- Po tych wszystkich naradach, które dały w kość naszym wątrobom, nerkom, żołądkom oraz innym flakom ustaliliśmy jako większość, że poprowadzi nas człowiek niewidomy.
- Człowiek niewidomy? Może chodzi po prostu o członka związku niewidomych, czyli o gościa który dźwiga na nosie ciężkie, grubaśne bryle?
- Nie, nas czyli nas i was, poprowadzi człowiek całkowicie ociemniały!
- Przepraszam, żadna poprawność polityczna nie zmusi mnie do udziału w ekstremalnej, wysokogórskiej wyprawie, skoro przewodnikiem będzie człowiek całkiem ślepy, tym bardziej, że jako kulawy…
- Jako kulawy będzie pan miał dziką radochę, że w pańskiej przytomności znajdzie uzasadnienie starodawne powiedzonko: „Wiódł ślepy kulawego!”
- Aaaaaaaa…
- Nie żadne tam „Aaaaaaaa” tylko niech się pan tu podpisze!
-Tu?
-Tu gdzie pisze: „…a także gdybym runął w przepaść i roztrzaskał się na krwawe ochłapy oświadczam, że nie zgłaszam pretensji do przewodnika oraz firmy, która go wynajęła, ponieważ sam wybrałem ją w tajnym głosowaniu jako najlepszą firmę, a przynajmniej…”
– Ej, o co tu chodzi, przecież ja nikogo nie wybierałem! Nie było żadnego głosowaniu w sprawie ślepca, który nas ma prowadzić!
- ( na stronie) Głupek nie wie, że głosował w pakiecie. Czy ma pan plecak?
- Plecak mam, ale jeszcze raz powtarzam, że nie zgadzam się…
- Skoro ma pan plecak, musi też mieć pan listę rzeczy, które należy zmieścić w plecaku. Ma pan?
-Mam i nawet ją przejrzałem. Czy mogę dodatkowo zabrać latarkę?
-Latarkę, skoro ślepiec was będzie prowadził? Pan chce poniżyć Dzikiego Tuńczyka w przytomności przypadkowych osób, które być może są nawet w życiu pozaekstremalnym zwolennikami prawa i sprawiedliwości?
-Prawa i sprawiedliwości?
-Co się pan tak dziwi, może pan sądzi, że oni tylko siedzą po domach i słuchają Radio Maryja? Nie, drogi kolego, oni są wszędzie!
- Wszędzie?
- Tak, statystycznie będą nawet wśród nas, knując, kłamiąc i podważając kompetencje naszego dziarskiego, choć ślepego jak kret przewodnika, który jest miły i mądry, a gdybyś pan śmiał wątpić, czy wyprowadzi nas cało z tej ekstremalnej próby, niech pan spojrzy na jego pomocników!
-Tych dwóch ślepców związanych liną?
- Tak, tych dwóch biedaków związanych liną! Gdyby przezwyciężył pan swoje straszliwe, nienormalne wręcz uprzedzenia i podszedł do nich, od razu przekonałby się pan, że dodatkowo są głusi i niemi jak pieńki!
- Przepraszam, ale ja się boję, boje się iść za ślepymi, głuchymi i niemymi przewodnikami po krawędzi, po grani i nad przepaściami.
- Jeszcze bardziej by się pan bał, gdyby pan wiedział, że ci ludzie są pierwszy raz w górach!
- Pierwszy raz w górach?
-Tak, zawsze jest pierwszy raz i każdemu trzeba dać szansę!
- Ale czemu moim kosztem? Zapłaciłem za bezpieczną choć ekstremalna przygodę a wy mi tu oferujecie ślepych, głuchoniemych przewodników i kulawych turystów!
- Przepraszam, że się powtarzam, ale kulawy sam pan jesteś i nie zawracaj pan mi głowy tymi swoimi wątpliwościami tym bardziej, że pańska „kulawość” to jest norma społeczna, podobnie jak te drobne przywary przewodników.
- Kulawość? Drobne przywary?
- Gdyby pan nie był kulawy skopał by mi pan tyłek, a tak, musi pan spakować plecak i iść za ślepym w góry bo wszystko jest opłacone i nie ma pan innego wyjścia!
