czwartek, 4 listopada 2010

Dom Elżbiety LXXVII



- Tak, wiesz, spodziewałem się…myślę nawet, że ona to wszystko sprowokowała. Ona chciała, a wybuch Zofii był dobrym pretekstem. Myślę, że Zofia była tym przerażona. Ale czytaj dalej, sam jestem ciekaw.

- OK.!

Kiedy potem się dowiedziała, że żona Ksawerego rzeczywiście zaniemówiła, przeraziłam się. Powiedziałam do Carloty, że nie chcę tego, że nie chcę jej karać, za moją niedolę. Odparła, że klamka zapadała, że cofnąć tego nie może i uśmiechała się tak, jakby to była najlepsza zabawa.
Przerażała mnie. Już wtedy, jak stała za kolumną, była przerażająca. Nie wiem, czy to atak mojego wzburzenia, bólu, jaki zadał mi Ksawery, ale twarz Carloty wydała mi się wtedy jakby nieludzka. Zaczęłam się jej bacznie przyglądać, ba, nawet śledziłam ją!
Widziałam jak krążyła przy karczmie Meyera, wabiła młodych parobków, a nawet tych już starszych gospodarzy. Bawiło ją, gdy próbowali skraść jej całusa, czy włożyć rękę za stanik.

Kusiła, czasem szła z jednym czy drugim do stodoły, ale nie szłam za nimi. Wiedziałam, co tam robią, a sama byłam samotna. Fakt, co jakiś czas przyjeżdżał doktór Stelmach, z propozycją małżeństwa, ale nie drgnęło mi przy nim nigdy serce. Zresztą zawsze pachniał kamforą i naftaliną. Kochałam Ksawerego, a on mną znów wzgardził.

Kiedyś śledząc Carlotę ujrzałam piękną córkę Meyera, jak chyłkiem wymyka się przez okno, poszłam za nią. Byłam ciekawa dokąd szła. Niestety była rozczarowana, bo wcale nie do chłopca, a do jednej biednej kobiety z końca wsi, była chyba bardzo chora. Dziewczyna przynosiła jej jedzenie, pewnie wykradała je ojcu z karczmy. Potem pomagała jej wstać, obmyć się, sprzątała jej i chyłkiem znów wymykała się do domu tym samy oknem.

Dziwiłam się, czemu młoda piękna Rachela, bo tak jej było na imię, zajmuję się tą babą. Zwłaszcza, że jak się potem dowiedziałam, ta kobieta, była kiedyś taką wiejską dziwką. Dlatego mieszkała na końcu wsi, daleko od wszystkich.

Kiedyś zapytałam się tej Racheli, dlaczego? Odparła, że nikt inny nie jej chce pomóc.
Ale o Racheli potem, bo to też tragiczna historia, której niestety jestem winną ja.

Kiedy Carlota miała przyprowadzić Ksawerego, wymusiła na mnie „warunek”, no iw końcu się dowiedziałam co to za warunek. Mistrz z jego świtą mieli lada dzień zjechać do mojego domu. Wpadłam w gniew, powiedziałam, że nie dam się tknąć mistrzowi i że ona była w zmowie z Gerardem. Uśmiechnęła się tylko na moje słowa, uśmiechem, który mnie przerażał.
Nawet nie zaprzeczyła, tylko uśmiechała się…i wtedy jej twarz robiła się dziwna. Na końcu powiedziała, że mistrz mi nic nie zrobi, że mogę być spokojną, ale między przyjaciółmi mistrza jest malarz, a ona, Carlota chce, bym zamówiła u niego portret. Powiedziała, że to zdolny artysta, ale brak mu zamówień i że wtedy nie będzie czuł się niepotrzebny. Zgodziłam się na tą jej dziwną prośbę.


- Więc portret był pomysłem Caloty! – Wykrzyknęła Ela.

- A nie spodziewałaś się tego? – zapytał Piotr.

- Tak myślałam, ale szczerze, nie przypuszczałam, że to mistrz przywiózł malarza. Myślałam, że Carlota, tylko wykorzystała okazję, jak Zofia zamówiła artystę do portretu.

