piątek, 5 czerwca 2009

Opowiadanie cześć XVIII



Było około trzeciej po południu, a wiadomo niedzielne popołudnia w tak małych miejscowościach, to czas relaksu, czyli siedzenie przed domem na ławeczkach, lub spacerki po głównej ulicy.
Wszyscy wokół się im kłaniali, w końcu szedł lekarz, nauczycielka i…no właśnie Karol, który zamieszkał w domu u Magdy, a ona wylądowała z ciężkim pobiciem w szpitalu.


Szepty, uśmiechy i ciekawość towarzyszyła im całą drogę, wreszcie Jurek się odezwał.

- Wiecie co, wzbudzamy zbyt wiele sensacji, chyba nie powinniśmy teraz iść do domu Magdy, wszystkie oczy miasteczka są na nas skierowane, czy nie lepiej odłożyć to do wieczora? Poprosimy Alę, by została z dzieciakami i wieczorem, a może nawet w nocy zakradnijmy się tu, bez tej niezdrowej sensacji, co?

- To samo pomyślałem- odezwał się Karol,- zwłaszcza, że już niektórzy chyba podejrzewają mnie o skatowanie Magdy. Tylko jak się teraz wycofać nie wzbudzając znów podejrzeń?

- Ja wiem – odezwała się Agnieszka – po prostu idziemy na spacer do parku, na końcu tej ulicy jest do niego wejście, pokręcimy się tam trochę i wrócimy. Wiesz, niby się tobą zaopiekowaliśmy, więc pokazujemy ci okolicę.

Skierowali się w stronę parku. Park rzeczywiście był piękny i w głębi duszy Karol się dziwił, czemu mu Magda o nim nie wspomniała. Takie parki nazywa się krajobrazowymi, w otoczeniu wierzb płaczących czaiły się stawy, alejki wytyczone ale bez cementu, czyli naturalne. Dalej skarpa, naturalne zejście z niej, a tam staw okrągły pośrodku z wysepką, wszystko otoczone drzewami i krzewami. Po stawach pływają łabędzie i kaczki. Kamienne ławeczki z drewnianym siedziskiem zapraszają do usiedzenia. Dalej piękny dworek, odrestaurowany z pięknym tarasem. Nie mógł wyjść z podziwu nad pięknem tego parku.

- Macie naprawdę śliczny park, aż mnie dziwi, że tu nie byłem. A co znajduje się w tym dworku?

- Wiesz, my go nazywamy „pałacyk” – zaśmiała się Aga –a mieści się tu przedszkole, widzisz obok jest plac zabaw dla dzieci.

- Rozumiem, ale szkoda…można by tu zrobić taką replikę dworku ziemiańskiego, prawda?

- Wiesz, przedszkole jest potrzebne w gminie, a tu był lokal w sam raz, gdy wyremontowali go po Ruskach, bo przedtem tu oni stacjonowali i park tak pięknie nie wyglądał, wokół „pałacyku” stał cementowych parkan na dwa metry, a nad nim drut kolczasty. Wyobrażasz sobie?

- O kurcze! Nie wiedziałem, fakt nie było tu wtedy zbyt pięknie.

- Wracamy? – zapytał się Jurek – lekko chyba znudzony ich rozmową.

- Tak, możemy - odpowiedzieli i Karol i Aga.

Gdy potem wieczorem siedzieli w kuchni i szykowali się do myszkowania po domu Magdy, Karol poznał siostrę Agi, Alę. Była to urocza dziewczyna o wciąż roześmianych oczach, była podobna do Agnieszki, ale bardzo szczupła i w odróżnieniu od niej rudowłosej, była blondynką, chyba farbowaną. Zadawała też masę pytań jak Kasia, a oni dawali jej dość wymijające odpowiedzi. Wreszcie Ala poszła do Kasi, która ją wołała, a oni jak rasowi detektywi wyruszyli na poszukiwanie prawdy.

Gdy byli już przy domu, wydawało im się że w środku przez moment ujrzeli smugę światła, ale mogło to być tylko odbicie, na przykład reflektora samochodowego. Weszli na podwórko i skierowali się za dom, bo wejść tylnymi drzwiami. Zachowywali się bardzo cicho, a serca waliły im jak młoty i przełykali ślinę bo zrobiło im się bardzo sucho w ustach. Gdy stanęli przed drzwiami Karol odruchowo nacisnął klamkę…drzwi ustąpiły!