- Ale, spadniemy wszyscy w przepaść!
- Przepaść, widzi pan, też jest dla ludzi!
- A pan?
- A ja, ja … cóż ja? Lecę jutro do Peru.
środa, 29 września 2010
Dom Elżbiety LXV

Kiedy podniosła słuchawkę usłyszała tylko przeciągły sygnał. Odłożyła ją więc i chwilę stała, wpatrując się w aparat. Po chwili za nią przeszedł Robert.
- Piotrek już dojechał do mamy? – Zapytał.
- Nie wiem.
- To nie on dzwonił?
- Nie wiem kto dzwonił, gdy odebrałam już się rozłączył. A wracając do tematu, wybacz, ale wydaje mi się, że szukasz problemu tam, gdzie go nie ma. A mylisz się myśląc, że mnie ktoś specjalnie chciał wepchnąć w ramiona Piotra?
- A nie? Matka aż się zachłystywała szczęściem, że Pawlicki i ty…
- Cieszę się, że się cieszyła, ale mogę ci powiedzieć, że Piotr i ja po prostu przylgnęliśmy do siebie od pierwszej chwili, nie było w tym niczyjej ingerencji.
- Jak tu pięknie pachnie – Robert wciągnął powietrze – pamiętam ten zapach, zawsze tu był.
- Zapach? – Elżbieta zadrżała – jaki zapach? Czy to mieszanka piżma z imbirem?
- Nie wiem, nie znam się, dla mnie to zapach drogich perfum, luksusu. Pasuje do tego domu, jest w nich tajemniczość i szlachetność.
- Tak myślisz? A do mnie też ten zapach pasuje?- Ela znów była zirytowana – Mylisz się, to zły zapach i wcale nie ma w nim ani odrobiny szlachetności, to zapach bardzo złego człowieka.
Robert uśmiechnął się dziwnie po jej słowach. – Czemu się tak denerwujesz? Powiem ci, że w dzieciństwie siadałem tu na kanapie i czekałem, aż zapach przyjdzie…on zawsze przychodził, jeśli rozumiesz o co mi chodzi? – Elżbieta skinęła głową, że rozumie. – Potem…może to cię rozbawi, ale czułem czyjąś obecność, wiedziałem, byłem pewny, że to „coś” przyszło tylko dla mnie i że w jakiś sposób mnie chroni. Potem to „coś”, często pomagało mi w podjęciu odpowiednich decyzji. Jak na przykład, że powinienem studiować, że to ja…no, że jestem lepszy od rodzeństwa, że ja zasługuję na inny los.
- O matko! – Jęknęła Ela – zapanowała nad tobą?
- Nie rozumiem – Robert spojrzał zdziwiony – Kto zapanował?
Znów zadźwięczał telefon.
- Słucham – Ela od razu poniosła słuchawkę.
- Elżbieto, to ja. Miałaś zaraz wyjść z domu, czemu tam jeszcze jesteś? – Głos Piotra był pełen niepokoju.
- Co z Kanusią? – Odpowiedziała pytaniem.
- Nie wiem, co ten Robcio tym razem wymyślił, ale Kanusia czuje się wyśmienicie, jutro wychodzi do domu. Ale nie odpowiedziałaś mi na pytanie, czemu wciąż jesteś w domu?
- Bo mam gościa. A cieszę się, że to był fałszywy alarm. Pozdrów ją ode mnie i powiedz, że odwiedzimy ją już jutro w domu, dobrze?
- Jasne, ja za chwilę wracam. A kim jest ten gość?
- To Robert.
- Co! – Piotr aż krzyknął do słuchawki.
- Potem pogadamy, dobrze – Elżbieta, chciała ukryć przed Robertem, jak zareagował Piotr, na oświadczenie, że to on jest gościem Eli.
- Jasne. A to intrygant, wyciągnął mnie od ciebie, tak?
- Tak, ale pogadamy jak wrócisz, ok.?
- Jasne, to wsiadam do samochodu i za jakie pół godziny będę u ciebie.
- Raczej za czterdzieści minut, nie pędź jak wariat, proszę.
- Oczywiście, ja nie będę się spieszyć, a Robciu będzie cię uwodzić, tak?
