poniedziałek, 4 maja 2009

Archiwum o pośle Nitrasie 1- Chłopaki z SKL. Nitras pomawia a Rokita moralizuje - Bywa i tak!


Poseł Nitras dwa lata temu, aby poprzeć swojego partyjnego kolegę, pana Piotra Krzystka pomówił kandydatkę PiS, panią Teresę Lubińską o to, że jako minister finansów w rządzie PiS umorzyła długi prominentnemu działaczowi Samoobrony. Wszystko zostało już w sposób charakterystyczny dla naszych mediów i opinii publicznej zapomniane, przykryte stertami innych spraw innych, równie ciekawych i bulwersujących i byłaby jak to u nas mówią „z gęsi woda” gdyby nie sam Nitras, któremu zebrało się nagle na ekshibicjonizm i w wywiadzie udzielonym w Rzepie, pani Lichockiej powiedział tak:

„ gdy oskarżałem o to Lubińską, wiedziałem że to nie ona podejmowała decyzje i że potem będę musiał przepraszać. Ale efekt został osiągnięty – opowiada mi, a ja po raz pierwszy chyba słyszę tak szczere i tak cyniczne wyznanie działacza Platformy”

Tutaj jest ten słynny wywiad:

http://www.rp.pl/artykul/61991,199887_Delfin__na_dworze__Platformy.html

Teraz niestety zjeżdżamy na pobocze:

W tym wywiadzie wspomniano mimochodem o tym, że Nitras jako dwudziestokilkulatek został prezesem spółki „Kruszywa S.A.” Czytamy:

„Zatem Nitras mówi mi otwarcie, że jego pierwsza praca w biznesie była z czysto politycznego układu. Namówił go na nią Wiesław Walendziak – Chodziło o stanowisko prezesa koszalińskiej kopalni „Kruszywa SA” – opowiada Nitras. Był wtedy dyrektorem gabinetu wojewody koszalińskiego z AWS. W kamieniołomie po raz pierwszy na taką skalę pokazał swoją energię. – Wyprowadził ją na prostą i dobrze sprywatyzował – podkreśla Paweł Poncyljusz.

Nitras opowiada, że kopalnia była wówczas państwową firmą przynosząca straty i zarządzaną przez ludzi głęboko wrośniętych w PRL. Na kruszywie zarabiali pośrednicy, którzy kupowali po niskiej cenie surowiec z kopalni, a sami po kilkakrotnie wyższej sprzedawali na rynku. Do tego tajemnicą poliszynela było, że dosyć powszechnie kopalnię zwyczajnie okradano. Nitras w pierwszym tygodniu urzędowania wynajął firmę ochroniarską do pilnowania kopalni. Po tym pierwszym tygodniu zebrała się rada nadzorcza i go… odwołała. Wtedy jednak do ostatecznej dymisji potrzebna była decyzja ministra skarbu, a ten Nitrasa nie pozwolił usunąć. W ciągu roku wyciągnął przedsiębiorstwo na duży plus.

Po prywatyzacji kopalni Nitras jednak z firmy odszedł. Nowy inwestor, francuski koncern Lafarge, jak opowiada Nitras, nie dotrzymał dżentelmeńskiej umowy, jaką zawarł z młodym prezesem. Umowa przewidywała, że gdy urodzi się dziecko, którego spodziewała się jego żona, firma otworzy biuro w Szczecinie, żeby nie musiał pięciu dni w tygodniu spędzać poza domem. Kiedy jednak przyszło do spełnienia zobowiązania, Nitras usłyszał, że nie teraz, może za rok, bo w budżecie nie ma pieniędzy na otwarcie nowego biura. – Zirytowałem się – opowiada. – Umowa była ustna, ale takich umów też trzeba dotrzymywać! Uniosłem się honorem i zwolniłem z dnia na dzień ku rozpaczy żony”

Przepraszam, ale czy ktoś z PT czytelników zachował zdolność czytania ze zrozumieniem? Na wszelki wypadek przetłumaczę z polskiego na nasze!