- No, ja też tak myślałem. A tak, to nam się to zaczyna całkowicie klarować. Ona, Carlota, już wtedy próbowała przejąć nad Zofią całkowitą kontrolę. Zobacz, po tym wybuchu, tej klątwie, już okoliczni ludzie bali się Zofii, została na łasce Carloty. Została więźniem we własnym domu, do którego Carlota sprowadza mistrza. Zaplanowała to doskonale! Chryste, jak ona musiała Zofię nienawidzić!

- Też tak myślę. Tylko powiedz, za co ona jej tak nienawidziła? Za to, że to ona była żoną Gerarda? Czy, że może ten Gerard w jakiś chory sposób kochał Zofię, nie ją?

- Myślę, że nienawidziła ją z czystej nienawiści. A może, że była po prostu tym Azazelem? Czy raczej nadal jest, bo przed chwila właśnie byłaś obiektem kuszenia siebie przez nią. Choć przedtem chciała kusić mnie. Wiesz, dlaczego rano rozciąłem sobie dłoń? Bo ona chciała mnie skusić swoim młodym ciałem, chciała mi ciebie w jakiś sposób obrzydzić.

Olejniczak zgasił znicz

Olejniczak zgasił znicz, że niby znowu mamy wybierać przyszłość.
Kolejna po Kwaśniewskim prymitywna, komusza mendoweszka chce budować przyszłość zupełnie tak, jakby mało nam tu było łotrzyków z Platformy Obywatelskiej razem z ich dziwaczną budowlą.
Znicz będzie gasiła łamaga! - cóż za medialne posunięcie. Oj, Wojtusiu, Wojtusiu!

Gwybownia napisała o tym pod tytułem ”Olejniczak ogłasza koniec żałoby po tragedii smoleńskiej”
Informuję cwaniaczków udających dziennikarzy w Wyborczej, że Olejniczak to sobie może nawet ogłaszać zagładę Japonii, byle tylko żaden Japończyk się o tym nie dowiedział..

Olejniczak, SLD – psie krwie!

Przy okazji, jeśli już o Smoleńsku, - Kłamstwa rządu i beznadziejne szarże bujdowatych dziennikarzy przekraczają już wszelkie granice. Cóż to za zakłamane i głupie towarzystwo!
To nawet nie jest śmieszne, bo z czego się tu śmiać, skoro jak nie kłamca to zdrajca. Takie wyczyny to mogą śmieszyć jaką ruską "caryczkę" nie obywatela Polski.

Ale, wykorzystując fakt, że większość obywateli jest kretynami w sprawach bezpośrednio ich nie dotyczących, oraz to, że tylko około 20% rozumie prosty komunikat ( informację ) medialna łobuzerka szaleje jakby ją kto ze stu chlewów wywarł.
Żadnego osła nie obchodzi, co będzie jutro czy pojutrze.
Po nich – rozumiem – choćby potop!

Olejniczak zgasił znicz a nędzne resztki Solidarności tkwią na publicznym ringu szczepione kłami. Jeśli mam być szczery, nawet starcie wieprza z lwem po jakimś czasie nudzi swoją powtarzalnością. ten go za grzywę, a tamten znowuż szynek szuka.

Mamy Prezydenta jakby żywcem wyjętego z humoresek Haszka.
Premiera i Rząd zakłamany do imentu i ostentacyjnie liżący Ruski tyłek, prawdopodobnie z powodu założonego tym śmiesznym pankom podwójnego radzieckiego "nelsona"

Mamy opozycję skoncentrowaną na swoim liderze, opozycję na dodatek rozwalaną od wewnątrz. Nie mamy za to wolnych mediów. Zamiast opinii publicznej słuchamy ryku wystraszonych kretynów, którzy najbardziej na całym świecie boją się wolności. Nic nie mamy poza dniem jutrzejszym. I dniem kolejnym, i kolejnym, i kolejnym.

Fajnie jest czytać, leżąc pod kołdrą o przyczynach upadku Rzeczpospolitej. O wrednych magnatach i rozbestwionej szlachcie. O upadku miast i chłopskiej niewoli. O bezrządzie, pustym skarbie i zagładzie polskiego oręża.