- Przestań! I wracaj szybko, pa.
- Jasne, pa.
- Co, wściekł się, że go stąd wyciągnąłem? – Robert uśmiechał się znów jakoś dziwnie.
- Nie i ciesz się, twoja mama jest już zdrowa, jutro będzie w domu. A wracając do naszej rozmowy, uwierz mi, zapach to zło i podpowiada ci to „coś’, jak sam to określiłeś najbardziej egoistyczne rozwiązania, nie zauważyłeś tego? Jesteś inteligentnym facetem, więc zapewne przyszło ci to do głowy, prawda?
- A może po prostu jestem takim egoistą? – Robert cały czas się uśmiechał – Może takiego faceta jak ja właśnie potrzebujesz. Wiesz, naprawdę jestem interesujący, na pewno bardziej niż ten cały Pawlicki. I bardzo mnie pociągasz, masz cudowne ciało.
- Znów zaczynasz! – Zganiła go Ela, ale tak jakoś słabiej, bez emocji. – I proszę skasuj te zdjęcia, jeśli rzeczywiście je masz.
Uśmiechnął się szczerzej po jej słowach. – Pociągam cię jednak trochę?
- Skąd ten pomysł? Poza tym, lepiej już idź, za chwilę będzie tu Piotr, a chyba nie chcesz się teraz z nim spotkać?
- Pociągam cię – odpowiedział sam sobie. – Jeszcze raz tylko cię ostrzegam, Piotr to zły wybór, uwierz. I fakt, masz rację, raczej wyjdę, za nim pan doktor wróci.
- To na razie i przemyśl moje słowa. Zapach i te rozwiązania o których tyle opowiadałeś, to było złe. Nie, że uważam iż wykształcenie było czymś złym, tylko, że ty to wymuszałeś kosztem innych
- Jasne, zły Robert krzywdził rodzinkę. Pa śliczna i lepiej to ty się zastanów, czy ja nie mam racji.
poniedziałek, 27 września 2010
Dom Elżbiety LXIV

- Nie, nie sądzę, by to był w tej chwili i z tobą temat, nad którym chciałabym się zatrzymać. Jeśli dalej chcesz rozmawiać o mojej fizjologii, to żegnam.
- Jak ci ładnie z tymi zmarszczonymi brwiami – Robert nadal nie dawał za wygraną. – Ale niech ci będzie, że ominiemy temat twojego ponętnego ciała. Przyszedłem tu, bo…widzisz, źle wybrałaś, Pawlicki to zły wybór.
- A ty dobry? – Eli głos stał się zimny i nieprzyjemny, ciążyła jej wizyta Roberta, ta jego zarozumiałość i to co mówił o jej osobie, o Piotrze, Kanusi.
- Na pewno lepszy, niż Piotr. Tam u nich kobiety spotyka bardzo zły los, albo oni wybierają pewien typ kobiety. Matka Piotra – zaśmiał się lubieżnie – to był niezły numer, wiesz?
- Nie obchodzi mnie to. – Ela była zła, a ta jego ironia, nie chciała tego słuchać, choć gdzieś w umyśle, była ciekawa, jak na to patrzy taki pyszałek jak Robert.
Robert jakby jej nie słyszał – Po wsi do dziś krążą legendy o niej. Zresztą możesz spytać się Kobielaka, jak mi nie wierzysz. Kiedyś podobno baby poszył do ojca Piotra na skargę, że zwabia chłopów, podobno potrafiła z trzema na raz – Robert chyba dobrze się bawił opowiadając te historię.
- I co to ma do rzeczy? Czy z tego powodu Piotr jest winny?
- A babka…
- Znam, wiem to wszystko, to nie żadne rewelację. Piotr mi o tym mówił.
- O! – Robert był zdziwiony. – Ale Kobielak zna wszystkie pikantne szczegóły, powinnaś go posłuchać. Mnie to opowiadał kilka razy, z tego co opowiadał, mogę ci powiedzieć, że matka Piotra była dziwką pierwszej kategorii.
- Jesteś zboczony! Po co mi to opowiadasz? Nie obchodzi mnie, co robiłam matka Piotra, zwłaszcza, że on jej właściwie nie pamięta, zostawiła ich.