Facet z politycznego nadania zostaje szefem państwowej spółki. Robi w niej porządek ( przynajmniej wedle jego słów ) – firma zaczyna zarabiać a wtedy pomaga opylić ją, czyli sprywatyzować. Opyla ją wraz z sobą jako Prezesem, a gdy nowy pracodawca nie chce spełnić jego specjalnych żądań – odchodzi.

Akurat tak się składa, że „Lafarge`a” znam z widzenia. Przy drodze do mojej firmy była przesypownia cementu „Kruszywa S.A.”

Gdy obok niej otworzyliśmy swój oddział, kupowaliśmy tam cement, bo wiadomo - wielkie remonty.

I nie było „zmiłuj” Trzeba było wystawać w kolejkach. W 21 wieku – drodzy Państwo!

Nastał „Lafarge” Najpierw zlikwidował sprzedaż detaliczną, potem hurtową. Przesypownia poszła na złom. Urządzenia pocięto i w firmie została waga samochodowa, stróże i dorodny wilczur biegający wzdłuż płotu.

Teraz, „nomen – omen” mieści się tam filia „Centrozłomu – któremu daj Boże zdrowie, bo dorodny wilczur jak biegał tak biega wzdłuż płotu i może nawet jest jeszcze bardziej dorodny niż kiedyś.

Tyle o „Lafarge” O losach kopalni kruszywa udanie sprywatyzowanej przez pana Nitrasa, też pewnie ktoś coś wie.

Przezabawny jest na stronie PO, opis kariery posła Nitrasa:

http://www.nitras.pl/kariera-zawodowa.html

Dla kogoś kto ma firmę, albo tak jak ja pracuje dla firmy na ostrym – konkurencyjnym rynku jest to tekst… no – napiszę, że od dzisiaj będzie to dla mnie tekst „kultowy”

Szczególnie polecam fragment:

Po odejściu z Lafarge`a pan poseł próbuje działalności biznesowej wykorzystując kontakty i wiedze nabytą u dotychczasowego, niewdzięcznego pracodawcy. No, ale właściciel czy tzw większy wspólnik nie daje rady - czytamy:

„ W pierwszej chwili myślałem, że wszystko skończone. Byłem przekonany, że nikt mi nie zaufa. Poczucie, że w branży ma się złą opinię to rzecz najgorsza jaka może przytrafić się w życiu zawodowym.

Trzeba jednak wierzyć w ludzi. Pomógł mi jeden z moich klientów – człowiek, od którego kupowałem kruszywa i który został oszukany na znaczną kwotę przez mojego szefa. Uznał jednak, że to nie moja wina. Zgodził się sprzedawać mi dalej, zabezpieczając się wekslem na moje mieszkanie i drastycznie skracając mi terminy płatności. Dzięki pożyczce mojego Taty i szwagra pojawiła się nadzieja. Nadzieja nie tylko na pracę, ale i na samodzielność. Udało się ją wykorzystać”

Niestety, ale muszę podzielić tekst. Jak na zwykły blog - tak czy tak nadużyłem Państwa cierpliwości. Wieczorem postaram się napisać i wkleić drugą część.

Zadam przy okazji kilka pytań i w zgodzie z tytułem będzie tam o Panu Rokicie – naszym czołowym moraliście. Szczerze przyznam, że chociaż wywiad z posłem Nitrasem czytałem w „Rzeczpospolitej” w oryginale ( ukłony dla Igora Janke ) to dopiero dzisiaj zauważyłem wątek związany z firmą „Lafarge” i nieco zboczyłem z głównego nurtu wywodu.

Wrócimy, wrócimy – panowie politycy!

niedziela, 3 maja 2009

Anonimom precz! Czy Chrobry ma szansę?


- Jeszcze raz. Kto to napisał? - Nie dosłyszałem. Panie Marianie, zamknij pan to okno, bo tramwaje hałasują! No pan! - Nie, że młody, tylko siedzi pan przy oknie. Dziękuję!

- Gall Anonim umieścił w swoich kronikach. Taki dawniejszy przebój.

- A, trzeba było tak od razu. Przypomniałem sobie teraz, że Czesław Niemen to śpiewał. Znaczy się ten anonim z lat sześćdziesiątych? Ale my tu poprawiamy średniowiecze.