Spojrzeli na siebie, byli bardziej zdziwieni, niż przerażeni, każdy w myślach chyba zadawał sobie pytanie, kto otworzył drzwi i czy ktoś jest w środku.
Po cichu wślizgnęli się do wnętrza…nagle dom jakby ożył, skrzypienie podłogi było…przynajmniej im się tak wydawało straszliwie głośne. Ostrożnie przeszli kuchnię, bo to do nich prowadziły drzwi od strony ogrodu i znaleźli się w korytarzyku.

Jurek zapalił latarkę i okrył strumień światła ręką, by snop opadł tylko na podłogę.

- Otwieramy piwnice? – Zapytał szeptem.

- Nie teraz, najpierw sprawdzimy kto tu jest.- powiedział Karol i skierował się w stronę pokoju Magdy, gdy nagle rozbłysło światło. Wszyscy podskoczyli przerażeni, gdy zza ich pleców odezwał się głos.

- Jurek? Agnieszka? Co wy tu robicie?

Za nimi stał mężczyzna około 40 lat. Karol przyjrzał mu się, widział go po raz pierwszy, ale w jego wyglądzie było coś…nie umiał tego sobie wytłumaczyć, to coś, jakby go gdzieś już widział.
Facet wyglądał na zadbanego czterdziestolatka, z burzą blond włosów na głowie na skroniach lekko siwawych….”to było coś w oczach „pomyślał, gdy Jurek wykrzyknął.

- Paweł? Jak się tu dostałeś i kiedyś przyjechał? Agnieszka mówiła, żeś wczoraj dzwonił i nic nie mówiłeś o przyjeździe. Spojrzał na żonę, stała równie zaskoczona jak Jurek, a w jej oczach czaił się jakiś lęk.

- Witaj Pawle – wycedziła – czemuś nic nie mówił, ze przyjedziesz?

- Zaraz, zaraz moi drodzy, po kolei – uśmiechał się Paweł. – My chyba się nie znamy? – Zwrócił się do Karola – Jestem Paweł, przyjaciel domu tego – tu zrobił krąg pokazując mieszkanie – i tych tu zacnych osób- skierował wzrok na Jurka i Agę.

- Karol – odpowiedział zdawkowo.

Jurek i Aga opowiedzieli Pawłowi co się zdarzyło, a w tym czasie Karol przyglądał się Pawłowi, nie mógł dojść, skąd u niego poczucie że już go gdzieś widział.

Paweł ze swej strony opowiedział o Januszu, o tym jaki był…tak powiedział BYŁ z niego drań i że powinni zobaczyć co jest w piwnicy. Agnieszka miała pozostać na górze, pilnować by nikt ich nie zamknął, a oni zeszli na dół. Karola denerwowało, że Paweł przejął jakby przywództwo, a Jurek z Agą szybko mu się podporządkowali, w ogóle drażnił go ten facet, który nawet się nie zająknął jak tu wszedł, skąd się wziął, a oni mu tak zaufali.

CDN...

czwartek, 4 czerwca 2009

Rozmowa na dwudziestolecie








Zobacz pan jak radziecki biskup klaszcze
Czapeczka mu się zsuwa. Wiadoma sprawa
Na pochyłe drzewo nawet koza wlezie!
A co dopiero taka bezpieka - Panie!

O czym tu gadać. Pan spojrzy na Wielkiego
Przecież to debil. Chwalą to podskakuje z radości
Panie kochany, nie da się inaczej – to są orki
No, takie jakby drapieżne delfiny. Film był.

Spójrz pan na harcerzyków – świeczki na torcie
Kanibale się oblizują. Widziałeś pan jak idą siadać?
Idą jak dziady, byle do krzesła, byle
Panie, skąd w ogóle taki pysk mieć można?

Żona mi mówiła, że to jest dziedziczne
Wielkie mi tam mecyje – Same powtórki
W telewizji – Panie kochany. Takie czasy.
I mówią, że wolność, ale co to za wolność – Panie!