- Jasne. Ja tylko chcę cię ostrzec, że możesz tak samo skończyć. – Po raz pierwszy od początku tej wizyty Robert stał się poważny. – Możesz o mnie myśleć, że jestem zazdrosny, na pewno doktorek ci już się wypłakał, że mu odbiłem narzeczoną. Pewnie też ci powiedział, że jestem łajdak i truteń. Ale przynajmniej niczego nie ukrywam po maskami a to szlachetności, a to poświęcenia. Jestem jaki jestem, ale naprawdę mi się podobasz, żal mi ciebie, że matka tak ochoczo rzuciła cię w ramiona Pawlickiego. Jesteś naiwna, jeśli myślisz, że wszyscy wokół są tacy cudowni i szlachetni. Andrzej, mój brat też wcale nie jest taki kryształowy, a Lila, pewnie jej nie znasz, wielka pani stylistka, co utrzymuje męża nieroba…a matka tego nie chce dostrzec. Ona też nie jest znów taka cudowna, babka Kraskowa kiedyś powiedziała, że to jej wina, że ojciec odszedł od nas.
- Jak nazywa się twoja babcia?
- Kraska. A co?
- Nic, gdzieś już słyszałam to nazwisko.
- Oni tu od wieków mieszkają, możliwe. Choć, babcia już nie żyje, wuj też. A miał tylko córki i zmieniły nazwiska.
- Nie ważne. A ty, czy ty próbowałeś odszukać ojca?
- Tak, pojechałem do Nowej Huty, miałem dziewiętnaście lat, akurat zdałem maturę. Ale z ojcem nie mogłem się dogadać, to był już wrak człowieka, zresztą chyba pół roku później umarł.
- A zapytałeś mu się, czemu zostawił żonę i trójkę malutkich dzieci? Właściwie wydał na was wyrok, bo wiedział, że możecie zginąć z biedy, bez niego. Przecież wiedział, że twoja mama z wami i z gospodarstwem sobie nie poradzi. To był z jego strony egoizm i okrucieństwo!
- Słuchaj, ojciec już wtedy nie trzeźwiał, nie było sensu pytać. A babka…to przecież matka mojej matki, a powiedziała, że to jej wina.
- A twoja babka pomogła twojej mamie choć raz? Wiesz, nie mam zamiaru robić ci portretu psychologicznego, ale masz problemy z własną akceptacją. Masz cudowną mamę, bardzo fajnego brata, siostry waszej nie znam, a bratową też masz uroczą. Zupełnie nie rozumiem, czemu w tobie tyle zawiści, zazdrości. Dzięki swojej mamie miałeś ciepły dom, dostałeś porządne wykształcenie…- Nie dokończyła, bo w bibliotece zadzwonił telefon.
- Pójdę odebrać –rzuciła przez ramię.
sobota, 25 września 2010
Dom Elżbiety LXIII

- To pan? – Zapytała zdziwiona.
- Dzień dobry. Może, tak mniej oficjalnie? Jestem Robert, przecież z Andrzejem już jesteś na ty i z Piotrem – gdy wymienił imię Piotra, uśmiechnął się jakoś dziwnie.
- Jasne i dzień dobry. I co z Kanusią? I jak ci się udało być tu tak szybko?
- Po woli! – Robert wcale nie był przygnębiony, co zdziwiło Elę. – Mama zapewne czuję się dobrze.
- Jak to? Przecież dzwoniłeś, że coś jest nie tak?
Robert jakby jej nie słyszał, podszedł do okna i uchylił firanki, chwilę patrzył gdzieś w dal. Nagle odezwał się jakimś nienaturalnym głosem – Często tu przychodziłem z mamą w dzieciństwie. – Odwrócił się do niej twarzą, było coś dziwnego w jego wzroku – Bawiłem się tu i w bibliotece…zawsze wyobrażałem się, że jestem właścicielem tego domu. Że jestem młodym paniczem, a nie synem służącej. Twoja babcia zresztą traktowała mnie jak swojego wnuka…wiesz, nie znosiłem swojej matki, z tą jej uniżonością. Nie chciałem być jej dzieckiem, drażniło mnie, gdy brała mnie za rękę i zabierała stąd.