- Z dwunastego wieku panie doktorze jest ten Anonim. Odleżał się w IPN..he he

- Aha, źródło anonimowe? Skoro anonimowe możemy wypierdolić!

- Niby tak, ale to bardzo znany Anonim i trzeba przez to przebrnąć!

- Taki, znaczy się, starodawny Zyzak?

- Proszę przestać. Proponuję się skoncentrować na zadaniu. Dla ułatwienia napiszę tekst na tej oto tablicy. Obiecuje, że nie będę piszczał kredą.

„Ojcom naszym wystarczały ryby słone i cuchnące,
My po świeże przybywamy, w oceanie pluskające!
Ojcom naszym wystarczało, jeśli grodów dobywali,
A nas burza nie odstarasza ni szum groźny morskiej fali.
Ojce nasi na jelenie urządzali polowanie,
A my skarby i potwory łowim, skryte w oceanie!”


- No i co? Tekst jak tekst. Czemu pan napisał „łowim” zamiast „łowimy”? Znaczy się, błędy mamy poprawić?

- Doktorze Klepka! O treść chodzi nie o żadne błędy. W dawnych czasach ludzie po prostu pisali z błędami i z tym się trzeba pogodzić. Nie było w tamtych czasach narzędzi do poprawiania błędów w wordzie! Co ja w ogóle mówię? W dwunastym wieku nie było nawet komputerów! Pani magister Mazgaj, bierzemy na tapetę pierwsze dwie linijki. Co my tu mamy?

„Ojcom naszym wystarczały ryby słone i cuchnące,
My po świeże przybywamy, w oceanie pluskające!”


- Sądzę, że jest to coś w rodzaju reklamy, której ostrze zwrócone jest przeciwko zjawisku handlu wielko powierzchniowego, czyli mówiąc potocznie: hipermarketom, a promujące zdrową ekologiczną żywność w postaci ryby złowionej przez rybaka w morzu.

- Po pierwsze - bez obrazy - ale nie naszą rolą jest zwalczanie wolnego handlu a tym bardziej negowanie słuszności kwot połowowych. Poza tym, nie chodzi o tłumaczenie tego anonimowego paszkwilu a naszą odpowiedź szkodliwym uroszczeniom Chrobrego wobec bałtyckich połowów prowadzonych bez uzgodnienia z dawniejszą UE, reprezentowaną przez Cesarza Rzeszy.

- To ja w zamian proponuję:
„Smaczne ryby kupujemy w sklepach zimnych i błyszczących
a limity połowowe są tak dobre jak pieniądze”


- Trochę to głupie, ale chociaż nie będzie drażnić z powodu braku tej całej floty. Jedziemy dalej!

- Teraz ja, ja mam!
„Zdobyć gród w wyborach można. Władzy sycić się fruktami
W Europie wrogów nie ma. Trza się liczyć z realiami!


- O! Doktorze Masło. To jest już lepsze. Jeszcze dwie linijki i Anonima mamy z głowy.

- „Jeleniami nam przodkowie, rykowiskiem Polska cała
Skarbem naszym Europa, a hołocie? – Wała!”


- Doktorze Masełko! Z pana to normalnie poeta! Teraz całość!

Smaczne ryby kupujemy w sklepach zimnych i błyszczących
a limity połowowe są tak dobre jak pieniądze
Zdobyć gród w wyborach można. Władzy sycić się fruktami
W Europie wrogów nie ma, trza się liczyć z realiami!
Jeleniami nam przodkowie, rykowiskiem Polska cała
Skarbem naszym Europa, a hołocie? – Wała!”


- Dobre! Nie tak dobre, jak mogło być, ale jako brudnopis przejdzie. Mam szwagra poetę, co nawet wiersze do podręczników przedszkolnych pisze to poprawi. Swoją drogą, tak czytając ten poprawiony tekst, odnoszę wrażenie, że ten Chrobry mógłby znowu zostać narodowym bohaterem! Trzeba tylko trochę nad nim popracować!

- I naśmiewał się z przodków!

- I słuchał dyrektyw Cesarza!

- Nepotyzm promował!

- Uległość wobec obcych potęg!