Klasa – mówią – polityczna, a ja widzę mafię
W Superaku piszą, że mafia rządzi – Panie!
Lepiej było za króla, bo wiadomo – Król to król
A to hołysze – Panie - Skąd można taką gębę wytrzasnąć?

Nie machaj pan ręką. Ja stróż jestem i wiem – Panie!
Znam swoje miejsce, a oni? Zębami zgrzyta, bo gwiżdżą
Niech się cieszy, że gwiżdżą. Ja wiem, że rocznica
Toteż pilnuję bramy, bo zaszczają jak nic

Ja swoje wiem – Panie! Niby elita a jak się mineralnej
Opije jeden z drugim jak świnia, a złotówki żal.
Nie mam drobnych – powiada – Panie! Dwadzieścia lat
Nie w kij dmuchał. Młody byłem. Naiwny.

Zobacz pan tutaj. Ten z wąsami to ja – Teraz niemodne
Tu Gwiazda a ten tyłem – Panie – Wnuk mi mówi
Głupi jesteś dziadek jak but, a ja teraz sam nie wiem.
Może i głupi byłem, ale zmądrzałem. Samo życie – Panie!

To życie mi się kończy i chciałbym doczekać, chociaż
Pan nie zrozumie. Ogląda pan filmy? W filmach – Panie
Są takie zwroty akcji – Wyleciało mi z pamięci
Ale zobacz pan, jakie mordy. Nawet z daleka strach patrzeć

A co dopiero….

Dwudziestoletnia

Miała przyjechać na białym koniu, a przyjechała na rowerze składaku, piszczącym pod ciężarem bagażu, który wiozła na plecach. Mogła przyjechać naga jak Godiva, albo z jasnym mieczem w dłoni, wśród trąb bojowych i jęku cięciw miotających pociski.

Ale mimo wszystko, dobrze, że dotarła bo cholernie długo na nią czekaliśmy. Gdy rozpakowała swoje toboły niektórym z nas zrzedły miny. Bóg jeden wie, czego się spodziewaliśmy?
Na pewno nie paciorków, szklanych koralików i dziwacznych totemów jedynie słusznej racji.

- Ha ha ha – zaśmiała się trochę wulgarnie a podczas gdy zżymaliśmy się i po kątach zaczęliśmy wymieniać kąśliwe uwagi, ku naszemu zdziwieniu wiara rozdrapała te paciorki co do jednego. Podzielono też rower.
Jeden niesie kierownice, inny koło bez szprych, bo i na pojedyncze szprychy znaleźli się amatorzy.

- Mam siodełko! Mam siodełko! – drze się ktoś nieprzytomnie i aż z tej radości tańczy, nie pomny tego, że nie wedle rangi bierze. Oj, daleko na tym siodełku nie zajedzie.
Gdy już się nacieszyli łupami, ktoś przytomnie zauważył, że w demokracji najważniejsza jest pompka.

- Kto zabrał pompkę? Kto zabrał pompkę? – słychać zewsząd.

Pan Michnik tylko się śmieje i loczek na czole sobie paluszkiem urabia.

Tak wyszło i nie ma co dramatyzować. Nie jest prawdą, że przed dwudziestu laty w lokalach wyborczych okna były zasłonięte czarnymi firankami, że głosy wrzucało się do trumien na których płonęły czarne świece.
Nie, to był całkiem dziarski dzień. Nie to co dzisiaj. Gdy wracałem rano do domu, zrywałem z drzew zieloniutkie listki, ot tak z pustoty. Gołębie wołały „cukru, cukru” Świat się śmiał jak w ruskiej komedii. Ciężko było wychwycić nutkę szyderstwa w tym śmiechu.

Potem w polityce nadeszły lata wstydu i zażenowania, zaciskania zębów i zgadywania czyje zdrowie w czyje gardło będzie wlewane. Czas matołka i jego cwaniaków. Potem dziesięciolecie pustego zetempowca. Jego urok – na psa urok! Oby nigdy więcej!