- Przestań – Elżbieta była oburzona, tym co mówił Robert – a twoja mama nie była służącą, była przyjaciółką mojej babci.
- Przyjaciołom się nie płaci. Moja matka brała pieniądze za to co tu robiła, a robiła dosłownie wszystko, dbała o dom, ogród i inne fanaberię wielmożnej pani Karskiej. Nie gadaj bzdur…przyjaciółka! – Robert przedrzeźniał głos Eli – matka była i jest służącą! To jej ciągłe, „podziękuj pani” „ukłoń się ładnie” „bądź wdzięczny”, rzygać mi się chciało!
- Powinieneś być właśnie wdzięczny swojej mamie, to cudowna kobieta! – Elżbieta wybuchła gniewem na Roberta – Nie zasługujesz na jej miłość, skoro nie doceniasz jej starania. Jesteś rzeczywiście pozbawionym skrupułów samolubem.
- A kto mnie tak nazwał? Kochany synuś mamuni Andrzej, czy może szlachetny Piotruś?
- Ja cię tak nazwałam, w tej chwili. A powiesz mi wreszcie co z twoją mamą, czy nie! – Ela była zdenerwowana i zdegustowana tą deklaracją Roberta. Nie miała chęci dalej prowadzić z nim rozmowy, ale chciała się dowiedzieć czegoś o Kanusi.
- Nie wiem co z mamą. Byłem tam ostatnio razem z wami. Chciałem natomiast pozbyć się Piotrka, bo wiem, że jest tu u ciebie cały czas. Najłatwiej mi było go wyciągnąć, gadając coś bez sensu i mówiąc, że z mamą coś nie tak…”szlachetne serduszko” musiał się na to złapać. – Roześmiał się ironicznie.
- Skąd wiedziałeś, że tu znajdzie Piotra?
- Bo wszystkie wróbelki o tym ćwierkają! Dziedziczka sypia z Pawlickim!
- Jesteś egoistycznym draniem. Wynoś się z mojego domu – Elżbiety głos podwyższył się o kilka tonów ze zdenerwowania.
- Za chwilę. Najpierw powiem to, co mam ci powiedzieć, szlachetna pani. Od początku was śledzę. To mnie miałaś poznać, mnie pokochać, nie tego nieudacznika. Matka jak zwykle zrobiła mi wstyd, nie dość, że się rozchorowała, to jeszcze rzuciła w ramiona tego syna kurwy i idioty.
- Milcz i wyjdź! Nie chcę tego słuchać.
- Widziałem cię nagą – nagle zmienił temat – nawet zrobiłem fotki. Nie zasłaniasz zasłon, a to błąd. Tak piękna kobieta…dojrzała, a ja uwielbiam dojrzałe ciało kobiety.
- Wyjdź!
- Chcesz, mogę wyjść. Mogę też twoje zdjęcia opublikować w Internecie.
- Grozisz mi?
- Nie…ostrzegam. Chcę, byś mnie wysłuchała…może zmienisz o mnie zdanie. O pięknym Piotrze też.
- Słucham. – Głos Eli zdradzał zniecierpliwienie.
- Nie zaprosisz mnie na kawę, czy herbatę?
- Nie. Chcesz mówić, mów. Nie, to wynoś się.
- Lubię takie stanowcze kobiety. Ciekawy jestem, czy się tym podniecasz? Sterczą ci sutki?
- O czym chcesz ze mną mówić? O moich piersiach?
- To bardzo ciekawy temat, nie sądzisz?
piątek, 24 września 2010
E.Radziszewska. Oko niemowląt wśród wrogów 2
Wiem, że to jest błaha sprawa w czasie, gdy premier i co najmniej kilku jego ekonomów co kwadransik sprawdzają czy jeszcze szyja ma co dźwigać?