Fajnie jest czytać po 300 latach, z perspektywy dobrze poinformowanego cwaniaczka. Och, ach…ale należy pamiętać, że za kolejne 300 lat, jeśli się teraz nie obudzimy, nikt o naszych klęskach i sukcesach czytać nie będzie, bo takich, którzy posiedli trudną sztukę czytania i pisania, można będzie policzyć na palcach.

Olejniczak zgasił znicz. Sowiecki but na polskiej twarzy.
Ileż razy można ten sam błąd popełniać?

środa, 3 listopada 2010

Dom Elżbiety LXXVI


Elżbieta spojrzała pytająco na Piotra.

- Nie rozumiem, o co tu chodzi, nadal. Rozumiesz coś z tego?

- Wiesz – Piotr westchnął – Kanusia zapamiętała tylko to Eihwaz, ale mówiła, że tam były jeszcze jakieś symbole. Myślę, że to Eihwaz było odwrócone, myślę też…że to drzewo też ma znaczenie, wszak Zofię pochowała pod dębem. A ten portret jakoś zaczarowała, był jakby jej oczami, tak myślę.

- A dlaczego stracił moc? Skoro był zaczarowany, powinien być nadal. Powinniśmy zobaczyć tamte oczy? Skoro Kanusi się w ten sposób wyślizgnął, schował, powinien. – Upierała się Ela.

- Zobacz, Kanusia wyjęła go z ram, tamtą formułkę spaliła. A swoją drogą dziwne – zmienił temat Piotr – Dopiero sobie w tej chwili uzmysłowiłem, Zofia pisała w pamiętniku, że Carlota nigdy posiadła umiejętności sztuki pisania, pamiętasz?

- Tak, rzeczywiście. Myślisz, że to pisał ktoś inny?

- Nie wiem. Może ten mistrz? A może Carlota po prostu ją oszukała? A co do portretu, myślę też, że oddalenie od tego domu, też nie było bez znaczenia. No i w ramy został oprawiony poświęcony obraz.

- To się trzyma kupy – westchnęła Ela – dobra idziemy w końcu czytać dalej pamiętnik. Powinniśmy się w końcu dowiedzieć co się stało z Rachelą, Meyerem i tamtymi innymi dziewczynami.

Poszli do sypialni, trzymając się za ręce, to Ela wsunęła dłoń, w rękę Piotra. Chciała się poczuć choć chwilę bezpiecznie i rzeczywiście, chłodna dłoń Piotra wpłynęła na nią kojąco.

- To kto zaczyna? – Ciepły, niski głos Piotra w słabo oświetlonej sypialni zdawał rozganiać czający się mrok.

- Chyba ja – westchnęła Elżbieta, ale zapalmy wszystkie lampy.

- Jasne, już robi się szaro, a światło i tak by było potrzebne do czytania.

Elżbieta usiadła przy stoliku i zaczęła:

Carlota, po mojej deklaracji, że zgadam się na jej warunek, którego nie chciała mi zdradzić zapytała mnie tylko, czy wolę, by Ksawery przyszedł tu tylko, czy żeby podała mu jakąś miksturę. Odparłam prychnięciem…widać byłam naiwna i wierzyłam, że i on nadal o mnie myśli i śni, tak jak ja o nim. Kiedy Carlota poszła, szybko i to bez niczyjej pomocy włożyłam nową, jedwabną, białą sukienkę, którą zamówiłam sobie u krawca w Białymstoku. Włosy rozpuściłam by wydać mu się młodszą. Spojrzałam w zwierciadło i byłam zadowolona z mojego wyglądu.
Czekałam niecierpliwie, aż on przyjdzie, może sama się okłamując wierzyłam, że gdy mnie ujrzy, padnie przede mną na kolana? Zapewne, to od dawna było wizją mej wyobraźni. W końcu go ujrzałam, wszedł, bez słowa, skłonił się przesadnie. Dałam znać głową Carlocie, by wyszła. Chciałam być z nim sama. Przyglądałam mu się. Wyglądał inaczej, niż go zapamiętałam. Zniknęła z jego twarzy nutka melancholii, a zastąpił go jakiś upór. Twarz miał ogorzałą od słońca, a ramiona muskularne. Tamten Ksawery, był delikatny, ten silny, ale ten był mi jeszcze bardziej bliski i kochany. Choć spoglądał na mnie jakoś nieprzyjaźnie, aż drżałam ze szczęścia. Witaj Ksawery, powiedziałam. On znów skłonił się jakoś groteskowo i oficjalnie tylko powiedział coś w rodzaju, że wita wielmożną panią. Nic, nic poza tym. Zaczęłam więc sama, chcąc go ośmielić, że bardzo za nim tęskniłam, że cały czas go kocham, że marzyłam o tym, bym mogła go znów zobaczyć. Że bardzo bym chciała, że teraz to możliwe, byśmy byli razem. Co jeszcze mówiłam nie pamiętam, bo widziałam jak na jego twarzy, zamiast miłości rodziła się jakaś koszmarna pogarda. Z oczu popłynęły mi łzy, zaczęłam go prosić, błagać, by spojrzał na mnie, by ujrzał we mnie tamtą Zofię, którą przecież kiedyś kochał…