- Zdobył niby dostęp do Bałtyku, ale ograniczył łowienie ryb i budowanie statków!

- Dobrze robił!

- Mógłby być naszym patronem, ale czytam tutaj, że oślepił brata…

- Skoro miał brata, to odpada. Kijów zajął!

- Tym gorzej dla niego. W którym to wieku było?

- W dziesiątym – chyba. Sprawdzę tylko w „wiki” czy był liberałem czy nie? W każdym razie zalecam ostrożność, dopóki nie sprawdzę. Co mamy dalej? Bolesław Krzywousty?




( Notka zainspirowana tekstem Smoka5na Blogmediach )

sobota, 2 maja 2009

Jeszcze dwa zdjęcia...z tych starych




Na pierwszym to my, Jacek i Iwona, w dniu gdy się poznaliśmy. Byliśmy jak widać świadkami na ślubie naszych wspólnych znajomych...sami się na wzajem nie znając. To rok 85, dokładnie 1.06, taka, tak nasi znajomi brali ślub w dzień dziecka.

Drugie, to ja z naszą najstarszą córką Anią, mimo, że zdjęcie mało wyraźne, bardzo je lubię. to sierpień 86 roku, dokładnej daty nie pamiętam.

Przy sobocie zdjęcia z rodzinnego albumu



Mamy tutaj zdjęcie z roku 1930. Zygmunt Jarecki z Natalią ( jeszcze przed chwilą Bielecką ) Charakterystyczne dla Jareckich (24 lata) wysokie czoło i drobniutka - jak mówił - "moja muszka" Przypasował pewnie pradziadkowi jako wojak zawodowy. Pisałem kiedyś na blogu o moim dziadku i pewnie będę jeszcze pisał, bo mam o nim wiele do opowiedzenia. Fragment tekstu, który napisałem gdy zostałem dziadkiem. Dla znawców bloga. Ten groźny to jego teść!

"Być jak dziadek Jarecki"

Zostałem dziadkiem i w pierwszym, zabarwionym lekką paniką odruchu, uciekłem z Internetu, by przetrawić te nowy status, status dziadka! Swoją drogą, co to za beznadziejne słowo „status”! Dziadek to co innego, a jeszcze „dziadek Jarecki” – Jak to fajnie brzmi!

Zdarzało się, że z miłością wspominałem na blogu o moim własnym dziadku, Zygmuncie Jareckim, facecie – przedwojennym żołnierzu, który zaraził mnie dziwną miłością do książek, historii oraz do posiadania własnego zdania na każdy temat. Nie mam pojęcia, czy ja dostanę taką szansę, jaką dostał Zygmunt – przecież kumpel w „dziadowaniu”
Dziadek to i dziadek tamto… a teraz, jeśli ktoś gdzieś wspomni o dziadku Jareckim, będzie miał mnie na myśli. O Cholera!





Tutaj dziadek z blogerem Jareckim na kolanach. Dziadek zmarł w Wigilię 1973 roku. Mecz na Wembley zdążyliśmy jeszcze obejrzeć razem i chyba nigdy nie byłem tak bliski dostania od dziadka po tyłku. Kibicowałem Anglikom. Kibicowałem z pełnym przekonaniem i nie była to żadna fanaberia dziesięciolatka. Okres angielski miałem i tyle!

To zdjęcie poniżej. Hej, to jest pamiątka sportowa i bardzo golińska. Na tej fotce jest mój śp. Teść jako - uwaga - czołowy gracz drużyny koszykarskiej LZS Polonia Golina! Tak, mili państwo - dopóki nie przeniesiono takich gier, jak kosz czy siatka do hal sportowych, zespoły z małych miasteczek grywały w okręgowych ligach. Tata Iwony siedzi - pierwszy po prawej. Był najniższy w drużynie ale nieźle rozgrywał. Oczywiście grywał też w nogę. Sportowcy ówcześni byli bardziej ...no tacy wielobranżowi. Później, jako kibic wyróżnił się poza kibicowaniem - nabiciem sędziego, bo nie lubił krętactwa.
Stanisław Grzegorek - niestety nie zdążyłem go już poznać.





