandowo-medialnych. No, chyba, że nie doceniam pana z chorym kolanem. Przecież gołym okiem widać, że niektórzy apologeci PiS-u dosłownie trzęsą się, by druga strona jakoś ich zaakceptowała i przygarnęła, choćby jako godnych uwagi wrogów. Jakoś w tym nie przeszkadza oczywisty fakt, że elity schodzące dzień w dzień za swój święty obowiązek uważają okazanie własnego zidiocenia i degeneracji. To one, nie jakiś tak elektorat, nadal są jedynymi uprawnionymi recenzentami dla recenzowanych.

Polityka w wymiarze medialnym stała się serią dziwacznych ekscesów prokurowanych przez nie mniej dziwacznych ludzi. Tego, co dzieje się w sejmie nie można postrzegać inaczej niż jako próbę unieważnienia parlamentaryzmu jako takiego. To gra na obniżenie i tak niskiego autorytetu władzy ustawodawczej. W ostatnich dniach udało się nawet wyrównać poziom żenady pomiędzy całkiem pokaźną grupą posłów, a elitarną dziczą wrzeszczącą na ulicy. Mamy do czynienia z tak oczywistym obnażeniem tych ludzi, że nie trzeba czekać aż jedna z tych przygłupich posłanek rozbierze się na sejmowej mównicy do naga, a jestem dziwnie pewny, że i do tego w końcu dojdzie.

Jest takie starodawne powiedzonko, że jak trwoga, to do Boga. Czy można się dziwić, że przerażona elita intelektualna opozycji zmierza w zgoła przeciwnym kierunku? Pisarka Nurowska i znawczyni voodoo Holland, która w młodości działała, wedle własnych słów, ze skutkiem śmiertelnym, w końcu uzgodniły wobec posła Piotrowicza łagodniejszą wersję, uznając, że wystarczy całkowity paraliż rzeczonego posła. Oczywistym jest też, że zaraz objawi się kolejny autorytet, który przyzna się do kłucia igłą kolana laleczki najstraszniejszego dyktatora świata. Jeszcze jakieś panny na chodniku nasmarowały kredą pentagram i rozpaliły szatanowi wkłady od zniczy. To w zasadzie jest już tak głupie, że wstydzę się dalej pisać ten tekst.

Na koniec pozytyw. Nawrzeszczeli, nakompromitowali się do woli, nabłaźnili ile wlezie i mogą teraz z czystym sumieniem i dobrą myślą udać się na zasłużone wakacje. Na miejscu zostawia co osobliwszych wariatów, aby nie zaprzestawali nękać nas swoim szaleństwem, a sami hop siup do Toskanii, ziemi nieskalanej stopą Jarosława Kaczyńskiego.


poniedziałek, 2 lipca 2018

O huraganach informacyjnych, zniszczonych zaporach i bestii z pałką


Na szczęście człowiek przyjmuje i przetwarza już posegregowane informacje, a obróbce myślowej podlega tak niewielka ich część, że całkowicie kryje się w cieniu hipotetycznego zera. Inaczej po prostu zwariowalibyśmy wszyscy razem i każdy z osobna. Z drugiej strony, abyśmy mogli zachować dobre samopoczucie nasz mgławicowy umysł udaje przed nami, że w istocie rzeczy nasze postrzeganie jest pełne. Człowiek współczesny wystawiony jest na informacyjny huragan, podczas gdy zapory segregujące słabną. Nie stwierdzono za to, o ile mi wiadomo, znaczącej ewolucji ludzkiego mózgu. W związku z tym coraz szerzej rozwiera się przepaść pomiędzy naszą zbiorową realną wiedzą i jakością myślenia, a naszym wyobrażeniem o tych kwestiach.

Podstawowe zapory segregacyjne są trzy: wiara, uproszczony ale całościowy model świata i zdrowy sceptycyzm, pogardliwie nazywany chłopskim rozumem. Dopiero informacja przepuszczona przez te trzy filtry ma szansę stać się podstawą sensownych spekulacji na poziomie dostępnym człowiekowi. Ich likwidacja była konieczna z wielu względów, począwszy od zaprowadzenia polityki, tak jak ją obecnie rozumiemy, aż do zamienienia świata w powszechny super sklep, gdzie pieniądz jest jedynym władcą i bóstwem.

Reperkusje takiego stanu rzeczy są dzisiaj bardzo poważne. Nigdy w historii świata nie było bowiem takiego dystansu pomiędzy wiedzą i umiejętnościami przeciętnego człowieka, a ich poziomem koniecznym do skutecznej jego obsługi. Krótko pisząc: Im bardziej świat jest skomplikowany, tym głupszy.