To był najstraszniejszy moment mojego życia, on mną wzgardził! Nawet na mnie nie spojrzał, a właściwie, patrzył na mnie, ale nie tak jak mężczyzna na kobietę, a jak człowiek na robaka, ohydnego, wstrętnego wijącego się robaka. Wreszcie powiedział, że jego Zofia umarła, a ja nawet nie jestem jej bladym odbiciem. Poza tym, ma żonę, którą bardzo kocha i syna. Powiedział jeszcze, że mimo iż jest człowiekiem ubogim, nie przyjmuję jałmużny i znoszonych ubrań. Tego co wypracują jego ręce starcza i dla niego i dla tych, którzy go naprawdę kochają.
Tak, porównał mnie do znoszonych ubrań, do zwykłego łachmana!
Potem odwrócił się na pięcie, spojrzałam na jego nogi, były obute w drewniaki! Bez słowa wyszedł zostawiając mnie we łzach i całkiem rozbitą. Wybiegłam za nim, prosząc by dał mi jeszcze chwilę, ale udawał, że mnie nie słyszy. Wtedy w złości, bólu, wykrzyczałam za nim, by nigdy więcej nie usłyszał od kobiety słów miłości, by był przeklęty wraz z tamtą, by jego synowie nie zaznali szczęścia z kobietą. Wtedy zobaczyłam uśmiechniętą Carlotę, stała przyczajona za kolumną ganku. Zapytała, czy rzeczywiście tego chcę? Powiedziałam: Jak niczego innego.

- A jednak, Kanusia miała rację, Zofia go przeklęła, ale klątwę rzuciła Carlota – zatryumfowała Ela

wtorek, 2 listopada 2010

poniedziałek, 1 listopada 2010

Dom Elżbiety LXXV



Gdy wrócili do domu, zajęli się najpierw podgrzaniem pierogów, bo tak naprawdę byli głodni. Od śniadania nic nie jedli, a dochodziła siódma wieczorem.

Gdy siedzieli przy stole kończąc, rzeczywiście wyśmienite pierogi Kanusi, przyglądając się nadal nie sprzątniętym naczyniom po wczorajszych lodach, kieliszkach z niedopitym winem…odczuwali jakąś przyczajoną grozę. Jakby coś, no, wiedzieli co, chciało ich za wszelką cenę rozdzielić, zniszczyć w nich te dopiero rozbudzone uczucia.

Nie odzywali się do siebie, jakby bojąc się, że to co wypowiedzą, może być użyte przeciw nim. W końcu Piotr wstał, zaczął zbierać naczynia ze stołu i wstawić do zlewu, jakby tym aktem chciał zagłuszyć tamte obawy.
Elżbieta chwyciła go za rękę – Ja to zrobię – powiedziała szeptem – a ty odpal kompa i sprawdzimy co oznacza to Eihwaz. OK.?

- Jasne, ale otworzę drzwi do kuchni jak szeroko i do biblioteki też. Chcę cię cały czas słyszeć, bo boję się o ciebie. Ten dom – gestem ręki omiótł kuchnię- zaczął mnie naprawdę przerażać.