Te ich nerwowe gesty, poprawianie kołnierzyka a nawet, że pojadę otwartym tekstem, krawata, to są sprawy sto razy ważniejsze niż jakieś delikatne nieporozumienia z P.T. Pedałami, do tego jeszcze, pani zarabiającej pieniądze na najgłupszym chyba stanowisku jakie współczesna łże demokracja nam „zafundowała”
Tomasz Terlikowski jako człowiek skromny i naiwny napisał nawet list do premiera Tuska, używając przy okazji argumentów z sumienia, wolności wyboru, liberalizmu czy najskromniejszej logiki.
Jako znany prostak wesprę go, nie jakimś podpisem, bo w naiwności swojej T.Terlikowski wzywa do podpisywania apelu, tak jakby sadził, że Donald Tusk rozumie coś z takich pojęć jak: wolność, sumienie, liberalizm czy logika pozaschetynowa.
Wesprę go, ponieważ myśl, by moje dziecko uczył zboczeniec seksualny jest mi wstrętna. I tyle!
A teraz przywalę Panu Terlikowskiemu w ucho.
Nic mnie nie obchodzą jakieś m „szkoły katolickie” bo raz, że takich w okolicy nie ma, a dwa, że nawet gdyby były, jako ateista byłbym wielkim „wygłuptasem” gdybym wpychał tam na siłę moje dzieciaki, dosypując przy okazji forsy koślawemu klerowi.
Rozumując jednak, zaproponowanym przez pana Tomasza Terlikowskiego trybem, przyznając mu rację w kwestii „stawiania tamy” i „pilnowania granic” stanowczo protestuję przeciwko wylewania nieczystości tego świata w mury szkół publicznych!
Przyjmijmy że, licea i technika to faktycznie szkoły do których chodzą dorośli. To jest poza zasięgiem mojej krytyki. Najwyżej jeden z drugim ancymon w pysk zarobi albo kopa w tyłek. I tyle na ten temat.
A co tu ma pani Radziszewska? Nic, bo moim zdaniem szkoda każdego grosza wydanego na urząd tak głupi, a co dopiero na tego urzędu szefową? Mam się zachwycać, że kobieta myśli, skoro myślenie koliduje ze stanowiskiem jakie zajmuje?
Jakie tu można zając stanowisko, skoro banda „bab wyżłów” z nieszczęsną Środą na czele zaczyna ją gryźć a wredna Wyborcza czy inny TVN wyje z oburzenia?
Odruch jest taki – bronić!
Rozum podpowiada: - A broń się sama kobieto i na drugi raz nie właź tam, gdzie przy padle publicznej kasy gryzą się ideologiczne hieny.
Wolę stanąć po stronie rozumu i na koniec pokuszę się o delikatną uwagę wobec hien tego świata, dotychczas kontentujących się dotacjami rządowymi czy unijnymi zamiast mięsem wydartym wprost z mojego ciała.
Nie swędzą was ostatnio karki, karczki i karkówki?
Te ich nerwowe gesty, poprawianie kołnierzyka a nawet, że pojadę otwartym tekstem, krawata, to są sprawy sto razy ważniejsze niż jakieś delikatne nieporozumienia z P.T. Pedałami, do tego jeszcze, pani zarabiającej pieniądze na najgłupszym chyba stanowisku jakie współczesna łże demokracja nam „zafundowała”
Tomasz Terlikowski jako człowiek skromny i naiwny napisał nawet list do premiera Tuska, używając przy okazji argumentów z sumienia, wolności wyboru, liberalizmu czy najskromniejszej logiki.
Jako znany prostak wesprę go, nie jakimś podpisem, bo w naiwności swojej T.Terlikowski wzywa do podpisywania apelu, tak jakby sadził, że Donald Tusk rozumie coś z takich pojęć jak: wolność, sumienie, liberalizm czy logika pozaschetynowa.
Wesprę go, ponieważ myśl, by moje dziecko uczył zboczeniec seksualny jest mi wstrętna. I tyle!
A teraz przywalę Panu Terlikowskiemu w ucho.
Nic mnie nie obchodzą jakieś m „szkoły katolickie” bo raz, że takich w okolicy nie ma, a dwa, że nawet gdyby były, jako ateista byłbym wielkim „wygłuptasem” gdybym wpychał tam na siłę moje dzieciaki, dosypując przy okazji forsy koślawemu klerowi.