Zwróćcie uwagę, że demiurgowie zarządzający propagandą polityczną czy sprzedażową podlegają temu samemu procesowi. To już nie wszechwiedzący cynicy zarządzający emocjami maluczkich, a głupcy podobni swoim ofiarom. Przy czym ich głupotę widać wyraźniej, ponieważ sami wystawiają się na ogląd publiczny. Na razie ich odpowiedzią jest mniej lub bardziej bezsilny gniew wobec materii, której znudziło się podporządkowanie obłędowi nieprzystających do rzeczywistości idei. 

Sprzeciw polityczny, którego jesteśmy chwilowym beneficjentem nadal jest aberracją. Nie przypadkiem buntownikami są państwa słabe i nie będzie przypadkiem, jeśli zostanie użyta wobec nich (nas) przemoc. I nie mam na myśli sankcji gospodarczych czy podobnych pieszczotliwych zaczepek.

Wielkich tego świata determinuje bowiem głupota i charakterystyczny dla niej przymus działania. Muszą brnąć do przodu nie zważając na nic, ponieważ nie mogą dopuścić do tego, by ich poddani odczuli na własnej skórze skalę buntu jakichś dzikusów ze wschodu czy południa. Sami są ofiarą likwidacji przywołanych na wstępie tego tekstu zapór/filtrów, a doraźne korzyści jakie odnieśli dzięki temu są już historią. Na nasze życie i wolność czai się bowiem idiota z pałką, nic więcej. Jeśli w tym kontekście dziwią was i przerażają meandry naszej obecnej polityki zagranicznej polecam odrobinę zimnej wody w formie okładów na głowę.

Owszem, dzięki zapóźnieniu, które nie jest zresztą naszą zasługą, mamy jako społeczeństwo przeciętnie zdrowszy ogląd świata, ale ma to też taki efekt, że dzięki temu zyskaliśmy wyjątkowo idiotyczne elity, które choćby z czystego nowinkarstwa gotowe są dosłownie na wszystko, a ich łączność z polskością jest żadna. Pisząc, że są „gotowi na wszystko” mam na myśli dosłownie to co napisałem.  Gdyby kazano im zostać dla dobra sprawy kanibalami, rzuciliby się na stosowne podręczniki by się dowiedzieć, czy człowieka je się nożem i widelcem, a może należy brać kości w łapę i ogryzać.

Nie jest łatwo się bronić przed ludźmi całkowicie obcymi kulturowo, dla których nie ma znaczenia słowo, logika ani prawda. Przed ludźmi, którzy uznają swoją dominację za stan naturalny, a wszelkie jej zakłócenia za złe z samej zasady. W zasadzie jedyną rozsądną i umocowaną historycznie opcją jest traktowanie ich jak wrogie bestie, ale przeciwko temu buntuje się nasz czułostkowy charakter. Niestety, ale marzenia o spokojnym życiu należy odłożyć ad acta.

Idee bowiem, które pchają Europę ku zagładzie są tak silnie związane z przywilejami, że w ogóle nie ma możliwości, by zahamować ten fatalny marsz w sposób pokojowy. Tak, jak o Polsce pisano niedawno, że jest kondominium niemieckim, tak europejskie elity łatwiej zgodzą się na Europę jako kondominium chińskie, rosyjskie czy choćby, co wydaje się szczególnie głupie, arabskie, niż wycofają się choćby o krok. I nie jest to żaden fatalizm, a właśnie upór idioty. Społeczeństwa nie są podzielone granicami, a postrzeganiem rzeczywistości. I jest to podział głębszy niż kiedykolwiek i tak naprawdę świat który znamy, a niekoniecznie cenimy, musi doprowadzić do zagłady.

niedziela, 1 lipca 2018

O snach proroczych i złym samopoczuciu podróżnika w czasie


Udałem się wczoraj na krótką wycieczkę po antypodach Internetu, gdzie sensacja nie jest zabarwiona politycznie, a ludzi przyciągają brednie sezonu ogórkowego. Młodszym wyjaśniam, że w starożytności tak nazywano okres letni, czas gdy brednia łatwiej znajdowała swe miejsce na łamach gazet. Wyciągano z magazynu potwora z Loch Ness, Yeti oraz wszystko co wykluło się w głowach sprytnych redaktorów, a co miało zabawić gawiedź wylegującą się na leżakach. Obecnie, gdy tak zwany główny nurt przesiąknięty jest jawnym wariactwem, na biedną Nessie nie ma zapotrzebowania. Albo taki kosmita? Po co wdawać się w dywagacje, czy istnieje? Wmawiać ludziom, że jakiś cień to Marsjanin w kufajce, gdy można pokazać autentycznego aktora Pieczyńskiego, który bynajmniej nie jest cieniem, mówi po polsku, a wydaje się stokroć dziwniejszy niż jakiś tam przybysz z gwiazd.

Moja wycieczka była krótka, a i tak zostałem przywalony nadmiarem materiału: filmów, tekstów, nagrań audio, zdjęć, stron internetowych, czasopism, książek, targów… To właściwie jakby świat alternatywny, o istnieniu którego nie mamy pojęcia. Wszędzie liczniki wskazujące od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy otwarć. Żywe zainteresowanie, że się tak wyrażę.