- Jak chcesz – Ela nadal mówiła szeptem – za chwilę i tak przyjdę do biblioteki, nie mam zamiaru myć teraz tych naczyń, tylko je złożyć i wstawić do zlewu.

Kiwnął głową na zgodę i wyszedł otwierając jednak wszystkie drzwi na oścież. Słyszała jak wszedł do biblioteki, sama zaczęła się spieszyć, by jak najszybciej uporać się z naczyniami zalegającymi stół w kuchni.

I wtedy się to stało, drzwi z trzaskiem się zamknęły, aż posypał się tynk z futryn, rozdzielając ją z Piotrem. Potem koszmarny chichot, który aż wibrował w uszach. Ela złapała za klamkę od drzwi kuchennych, ale zamek nie chciał ustąpić, jakby coś trzymało te drzwi od zewnątrz. Słyszała krzyk Piotra, potem straciła przytomność ze strachu, bo poczuła znów wokół siebie tą nienawistną woń…

Usłyszała jak ktoś ją woła, a nie był to głos Piotra, bo wołała ją kobieta. Postać wyłoniła się z mgły, a ona sama była w ogrodzie. Nie mogła zrozumieć jak się tu znalazła, bo przecież przed chwilą dobijała się do drzwi kuchennych, chcąc je sforsować.

- Elżbieto! – Zawołała znów postać – choć wszystko ci pokaże i sama zdecydujesz która z nas jest potworem - i zachichotała znów. - Ja tylko byłam jej sługą – już teraz Ela była pewna stała przed nią Carlota. – Twoją sługą też być mogę, wystarczy tylko chcieć. Po co się tak męczysz? Ja nie jestem zła, ja spełniam tylko życzenia. – Znów się śmiała i wyciągnęła do Eli rękę, chcąc ją gdzieś zabrać.

- Odejdź! Precz! – Elżbieta drżała ze strachu. Carlota skrzywiła się na te słowa, jej twarzy dotychczas piękna, wydłużyła się i nabrała jakby zwierzęcych cech. Źrenice zwężyły się i nabrały żółtawego blasku. – Boże – jęknęła Ela – Boże bądź miłościw mnie grzesznej! Uchroń mnie przed nią. Ojcze nasz! Panie Boże Wszechmogący!- Wołała przerażona Elżbieta zaciskając powieki, by nie widzieć Carloty i jej dziwacznego przepoczwarzenia.

Wtedy nad sobą usłyszała głos Piotra.

- Elżbieto, nic ci nie jest? Boże jak się przeraziłem. – Przykucnął nad nią w kuchni, gdzie leżała. Wiec ten ogród, Carlota, to tylko były halucynacje wywołane utratą przytomności.

- Co się stało? – Zapytała, choć znała odpowiedź.- Przed chwilą była w ogrodzie i rozmawiałam z Carlotą, znaczy ona mówiła, kusiła mnie chyba…potem zaczęła się zmieniać, brr…jakby w jakieś zwierzę. Boję się Piotr, bardzo się boję.

- Ja też. Ale musimy teraz to doprowadzić do końca, za wszelką cenę, rozbudziliśmy to, więc musimy. Choć, komputer jest włączony, potem doczytamy pamiętnik Musimy to zrobić, dla nas, dla Zofii i Ksawerego, dla całej mojej i twojej rodziny. Rozumiesz?

Kiwnęła głową. Piotr wziął ją za rękę i pociągnął lekko w stronę biblioteki.

Wpisali w wyszukiwarkę Eihwaz i przeczytali:

Znaczenie wróżebne
1. pozycja naturalna
EIHWAZ zapowiada wstawiennictwo i pomoc ze strony ludzi, losu i czynników nadprzyrodzonych; obiecuje siłę ducha, chroniącą przed wszelkim niebezpieczeństwem; wróży głębokie, duchowe poznanie i niezachwianą wiarę.
2. pozycja odwrócona
Eihwaz w pozycji odwróconej wróży chaos, utratę kierunku, zamęt, błądzenie, poczucie niezadowolenia; oznacza osamotnienie, odmowę i brak pomocy; przestrzega przed niebezpieczeństwem, zbędnym ryzykiem, śmiercią.
Oraz, że oznacza cis. Ale może symbolizować jesion i dąb. Jest też symbolem przemiany.

niedziela, 31 października 2010

Wybory samorządowe w Golinie. Przykład idzie z góry!