A tutaj moi rodzice. Jadwiga i Jerzy. Spłodzili Jacka i zostawiwszy go dziadkowi na kolanach poszli się bezczelnie bawić w Sylwestra 1963/1964. A Gomuła sobie rządził jak jakiś byk!

Gwałt gwałtem...Gwałtu, rety!


Pan Skalski nasmarował tekst, przez jednych przyjęty jako postkomusza agitka, przez innych zaś jako coś w rodzaju wykładni, jak policja powinna postępować wobec tych brzydkich, ach, jakich brzydkich demonstrantów.
Pan Skalski „wystawia policję” i jego dobra racja wspierać i chwalić jej poczynania, ale z kolei jego adwersarze też wystawiają policję i mają prawo policji, choćby werbalnie dowalać, nie odpuszczając przy okazji rządowi, odpowiedzialnemu za tejże policji poczynania.

Wszystko przez to, że ni cholery nie jesteśmy prawdziwymi Europejczykami. Gdybyśmy byli, gdyby byli nimi przywódcy związkowi oraz protestujący, nasz odważny premier musiałby pewnie wraz ze swoimi gośćmi wiać w spokojniejsze miejsce. Ale Polacy, Polacy to ludzie łagodni, nieśmiali i pełni kompleksów. Polakom nie wypada, bo mają etos i patos, i niech ktoś napisze, że nie. Ludzie jakoś nie potrafią załapać, do jakiego stopnia są „dymani” przez polityków, stąd nawet ich gniew jest tylko pomrukiem. Jakby niedźwiedź w gawrze przez sen mruczał, przespawszy początek wiosny.

Opony podpalić, pokrzyczeć i postukać się z policją przez mur tarcz. Żadnego dowodzenia akcją, żadnej taktyki, żadnego porozumienia, szukania sprzymierzeńców. Tragedia!
Albo się robi pokojową i śpiewając pieśni patriotyczne, tudzież słuchając cierpliwie przemówień pod czujnym okiem władzy spokojnie się demonstruje, albo się jedzie dymić. A jeśli to drugie, trzeba być przygotowanym nie tylko na branie po dupie, ale i na po dupie dawanie.

U nas wygląda to tak, że się wyprowadza ludzi na ulicę, podpuszcza się ich by na koniec biadolić, że nas, pokojowo usposobionych demonstrantów zmasakrowało współczesne zomo.
Leją was, szanowni i lać będą dopóki będziecie wszystko robić na „pół gwizdka” Tak się po prostu nie da! Że policja prowokowała? Pewnie prawda. Ma policja swoją taktykę i jakieś minimalne umiejętności też posiadać raczy.

Flegmatyczni Angole przy okazji demonstracji próbowali sfajczyć Bank Anglii, Francja dymiła i lewica szła razem z FN a populizm zgarniał z ulic niezadowolonych w masowych demonstracjach. U nas ważenie racji i słusznie napisał pan Skalski, że dla przybyłych z zachodu ancymonów, widok naszej zadymy raczej był śmieszny niż tragiczny.
A śmieszność, mili czytelnicy – nie ma nic gorszego, jeśli chodzi o próbę podjęcia walki o swoje.

Może nam się to cholernie nie podobać, ale jesteśmy jako społeczeństwo daleko w tyle za Europą. Tam się jakoś nikt nie wstydzi dochodzić swoich praw. Nie ważne czy w słusznej sprawie czy nie. Nieważne czy nazwiemy ich komuchami czy skrajnymi prawicowcami. Będą się o swoje prawa tłukli, i nic ich nie obchodzi, co ktoś sobie o nich myśli, albo czy dla gospodarki państwa ich żądania są korzystne czy wręcz przeciwnie.

Nasi politycy, prowadzący tak skrajnie pacyfistyczny naród jak nasz, pół swojego dnia zamiast na rautach, powinni spędzać na klęczkach, modły dziękczynne zanosząc do Najwyższego, że mają tak osobliwe szczęście.
Dopóki ludzie się nie zorientują, że są tymi całymi Europejczykami, czego sobie i wszystkim państwu życzę!