Nie narzekam. To już historia i żadne gadanie tego nie zmieni. Nie chcę mi się rozstrzygać czy przyczynił się do tego nasz narodowy pacyfizm, lęk przed prawdą, brak wyczucia formy czy autoironii. Nie wiem, być może coś całkiem innego.

Dwadzieścia lat to już dojrzałość. Może czas by odpowiedzieć sobie na trzy podstawowe pytania. Wiem, że wielu wypowiedziało się już w moim imieniu, ale taki się zrobiłem dziki, że już im nie ufam. Nie lubię gdy ktoś odpowiada za mnie i nie sądzę, żebyście wy to lubili.
Patrząc wstecz na to dwudziestolecie pełne politycznych emocji, słownych potyczek i zaskakujących zmian społecznych sympatii, czas odpowiedzieć szczerze.

Skąd przybywamy?
Kim jesteśmy?
Dokąd zmierzamy?

Jedno jest pewne. Już żadna Polska nie przyjedzie na białym koniu ani nawet na rowerze.
Wystarczy nam ta, która jest na miejscu. Że dużo roboty? Tym lepiej.

środa, 3 czerwca 2009

Centaur


Próbowałem dzisiaj namalować centaura. Kupiłem farby, przyniosłem z piwnicy pędzle, szpachelkę i różne takie śmieszne przyrządy.
Pozował chętnie i zachowywał się przyzwoicie, jak na centaura oczywiście. Cóż z tego!
Czy z powodu braku talentu czy może przez to, że bardzo łatwo się rozśmieszam, jakbym nie kombinował, na płótnie za każdym razem objawiał się pies z głową Gorbaczowa.

Centaur faktycznie łysiał, ale skąd ta charakterystyczna plama?

Nie pokazywałem mu efektów mojej pracy, bo nie miałem się, czym pochwalić. Siedział, pił kawę i palił moje papierosy. Jak to centaur.
Nie lada gratka, malować centaura! Tak się tylko wydaje tym, którzy nigdy nie malowali portretu osoby tak niezwykłej.

Paradoks. On pił kawę a mi zachciało się lać. Wyszedłem na minutę i po powrocie nie zastałem ani jego ani obrazu.

Gdzie się podział? Wybiegłem na dwór. Jest – próbuje otworzyć furtkę. Obraz trzyma w pysku jak kość.
Cała morda umazana farbą. Centaur to, czy pies?
Przejeżdżał akurat listonosz na rowerze. Dalejże szczekać, czyli jednak pies.
Obraz wypadł mu z pyska wprost w kałużę. Oczywiście pomalowaną stroną w błoto.
Tak jak kromka chleba posmarowana masłem. Nic nie szkodzi, kiepski to był obraz.
Wypuściłem psa na ulicę. Pognał za listonoszem.

Kawy się ożłopał. Pół paczki mocnych mi wypalił. Obrus na kuchennym stole pobrudził, podłogę zarysował kopytami, a teraz jak gdyby nigdy nic – pies.

Wróciłem do domu i sprzątam. Chyba na tym zakończę działalność artystyczną.
Miałem szansę. Miałem centaura, który chętnie pozował. Teraz nie mam nic.
Tylko bałagan. Na dodatek, gdy łamałem pędzle, coś mi chrupnęło w dłoni.
Co tam mogło mi chrupnąć, nie wiem. Musiało coś tam być. Coś, co chrupie.

Ciężko mi samemu uwierzyć, że to już koniec. Cierpliwy piec pochłania pędzle, rękopisy, fotografie, pamiątki, farby. Nawet ten ostatni nieudany portret centaura wyciągnięty z kałuży. Płótno, ramkę, gwoździe.

Za oknem deszcz. Wyglądam przez piwniczne okienko. Nikogo nie ma na ulicy. Nawet psy pochowały się i żaden nie raczy szczekać.
Ech, żebym nie spartolił tego obrazka, inaczej by było.
Przepadł centaur, przepadł nawet pies. Wycieram łapska starą gazetą, bo oczywiście upaprałem się przy okazji farbami jak prosiak.
W piecu liliowe płomienie. To od tej farby pewnie.

poniedziałek, 1 czerwca 2009

Olejniczak i inni. Politycy blogują przed wyborami.