Bez nazwisk kandydatów, bo te nazwiska nawet mi, Goliniakowi od 25 lat, poza nazwiskiem obecnego burmistrza niewiele mówią. Ruszyła kampania. Pojawiły się plakaty, plakaciki oraz plakaty wielkoformatowe. Pełno tego badziewia. Badziewia z którego nic nie wynika.
Próżno szukać jakichkolwiek konceptów, poza tymi żywcem ściągniętymi z wielkiej polityki.
Ba, żeby to były koncepty, ale to tylko marne, przeżute hasła.

Obecny burmistrz, władca trzech kadencji startuje pod oczywistym hasłem:

„ZAUFAJ DOŚWIADCZENIU!”

Na plakatach gęba jaką znam, tyle że wbrew zasadom „sztuki” osobliwie pogrubiona wobec oryginału. Poza hasłem, w tym przypadku jako jakiś tam stempel zostają chociaż te przeżyte pod jego jakim takim panowaniem lata. W sumie, jako mieszkaniec za to co było, mogę dać słabą trójkę. Dopuszczający.

Najaktywniejsza pod względem autoreklamy kontrkandydatka obecnego burmistrza ogłasza się pod równie oczywistym hasłem:

„CZAS NA ZMIANY”

Poza tym, że na plakatach zamiast nalanej buzi obecnego burmistrza widzę sympatyczną kobietę w okularach nie otrzymuję najmarniejszej nawet informacji o tych projektowanych zmianach. Można przecież przyjąć, że to co akurat dobre, kandydatka po swoim ewentualnym zwycięstwie, z uporem godnym lepszej sprawy, będzie zmieniała na gorsze? Na plakacie to jakbym Tusia w spódnicy widział!

Trzecim kandydatem jest facet, który zawsze występuje w wyborach i regularnie przegrywa z obecnym burmistrzem. Nim się pokłócili bywał jego zastępcą. Ten z kolei ma jakichś „pijarczyków” bo nawet wyprodukował swoją stronę internetową, gdzie zamiast programu można przeczytać jego szczegółowy życiorys. Nic osobliwego, poza tym, że na skutek jakiejś osobliwej amnezji zapomniał, że w czasach zdychającej komuny był milicjantem ( he he ) obywatelskim.
Jego hasło to:

„BLISKI LUDZKICH SPRAW, SKUTECZNY DLA GMINY!”

Raz, dwa, trzy i więcej nic! Tylko hasełka a ja się pytam, skąd to się wzięło? Czy nie można przyporządkować tych hasełek partiom politycznym, na których hucpę, lokalne wybory miały być odtrutką?

Gęby oklejające słupy.
Rozwieszone niczym przedwczorajsze pranie na kamienicach, wożone na przyczepach niczym reklamy sklepów z telewizorami.
Ani słowa wyjaśnienia więcej na czym maja polegać zmiany, co dobrego w doświadczeniu chaosu a co z kolei w tym, ze jakiś ananas ma być mi bliski?

Brakuje tylko by kandydat na burmistrza zaczął ględzić o miłości.
do wyborów jeszcze trzy tygodnie. Czy liczę na zmianę, na jakąś lokalna debatę?
Nie, na nic nie liczę!
Czy któryś z kandydatów może liczyć na mnie?
Odpowiedź jest chyba oczywista, na razie!

Adam Michnik i biedny szczeniak

Od wczorajszego wieczoru chodzi za mną Adam Michnik. Powinienem napisać „chodzi” ale nie chciałem zepsuć pierwszego zdania cudzysłowem. Zaczęło się od tego, że spotkałem na ulicy kandydata na burmistrza Goliny. Poinformowaliśmy się nawzajem o tym, że dzień jest dobry i nagle taka mnie jakaś prowincjonalna zazdrość złapała za gardło, że w takim małym miasteczku co najwyżej mogę się natknąć na kandydata na burmistrza, a byle jaki Warszawiak, musi uważać, gdzie spluwa albo gdzie wyrzuca puszkę po piwie, bo może trafić jakąś bardzo ważną i słynna osobę. I zaraz przyszedł mi do głowy pan Michnik.