( Ilustracja - Jarema pod Beresteczkiem )

Opowiadanie część III


Gdy wszedł do pokoju od razu skierował się do kąta z regałem…no i tam były drzwi, przesuwane, oklejone tą samą tapetą co ściana, to dlatego ich wcześniej nie zauważył.
Co prawda nie posiadały klamki, zapewne były nieużywane, ale tamtej nocy ona tych drzwi użyła przez sen. Zastanawiał się, czemu, czy zawsze tak się działo, czy…to było jakoś sterowane.
Usiadł i zaczął nad tym rozmyślać…oparł głowę o poduszkę, tak, zmęczenie dawało mu się we znaki, wczorajszy dzień, potem ta noc…nawet nie zauważył kiedy zasnął.

Obudził się, gdy się zmierzchało…obok na stoliku stała taca ze szklanką mleka i drożdżówką, była też kartka….

Panie Karolu

Nie chciałam Pana budzić, zostawiam podwieczorek na stoliku, gdyby Pan wolał gorące mleko, wystarczy podgrzać w mikrofalówce. Będę około ósmej wybaczy Pan, że wyszłam podczas Pana snu, ale miałam umówioną wizytę.
Weszłam do Pana przez sekretne drzwi…nigdy tego nie robię, ale pukanie nic nie pomogło…

Magda

Spojrzał na zegarek, dochodziła ósma, czyli za chwilę ona wróci, szybko wstał i poszedł przemyć twarz w zimnej wodzie. Nie był głodny, raczej nie pijał mleka…choć drożdżówka wyglądała apetycznie, ugryzł, była bardzo smaczna, chyba nigdy tak dobrej nie jadł.
Kiedy dojadał już końcówkę usłyszał, że otwierają się drzwi.

Szybko wziął tacę i poszedł do kuchni…stała tam w promieniach zachodzącego słońca tyłem do drzwi, sukienka pięknie podkreślała jej drobną figurę, pomyślał, że wygląda zjawiskowo, coś było w tych oknach, albo w niej. Nie mógł na razie tego zrozumieć, ale coś w nim narastało i oprócz zachwytu był też niepokój.
Odwróciła się, na jej twarzy malowało się zadowolenie, chyba wiedziała, że ją obserwuje.
- Dobry wieczór – powiedział – dziękuję za pyszny podwieczorek i przepraszam, że tak zasnąłem po południu.

- Dobry wieczór, to ja przepraszam, że pana zostawiłam, ale byłam umówiona, wie pan, byłam kiedyś pielęgniarką i do dziś robię zastrzyki całej wsi.

- Była pani?

- Tak, teraz już właściwie nie wykonuje zawodu, ale tu nie raz mnie potrzebują…rozumie pan. A ja dorabiam sobie prę złotych. Ale już zabieram się za kolację, na pewno pan głodny…

-Wie pani, Magdo, nie się pani nie spieszy, wcale nie chce mi się jeść, a poza tym, chciałbym z panią porozmawiać.

- O czym?

- Na przykład o pani, jest pani interesującą, samotną, młodą kobietą.
Uśmiechnęła się, ale nie szczerze, jakby chciała coś ukryć.

- Nie jestem specjalnie interesująca do konwersacji, tak się mi w życiu złożyło, że…nie ważne, pewnie i tak już ktoś pana przede mną ostrzegał.

-Ostrzegał? Żartuje pani?

- A nie? Nikt pani nie powiedział, że jestem czarownicą, że mój mąż zniknął po dwóch latach w niewyjaśnionych okolicznościach, że urodziłam dwoje martwych dzieci!- jej twarz zachmurzyła się – że jeden z lokatorów, letników umarł tu na zawał.

-Niech mi pani wybaczy, nie wiedziałem, przepraszam za moje wścibstwo, na pewno nie było pani lekko.
Uśmiechnęła się, choć nie do końca rozpogodziła, może chciała jeszcze coś powiedzieć, ale nagle energicznie odwróciła się do lodówki i zaczęła wyciągać produkty na kolację.
A on stał…i nie wiedział, czy ma coś jeszcze powiedzieć, czy raczej milczeć. Stał tam jeszcze i już miał się wycofać, gdy nagle się odezwała…

- Wie pan, nadal na niego czekam, choć to drugie dziecko…ono już nie było jego, miałam przelotny romans…ale chyba coś ze mną jest nie tak, bo dzieci rodziły się martwe.