Aby od razu nie oszaleć, zaraz po obejrzeniu relacji o tym, że wiercąc w ziemi Rosjanie dowiercili się do piekła i wysłuchaniu stosownego nagrania z otchłani, skierowałem swoje zainteresowanie w kierunku podróży w czasie. Od dawna mam bowiem ochotę pozwiedzać tak zwane dawne czasy, by móc skutecznie dopiec różnym mądralom, czyli udającym historyków propagandystom. Przy okazji takich podróży mógłbym stać się nawet cenionym autorem Szkoły Nawigatorów.

Na wstępie dowiedziałem się, że podróże w czasie są trudne, ale od 2003 możliwe. Tyle tylko, że zły amerykański rząd ukrywa przed światem stosowną technologię. Taki Trump może w wolnych chwilach śmigać w przeszłość, choćby po to, by poprawiać swój wizerunek. I faktycznie, im dłużej zasiada w Białym Domu, tym świat łagodniej patrzy na jego wcześniejsze dokonania.

Skoro podróże w czasie są możliwe, zaraz znalazł się renegat, który przybył do nas z roku 2028 i został z nami, aby ni mniej ni więcej, tylko ostrzec nas przed podróżowaniem w czasie. Otóż twierdzi on, a nie ma powodu, by mu nie wierzyć, że podróżując w czasie nabawił się depresji i anoreksji. Faktycznie niezbyt zachęcająca perspektywa! O niedalekiej przyszłości też nie ma niczego specjalnego do powiedzenia, poza tym, że Trump zostanie wybrany na drugą kadencję, a technika pójdzie tak do przodu, że pojawi się nowe urządzenie, które zmiażdży obecną modę i każdy będzie chciał nosić je bez przerwy na głowie, jako okulary. O szczegółach podróżnik nie wypowiada się, pewnie z ostrożności procesowej.

Tak to wygląda, a wspominam o tym świecie alternatywnym byście wiedzieli, że obok nas żyje kilkaset tysięcy ludzi, którzy chętnie przyswajają sobie podobne historie. Gardner już w latach pięćdziesiątych badając środowiska pseudonaukowe i sensacjonistyczne zdziwił się niezmiernie, że za fasadą składającą się z biednych nawiedzonych oszołomów można spotkać ludzi poważnych, dysponujących stosownymi budżetami. Nie dziwi, że po kilku latach fala pseudonauki dotarła na uniwersytety i do głównego medialnego nurtu. Inwestowanie w ciemnotę zawsze się bowiem opłaca w dłuższej perspektywie.

Dzisiaj ludzie niechętnie słuchają o Yeti, ale pojawiają się inne dość zadziwiające fobie. A gdyby tak zbadać pod kontem budżetu i wymiany informacji coraz silniejsze ruchy antyszczepionkowe, to czy gdzieś na dnie nie doszukamy się dziarskich chłopców w walonkach? Tak tylko pytam, bez żadnych złych intencji. Ogólnie rzecz ujmując: Zwróćcie szczególną uwagę na ludzi, którzy żądają od Was, mili moi czytelnicy, byście mieli otwarty umysł.

No dobra, dość powagi. Teraz napiszę o moim proroczym śnie i na tym przykładzie nauczycie się, jak zostać prawdziwym prorokiem, nie takim grającym na czas, który umieszcza swoje proroctwa w mętnej przyszłości, a spytany o wynik jutrzejszego meczu otwiera ze zdziwienia gębę.
Śniło mi się wczoraj, że żona nazwała mnie „ryżym cwaniakiem”. Fakt, że nigdy nie byłem ryży, a do cwaniactwa też się nie poczuwam spowodował, że wspomniałem jej o tym dziwnym śnie.

- Jak mogłam cię tak nazwać? – zdziwiła się moja dobra żona i zaraz przyznała, że nie jestem ryży, a i do cwaniaka wiele mi brakuje.

Ja jej na to, że co prawda sen mara, ale fakt pozostaje faktem, a samo określenie mam za obraźliwe i kojarzące się jednoznacznie z panem Donaldem, a w najlepszym przypadku z Bońkiem. I tak się przez chwilę przekomarzaliśmy, aż wymyśliłem, żeby w ramach przeprosin usmażyła mi jajca na boczku. W jakiś pokrętny sposób uznała swoją winę i powędrowała do kuchni smażyć rzeczone jaja, ale w drzwiach, tak trochę do mnie, a trochę do siebie powiedziała:

- Prawdziwy ryży cwaniak!

Widzicie! Mój sen okazał się proroczy. Na stworzenie sekty to może ciut mało, ale na powyższy tekst wystarczyło aż nadto! Ciekawskich informuję, że jajecznicę zjadłem i okazała się jak zwykle pyszna.