Z tej rozpaczy chciałem nawet kupić Wyborczą, ale pani kioskarka wyszła akurat na pocztę.

Nie załamałem się tym i zacząłem kombinować w takim kierunku, żeby coś miłego napisać o panu Adamie, bo na prawicy mało jest ostatnio miłych tekstów na jego temat.

Być może dlatego, że moja Różyczka ciągle mnie zaczepia zimnym i mokrym nosem zacząłem szkicować umoralniającą powiastkę o przyjaźni pana redaktora ze znalezionym na ulicy biednym acz wesołym pieskiem.

W internecie nie znalazłem żadnych informacji, choć wpisywałem rozmaite sekwencje słów w wyszukiwarkę. Jak już mi się pokazał facet z psem na smyczy, okazał się Ludwikiem Dornem z nieodżałowaną Sabą na korytarzu sejmowym. Ale nic to, nie tak działa propaganda sympatii oraz miłości.

Opisałem ciemny, pochmurny warszawski wieczór i pana Adama wędrującego ulicami miasta. Mijającego bramy, banki, latarnie, przeskakującego kałuże i tak zamyślonego nad losem Polski jak tylko może być zamyślony myśliciel. Dodałem czerwony księżyc i pijaka rzygającego na trawniku.

I zamyślenie wielkiego człowieka zostaje nagle przerwane dziwnym popiskiwaniem. W kałuży drży i marudzi biedny szczeniak, pokolorowany na fioletowo – różowo przez migające neony wielkiego miasta. Mój bohater pochyla się i podnosi przerażonego malucha. Inny człowiek niezawodnie kopnąłby szczeniaka albo wyrzucił go do pobliskiego kosza, by nie śmiecił sobą na ulicy, ale pan Adam ma dobre serce. Zdejmuje szalik i starannie owija drżącego pisklaka.

Szczeniak czując emanujące od swojego wybawcy ciepło liże go pod dłoni ciepłym, chropawym języczkiem.

I tak dalej, i tak dalej!

Osuszony i nakarmiony, staje się ulubieńcem całej Redakcji. Przechodzi test sikania, prawidłowo wybierając z rozłożonych na podłodze gazet, gazety wraże i niemiłe jego nowym przyjaciołom.

Pomniejsze potrzeby fizjologiczne załatwia tylko na egzemplarzach Gazety Polskiej, a pierwszą kupkę ku radości zgromadzonych robi nie dość, że na piątkowym egzemplarzu Rzepy to dodatkowo, psim instynktem, jakby wyczuwając ludzkie życzenia, na tekście Krasnodębskiego. Redaktor Pacewicz z tego powodu pędzi do delikatesów po super – ultra delikatny psi serdelek.

To chłopiec, chłopiec! – Cieszą się panie z Wysokich Obcasów licząc na to, że być może okaże się gejem. Ileż w redakcji radości, śmiechu z powodu takiej skromnej istotki!

Piesek poszczekuje i macha ogonkiem. Pani redaktor Kublik, jako naprawdę szybka babka już kończy tekst o tym jak Prawdziwi Polacy traktują małe pieski, wyrzucając je do warszawskich kałuż.

Piszę, a co kwadrans muszę czyścić klawiaturę bo lukier skleja klawisze. Lukier mi skleja klawisze, ścieka różowymi stalaktytami z biurka.

Przestałem pisać. Nawet nie przez to ciągłe czyszczenie klawiatury. Oto dotarłem do sceny, gdy pan redaktor Michnik zabiera sprytnego pieska do domu i zaczyna dumać, jakie nadać mu imię?

Czy pies, nawet hodowany na Czerskiej może nazywać się „Aaaaa”? Co na to wyszczekają inne psy, że o suczkach nawet nie wspomnę?

Wykasowałem tekst i zamyśliłem się głęboko. Może lepiej przerobię, tak jak wcześniej planowałem, Robinsona Crusoe z Donaldem Tuskiem jako rozbitkiem i Schetyną jako Piętaszkiem. Przynajmniej wiadomo kogo obsadzić w rolach ludożerców a kogo w roli papugi Polly.