- I co, przejmuje się pani gadaniem ludzkim? Co roku giną ludzie bez wieści, a dzieci…przykro mi, czasem się tak zdarza. Jest pani interesującą kobietą, zapewne inni tego pani zazdroszczą, stąd plotki, a jeszcze wynajmuje pani pokoje, to mała społeczność, a pani jednak nie jest ich. Sam jestem na rozdrożu, moja żona ode mnie odeszła, córki uważają mnie za potwora, choć nigdy nie zrobiłem im krzywdy.- Nawet nie zauważył, kiedy zaczął jej pomagać przy kolacji, robił to machinalnie i kiedy usiedli już przy stole ona zapytała…

- Czemu żona od pana odeszła? Jeśli to zbyt osobiste, niech pan nie odpowiada – szybko się dodała.

- Nie, czemu osobiste, odeszła, bo od czterech lat miała kochanka, mojego przyjaciela…ja o tym wiedziałem, tylko myślałem, że…że ona, rozumie pani, że się opamięta, przymykałem na to oczy, bo chciałem, by dziewczynki miały oboje rodziców, no i wszystko obróciło się przeciw mnie. Ona zabrała dzieci, jeszcze je przeciw mnie nastawiła, że to ja jestem wszystkiemu winien, a one….one są młode i widzą tylko powierzchnię, a fakt jest taki, że to ona była z nimi cały czas, a mnie w domu było bardzo mało, bo pracowałem, by miały wszystko, by nigdy niczego im nie brakło. Wiem, to moja wina. Powinienem zareagować, a ja…no i straciłem wszystko.

Uśmiechnęła się, tak jakoś czulej.

-Mój mąż był lekarzem, ja pielęgniarką, przyjechaliśmy tu bo dostaliśmy w miasteczku pracę, mieliśmy trochę pieniędzy i kupiliśmy ten dom, był bardzo zrujnowany, ale zaczęliśmy go remontować, bo zachwyciła nas ta wioska, nawet śmialiśmy się, że otworzymy ośrodek wypoczynkowy jak uporamy się z remontem. Dopiero w trzecim miesiącu ciąży zorientowałam się, że w niej jestem, byliśmy tak zajęci pracą, tym domem…dostałam ostrzeżenie, że ciąża jest zagrożona, no ale byłam mądrzejsza, no i skończyło się jak skończyło. Mąż stał się mniej czuły, czasem nie wracał do domu na noc, ale tłumaczyłam sobie, że to przejściowe, potem zniknął, zgłosiłam na policję zaginięcie, wynajęłam nawet detektywa, ale zniknął jak kamfora, jakby nie istniał. To z tym detektywem miałam potem krótki romans…no i drugą martwą ciążę. Straciłam pracę w Ośrodku Zdrowia, bo szukałam go też na własną rękę, no i wtedy wpadałam na pomysł wynajmowania tej części domu, który już wyremontowaliśmy, choć nie do końca, drzwi, które zakleiliśmy tapetą miały być zamurowane, no ale nikt o nich nie wie prócz pana, bo dziś przez nie weszłam, by zanieść panu podwieczorek, ale naprawdę nigdy z nich nie korzystam, przepraszam, że się w ten sposób do pana włamałam.

-Pani Magdo, naprawdę te drzwi mi nie przeszkadzają…i dziękuję za zaufanie, bo to ja mógłbym z nich skorzystać, nie pomyślała pani o tym?

piątek, 1 maja 2009

Major2 - Autorytety takie i owakie


Być autorytetem nie jest wcale łatwo, a już szczególnie moralnym. Rację ma Major, że taki autorytet często bywa wyszydzany, gdyż okazuje się, że nie dla wszystkich jego gwiazda świeci jednakowym blaskiem.