Rozumując jednak, zaproponowanym przez pana Tomasza Terlikowskiego trybem, przyznając mu rację w kwestii „stawiania tamy” i „pilnowania granic” stanowczo protestuję przeciwko wylewania nieczystości tego świata w mury szkół publicznych!
Przyjmijmy że, licea i technika to faktycznie szkoły do których chodzą dorośli. To jest poza zasięgiem mojej krytyki. Najwyżej jeden z drugim ancymon w pysk zarobi albo kopa w tyłek. I tyle na ten temat.
A co tu ma pani Radziszewska? Nic, bo moim zdaniem szkoda każdego grosza wydanego na urząd tak głupi, a co dopiero na tego urzędu szefową? Mam się zachwycać, że kobieta myśli, skoro myślenie koliduje ze stanowiskiem jakie zajmuje?
Jakie tu można zając stanowisko, skoro banda „bab wyżłów” z nieszczęsną Środą na czele zaczyna ją gryźć a wredna Wyborcza czy inny TVN wyje z oburzenia?
Odruch jest taki – bronić!
Rozum podpowiada: - A broń się sama kobieto i na drugi raz nie właź tam, gdzie przy padle publicznej kasy gryzą się ideologiczne hieny.
Wolę stanąć po stronie rozumu i na koniec pokuszę się o delikatną uwagę wobec hien tego świata, dotychczas kontentujących się dotacjami rządowymi czy unijnymi zamiast mięsem wydartym wprost z mojego ciała.
Nie swędzą was ostatnio karki, karczki i karkówki?
Dom Elżbiety LXII

- O Gerardzie to ja już mam wyrobione zdanie. Wybacz, jeśli ktoś najpierw, prawie dziecko ubezwłasnowolnia, by móc praktykować swoje zboczenia…ale Zofia powinna być po tym wszystkim mądrzejsza. Carlota jest może groźniejsza niż ten cały Mioducki!
- Fakt, tyle, że jak pisze, wtedy jej jeszcze ufała, zobacz, uratowała dziecko, pewnie z zespołem Downa, albo z jakąś inną chorobą genetyczną.
- Na pewno miała ku temu powody…nie ufałam jej od początku, pamiętasz?
- Jasne, ale przyznasz, że pożałowałaś ją za tę scenę u Alberto Pedra.
- Teraz myślę, że i to było ukartowane. Ale fakt, wtedy ją pożałowałam. – gdy to mówiła zadzwonił telefon w bibliotece.
- Może to Kanusia! – Zawołała Ela i pobiegła odebrać.
Po drugiej stronie odezwał się jednak męski głos.
- Dzień dobry pani Elżbieto, przepraszam, że niepokoję. Jestem Robert Karnafel, poznaliśmy się niedawno u mojej mamy w szpitalu.
- Witam! – Głos Eli zdradzał zdziwienie – czy Kanusi się pogorszyło? – Zapytała zaniepokojona.
- Właśnie. – Jęknął Robert – Wie pani nie mogę się dodzwonić do Piotrka, a mama, no wie pani, bardzo mu ufa. Czy może ma pani z nim jakiś kontakt?
- Piotr jest u mnie, zaraz go poproszę do telefonu – Ręką zasłoniła słuchawkę i zawołała w stronę kuchni – Piotr!
Piotr chwilę rozmawiał z Robertem, pytając co się właściwie stało i po chwili, że zaraz będzie w szpitalu. Potem odłożył słuchawkę.
- Słuchaj, Kanusia ciężko zasłabła, nie mogę się dogadać z Robertem, gada bez sensu. Najlepiej pojadę i sprawdzę co tam się dzieje. Jedziesz ze mną?
- Jestem nie ubrana i bez makijażu, musiał byś trochę poczekać…właściwie jedź sam, ja jak się uszykuję, pójdę do Maryli i Andrzeja, może oni wiedzą coś więcej. Może Andrzej mnie tam do ciebie podrzuci. A ty jedź, zobacz co się stało, bardzo się niepokoję o Kanusię.
- Dobra. Tylko, teraz ja będę bał się o ciebie. Będę wyrzucał sobie, że cię tu po tym wszystkim zostawiłem samą.