Zapukał. Wszedł. Pociągnął nosem znacząco i stoi.
Po co przyszedł nie mówi nic.
Stoi jak słup.

- Proszę się rozgościć! – Mówi jeden i wyciąga rękę, aby odebrać od gościa parasol i kurtkę.
Ten ani drgnie. Z parasola kapią na dywan krople dżdżu. Gość zamurowany na amen.
Wiele szkód z takiego kapania może powstać. Zabrali mu parasol, ale znowuż z kurtki kapie.
Kolnęli go w dupę szpikulcem od parasola. Nic. Ani drgnie.
Tyle, że znowu pociągnął nosem.
Wszystkim zrobiło się jakoś tak nieprzyjemnie. Po co tu stoi?

Nie minął kwadrans a jakiś dobrodziej nakleił na nim swoje ogłoszenie.

„ Masiny do sicia kupie, ale stare i nie sijące”
Niżej nr telefonu i adres kancelarii sejmu.

- Spadaj stąd słupie! – mówi facet z piórkiem za uchem

A ten spokojnie stoi i porasta w obelgi.
Dziewczyny go zaczepiają, a on nic – stoi.
Jakiś cwaniaczek wykorzystując zamieszanie ogolił mu lewą nogę, sprytnie podwijając nogawkę.
Chłopaki tęczowo go mamią – Zero reakcji. Stoi jak stał. Słup!

W końcu ktoś wpadł na pomysł by pokazać mu piłkę do nogi.
Żadnej reakcji.
Pokazali mu jeszcze frędzel, jojo, talię kart, mokrego prawdziwka i zupełnie nie wiadomo skąd wytrzaśnięte ludzkie oko w pudełku po herbatnikach.
Żadnej reakcji.
Czemu milczysz? Może masz ochotę na coś specjalnego, na jakąś osobliwą perwersję?

- Zjadłbym rosołu!

O cudzie światowy! Odezwał się nam polityk w Salonie24!
Jankes płacze ze wzruszenia. Ephoros wycina hołubce a Gniewko ( świadom obrotów rzeczy ) pędzi po wiadro.

- Ech, wykąpałby się człowiek gdyby było gdzie się wykąpać! - dodaje polityk pociągając nosem.

- Wanna?

- Może być pod prądem!

- Prysznic?

- A czy ja nie wiem, do czego podobny jest taki prysznic?

- Ocean?

- Tsunami!


- Morze

- Bałtyckie? Dorsze molestują!

- Jezioro?

- Wreszcie! No, jeziora są fajne, może być jezioro!


- Tutaj mamy takie maleńkie tylko. No i nie ma plaży ino trawa!

- Trawa może być! A bezpieczne to wasze jeziorko?


- W sensie?

- No, czy tam żadnych szkieł na dnie, drutów kolczastych, topielic, blogerów, dociekliwych albo innych komentatorów nie ma?

- Szkieł, drutów, blogerów, topielic, komentatorów - nie ma. Wodnika też nie ma!

- No to się wypuszczę i w toni przyjaznej popływam! Klatę pokażę! A szuwary są?


- Trochę są! Przypilnuje ciuszków – Pan pozwoli.

- Oj, jaka ulga! Jaka chłodna woda. Po trudach kampanii.... Ludzie myślą, że na plakatach łatwo wisieć!... Ej, czemu trawy tak się palą jak skręty? Kto mnie dotknął pod wodą? Ejjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjj…………

( Obrazek - autor )

Prawdziwy lis patronem blogerów!

To, że każdy zawód, każda profesja ma swojego patrona powszechnie wiadomo. Żeby daleko nie szukać, patronem dziennikarzy jest św. Franciszek Salezy a polityków i rządzących św. Thomas Moore.

Nie wiem, co by powiedzieli ci szlachetni patroni widząc obecny stan tych profesji, ani co by powiedzieli dziennikarze i politycy gdyby się dowiedzieli, że mają tak zacnych patronów?
Można by ich przy okazji przepytać na tę okoliczność.

Zazdrościcie blogerzy?
Nie macie, czego, albowiem nadjeżdżam z odsieczą!
Wracając ze sklepu doszedłem do wniosku, że tak dalej być nie może, żeby liczny i dzielny lud blogerski nie miał swojego patrona! Tym bardziej po tych ostatnich nagonkach, zagonach i zajazdach. Czas pokazać, że my też nie gorsi. Że się, pardą, sroce spod ogona nie urwaliśmy.