A już szczególnie na tej, jak wywodzi autor „przaśnej agorze” czy jak chce Janicki "bazarze" ( ciekawe czy jako naczelny, czytuje ten swój Wprost?) gdzie dopiero nieśmiało stawiają pierwsze kroki wydawcy koncesji na niepodważalną wielkość.
Wiem, że bolesny jest brak odpowiednich sankcji a także kodeksowych zapisów broniących tych największych przed blogerską dziczą, ale unifikatorzy zbiorowej wyobraźni muszą jeszcze trochę popracować nad zamknięciem naszego bazaru.

No, ale swoją drogą, jak bez śmiechu, wytrzymać Jacka Kuronia jako autorytet moralny? W ogóle ta kategoria to bardzo dziwny wynalazek w czasach dominującego moralnego relatywizmu.
Taka, jakby za całokształt.

Zresztą autorytety dzisiaj są budowane nieco na siłę przez inne podrzędne, często samozwańcze autorytety w przytomności niechętnej, znudzonej tym bałwochwalstwem publiczności.

Major zagaił o potrzebie hierarchii w tej dziedzinie i to jest oczywiste. Tyle tylko, że kreujące autorytety media, jednocześnie tę hierarchię w sposób oczywisty same zaburzają, by potem wrzeszczeć, że lud blogerski ich kreacje odrzuca, nadmuchane lale szpilami ekscytuje i dopuszcza się rozmaitych bezeceństw, za nic mając przygotowaną do podziwiania hierarchię.

Za to w poważnym, mainstreamowym świecie, autorytetem pouczającym przywódców świata jest podstarzały dureń z gitarą, a jego kabotyńskie wywody daje się do podziwiania wszem i wobec.

Jak zweryfikować giełdową wiedzę Trystero – martwi się Major. Faktycznie. Nie ma to jak uznany autorytet w rodzaju Greenspana, czy z naszego podwórka redaktora polskiej edycji FT, którego analizy towarzyszyły na drugiej stronie Dziennika narastaniu giełdowej zapaści kilka miesięcy temu. Fajnie by wyglądał inwestor biorący je za dobrą monetę. A czyż nie jest to najprawdziwszy gazetowy autorytet?

W ten sposób stoczyliśmy się na niższy poziom, gdzie wobec blogerów jako autorytety występują po prostu ludzie znani z mediów. Inaczej - ludzie, którym się płaci za publikowanie w takiej czy innej formie swoich przemyśleń.

To już potężna dewaluacja pojęcia autorytetu, choć jak powiada starodawna mądrość „każda potwora znajdzie amatora” I tutaj znajduje się chyba klucz, jak pięknie mawiał wielki kombinator Ostap Bender – „klucz do mieszkania gdzie leżą pieniądze”

Choćby nie wiem jak wywijać sztandarami, odwracać kota ogonem, głównym powodem obrony autorytetów, pilnowania ich czci oraz prób zamykania gęby tym, którzy jakoś się nie kwapią do aplauzu jest kasa. Miejsca przy niej są zajęte i będą bronione wszelkimi możliwymi a nawet niemożliwymi sposobami.

Dlatego ponawiane są próby zamknięcia politycznemu internetowi pyska, póki jest mały i słaby bo diabli wiedzą co może wyrosnąć jak się nie będzie przycinać, wiązać gałązek. Ma byc drzewko bonzai ale jak się nie przypilnuje może być i banzai!

Nie trzeba być specjalnie bystry żeby zauważyć związek między stratami, na jakie narażone są gwiazdeczki z królestwa rozrywki powodowane przez tak zwanych piratów sieciowych, z potencjalnymi stratami, na jakie narażony jest rynek opinii.

Bo to jest też rynek. I to też jest mieszkanie gdzie leżą pieniądze, a nawet więcej niż pieniądze, bo władza. W tym przypadku problem jakiegoś siuśmajtka, którego płytę zgrał sobie z netu jakiś koleś nie jest problemem godnym wzruszenia ramion.

Próbuje się zaklajstrować dziurę póki dziura jest mała na wszystkie możliwe sposby, także przez dręczenie blogowego pospólstwa niechcianymi autorytetami. Nie bardzo to idzie i nadchodzi czas regulacji prawnych.

Potrzebne są też do tego autorytety, które wytłumaczą ludziom, że to oczywiście dla ich dobra.
Reszta będzie milczeniem.