- Nic mi się nie stanie, migiem się ubiorę i zaraz pójdę do Andrzejów, ok.?
- Dobra, to w takim razie jadę. – poszedł w stronę drzwi – Tylko bądź ostrożna, proszę. – powiedział zaniepokojony na odchodnym.
Ledwie za Piotrem zamknęły się drzwi Elżbieta pobiegła się ubrać. Włożyła jeansy i koszulkę, nie miała ochoty się stroić. Potem przeczesała włosy i pociągnęła szminką po ustach.
Miała wychodzić, gdy ktoś zapukał do drzwi. Poszła otworzyć. W drzwiach stał Robert.
poniedziałek, 20 września 2010
Migalski, gdzie jest ta Legia?
- A Migalski jest w Madrycie i wychodzi za Hiszpana…!
- Stop! Stop, stop, stop…. Niech pan powie, o co tu chodzi?
- A Czarnecki, Ojroposeł co jest partyzantem w lesie…!
- Stop! Stop! Stop! Proszę wyłączyć Ojroposłom mikrofon!
- Weźmy Marka Migalskiego!
- Tego Ojroposła? No, jeśli…
- Dobra! Czy pan wie, co to jest władza und polityka?
- Zostałem wybrany głosami ponad stu tysięcy!
- Stu tysięcy złotych?
- Nie, ponad 100 000 ludziaszków głosowało na mnie, na Marka Migalskiego!
- Pan, panie Marku sam z siebie okazał w tych wyborach gębę?
- Pisiaki mi robili niemrawo, chociaż kasa!
- No, pisiaki…
- Ale to ja byłem taki popularny i beze mnie…
- Bez Pana, bez zapłakanej psicy? Bez Mopsika?
-Wypraszam sobie!
( Szeryf związku filatelistów ucieka ze znaczkiem na głowie!)
- Mruuuum!
Marek Migalski dla Gazety Wyborczej napisał felieton, który został skontrowany przez Adama Michnika w taki oto sposób:
- Musisz zrozumieć pewne wartości, ale bez lizania!
Weźmy Marka Migalskiego. Facet sądzi, że poza prawdziwą polityką, polityką, która zjadła go i wypluła, nadal jest Kimś.
Słuchajcie dzielny Migalszczaku dzwonów bijących u meni w Golinie.
Bim!
Bom!
Bim, bom!, patrzcie frajerzy gdzie bije nasz dzwon!
Bim! Bom…
Spójrzcie frajerzy, komu bije dzwon?
- Stop! Stop, stop, stop…. Niech pan powie, o co tu chodzi?
- A Czarnecki, Ojroposeł co jest partyzantem w lesie…!
- Stop! Stop! Stop! Proszę wyłączyć Ojroposłom mikrofon!
- Weźmy Marka Migalskiego!
- Tego Ojroposła? No, jeśli…
- Dobra! Czy pan wie, co to jest władza und polityka?
- Zostałem wybrany głosami ponad stu tysięcy!
- Stu tysięcy złotych?
- Nie, ponad 100 000 ludziaszków głosowało na mnie, na Marka Migalskiego!
- Pan, panie Marku sam z siebie okazał w tych wyborach gębę?
- Pisiaki mi robili niemrawo, chociaż kasa!
- No, pisiaki…
- Ale to ja byłem taki popularny i beze mnie…
- Bez Pana, bez zapłakanej psicy? Bez Mopsika?
-Wypraszam sobie!
( Szeryf związku filatelistów ucieka ze znaczkiem na głowie!)
- Mruuuum!
Marek Migalski dla Gazety Wyborczej napisał felieton, który został skontrowany przez Adama Michnika w taki oto sposób:
- Musisz zrozumieć pewne wartości, ale bez lizania!
Weźmy Marka Migalskiego. Facet sądzi, że poza prawdziwą polityką, polityką, która zjadła go i wypluła, nadal jest Kimś.
Słuchajcie dzielny Migalszczaku dzwonów bijących u meni w Golinie.
Bim!
Bom!
Bim, bom!, patrzcie frajerzy gdzie bije nasz dzwon!
Bim! Bom…
Spójrzcie frajerzy, komu bije dzwon?
Subskrybuj:
Posty (Atom)