Wybranie świętego byłoby zresztą grubym nadużyciem bo my w przeciwieństwie do PT dziennikarzy do świętości raczej nie aspirujemy!

Poza tym, zaraz blogerzy o nastawieniu ateistycznym, zaczęliby drzeć mordy, że dyskryminacja. Zresztą tak jak w przypadku Thomasa Moore mogłoby wyjść śmiesznie zamiast patetycznie. Morus patronem posła Kłopotka! No tak…

To teraz uważajcie!
Patron, którego proponuję spełnia wszystkie możliwe wymagania zarówno skrajnej prawicy jak i ortodoksyjnej lewicy..

Jest rojalistą!

Walczy z nadużyciami władzy, korupcją polityków, prześladowaniem słabszych, ale nie tylko - nie zapomina tez o damach!

Wrażliwy społecznie a przy tym szlachcic przecież i człowiek honoru!

Odważny i sprytny. Potrafi przeciwstawić się uległości i oportunizmowi własnej klasy społecznej!

Zwalcza ucisk fiskalny! Jest szlachetny i bezinteresowny. Chętnie naraża się w słusznej sprawie.


I najważniejsze. Jest taki trochę anonimowy. Pisze „trochę”, bo naprawdę ciężko uwierzyć w jego kompletna nierozpoznawalność.

Czy wszyscy już wiedzą, o kogo chodzi? Nie?
Nikt taki nie przychodzi na myśl?

Przecież to oczywiste!

Opowiadanie część XVII



Wszyscy na słowa Jurka zamilkli, bo sprawa się skomplikowała, jeżeli Magda nie powie kto jej to zrobił, będą musieli dalej prowadzić dochodzenie i jeszcze mieć na głowie policję, która uważa, że to oni się tego dopuścili.
Już wczoraj przyglądali im się badawczo i Karolowi powiedzieli, by nigdzie się nie oddalał.

- No to nie ma innej rady – odezwał się Karol,-jak zanalizować cale życie Magdy. – Spojrzał na Agnieszkę – i tu szukać rozwiązania, prawda?
- Masz rację – Agnieszka zapaliła gaz i postawiła czajnik – zrobię herbatę i będziemy dalej tam szukać rozwiązania. Wiesz, ja poznałam tego tajemniczego „brodacza”, prawie co dzień, jak był u Magdy szedł nad urwisko.
To było dawno temu, chyba zaraz po śmierci Migockiej, prawie na niego wtedy wpadałam, biegłam ze zdobytą włoską tapetą…wiesz urządzaliśmy się wtedy, a to był towar ekskluzywny –dodała wyjaśniająco. Karol skinął głową, że rozumie –Torba z tapetą była ciężka jak diabli i strasznie niewygodna, był straszny upał. Biegłam jak na złamanie karku z PKSu, byle szybko znaleźć się w domu i nagle uderzyła w niego całą sobą, bo rolka tapety mi się wysunęła, a ja ją chciała w biegu poprawić.

- I co?- próbował się dowiedzieć Karol, by przerwać przydługą opowieść o tapetach.

- No i zaproponował, że mi tą torbę odniesie do domu. Był bardzo szarmancki – spojrzała na Jurka i się lekko zaczerwieniła – no i wtedy go poznałam.

- To wszystko? – zapytali obaj.

- No nie, wypił u nas herbatę, trochę pogadaliśmy, był bardzo miły. Pytał się, gdzie tą tapetę chcę przyklejać, czy wezmę do niej fachowca i takie sprawy.

- A o Magdzie coś mówił? – zapytał Karol

- Nie, nawet próbowałam z nim o Magdzie pogadać, przecież wiedziałam, że to jej facet, ale jakoś nic na ten temat nie mówił. Gdy powiedziałam, że jestem żoną Magdy przełożonego, nagle zaczął się bardzo spieszyć…wiecie co, jak to sobie teraz przypomniałam, to wydaje mi się, że to jego zachowanie, to była tylko poza, jakby coś ukrywał.

Jurek przyglądał się Agnieszce, w końcu powiedział.

- Czemu mi nigdy o tym nie mówiłaś?

Woda się zagotowała, i Aga zaparzyła herbatę, odwrócona tyłem odpowiedziała.

- Nie wiem – wzruszyła ramionami – może dlatego, że ty byłeś wtedy bardzo zazdrosny, a on mówił mi tyle miły rzeczy. Byłam bardzo młoda – dodała spoglądając na Karola – i chyba trochę mnie podniecało, że piękny, seksowny mężczyzna prawi mi takie komplementy.

- To już chyba dziś nie jest tak ważne – zaoponował Karol, bo chyba zanosiło się na małżeńską wymianę zdań, a on nie chciał być jej świadkiem.

Oboje spojrzeli na niego, chwilę jakby się zastanawiali, po czym prawie równocześnie zaśmiali się, a Jurek dodał.

- Fakt, widzisz gdyby nie twoja interwencja zaczęlibyśmy sobie wypominać takie błahostki. Ale w jednym ma Aga rację, on nie wyglądał na dobrego człowieka, ze dwa razy widziałem go w przelocie, raz, gdy byłem z wizytą lekarską u Migockiej i wiecie odniosłem bardzo niemiłe wrażenie, aż mi ciarki po plecach przeszły. Ale o czym my mówimy, przecież ten gość nie pojawił się tu ze dwanaście lat!

- Jesteś tego pewien? – Zapytał Karol i napił się herbaty.
Aga z Jurkiem spojrzeli na siebie porozumiewawczo.

- Nie, nie jesteśmy pewni, tyle, że nikt go nie widywał…choć, kurcze, ale to tylko plotki, nie wiem, czy są wartę powtórzenia.

- No a co jest w tych plotkach?- drążył temat Karol.

- Że on tam jest cały czas, nawet wtedy, gdy była związana z Januszem, czy potem Pawłem. Moja siostra przysięgała, że go widziała późny wieczorem w dniu gdy zaginął Janusz, kilku ludzi też go widziało, gdy szli późno w nocy koło domu Magdy. Tyle, że jeżeli on tam był, to przecież Janusz, czy Paweł by go odkryli, prawda? Jurek chyba też by to odkrył, zwłaszcza, że bywał u nich często.- Spojrzała na męża, w jej oczach mieniła się i zazdrość i ciekawość.

- Już ci tyle razy mówiłem- zaczął Jurek – nic mnie nigdy z Magdą nie łączyło, poza przyjaźnią i wdzięcznością. Zawsze wracasz do tematu mojego niby romansu…przecież wiesz, że dla ciebie postawiłem na szali nawet lekarską reputację i naprawdę nic mnie z nią nigdy nie łączyło! A bywałem u nich, by ją chronić przed Januszem, który okazał się zwykłym draniem i nigdy, naprawdę nigdy nie widziałem tam potem tego „brodacza”.

- Wiecie co – odezwał się Karol – za nim zaginęła Magda w nocy słyszałem szept, wybacz- zwrócił się do Jurka – podejrzewałem ciebie, że to ty tam byłeś. A poprzedniego dna słyszałem kłótnię za domem, gdy tam doszedłem, zastałem tylko Magdę z odciskiem po uderzeniu na twarzy. Znalazłem też zdjęcie, ale zaginęło…

- Zdjęcie? – Zapytał Jurek

- Tak, Magdy z malutkim dzieckiem i obok był facet z brodą i wiecie co, jak zobaczyłem pierwszy raz Szymona, to wydał mi się do gościa bardzo podobny.

- To niemożliwe, wtedy gdy Magda urodziła Szymona, w domu był Janusz, Paweł i ja też byłem tam często.

- Wiecie co – powiedział Karol – w tym domu są tylne drzwi, może uda nam się je otworzyć, tych policjanci nie zaplombowali.

Spojrzeli na siebie z minami spiskowców, ale chyba wszystkim się ten pomysł spodobał. Wzięli ze sobą latarki, komplet kluczy, który zostawiła Magda Karolowi i tak zaopatrzeni ruszyli w stronę domu Migockich.

CDN...