wtorek, 18 września 2018

O zwalczaniu rewolucji bezobjawowej wszystkimi dostępnymi siłami


Jest w tym coś niesamowitego, że w Polsce nie dzieje się praktycznie nic, a jednocześnie coraz częściej pojawiają się opinię, że trwa tu rewolucja. Nie tylko u nas, ale nasza jest jakby gwałtowniejsza. Co prawda chodząc po ulicach, czy gdzie kto tam lubi chodzić z katalogiem syndromów charakteryzujących przeciętną rewolucję pod pachą trudno dostrzec choć jeden, ale skoro tak twierdzą ludzie, których przodkowie wyleźli na światło dzienne przy okazji dziejowych przewrotów warto się temu przyjrzeć. Rewolucja bezobjawowa, rewolucja, której nie przyklaskuje lewactwo. Po prostu dziw nad dziwy. Szczególnie bawi, że zgodnie z wszelkimi prawidłami, skoro trwa rewolucja musi objawić się konserwatywna reakcja i owszem jest, ale składa się jak raz z liberałów i lewicy.

Ci zaś, zupełnie jak nie oni, nawet nie przygotowali pod swoje działania podwalin teoretycznych. Może słabe głowy, a może narracyjnie bardziej opłacalne wydały im się histeryczne pokrzykiwania i mnożenie przymiotników.

Nagle, ni z gruszki ni z pietruszki lud jest dziką, prymitywną i wrogą wszystkiemu co szlachetne siłą. Niesamowite! Nawet sama demokracja stała się czymś w rodzaju totalitarnego przymusu, bo jakże to tak, żeby zwycięska partia rządziła krajem? Jakim niby prawem? Przecież normalnym państwie nie ma takiego zwyczaju! W normalnym państwie bowiem do wyboru są tylko partie słuszne oraz ohydny margines. Status quo musi być zachowane, a interesy nienaruszone. Rewolucje są owszem wspaniałe, ale tylko takie na których można zarobić. Ich serce musi bić co najmniej nad Tamizą, nie żeby ktoś sobie coś samemu wymyślał. Dlatego nasza bezobjawowa rewolucja jest tak przerażająca, choć nie wydaje się, żeby była zaraźliwa.

Warto zwrócić uwagę na fakt, że poza składanymi codziennie deklaracjami nasza osobliwa opozycja nie robi kompletnie nic, by przechylić na swoją stronę polityczne szale choćby poprzez wygranie kolejnych wyborów. Oni całą nadzieję pokładają w presji zewnętrznej. Nie zauważają, albo zauważyć nie chcą, że nawet gdy taka presja okaże się skuteczna, oni sami niekoniecznie będą jej beneficjentami. To nawet dość mało prawdopodobne, ponieważ nie sprawdzili się jako przedstawiciele interesów państw zainteresowanych przegrywając wybory i przerywając zmierzający do szczęśliwego zakończenia proces integracyjno-kolonizacyjny. Reszta jest po prostu biznesem, o którym chętnie, acz w innych okolicznościach mawiają, że nie ma w nim miejsca na sentymenty.

Nie mogą przecież liczyć na niemiecką kawalerię, która wyzwoli ich z twierdzy, w której sami raczyli się zamknąć. A wiadomo co się dzieje z oblężonymi, gdy odcinane są kolejne szlaki zaopatrzenia. Najpierw zjada się konie, psy, koty i szczury, a potem… Po prostu strach pomyśleć. Na dodatek kierują swe apele o pomoc w kierunku instytucji, które same szukają już tylko odpowiednich murów, by się za nimi zamknąć. Jest to próba zwalczenia bezobjawowej rewolucji bezobjawową interwencją. Smuci jedynie, że w tym zamieszaniu zdarzają się i tacy, którzy z wielką ochotą przekraczają linię wyznaczającą najzwyczajniejszą w świecie zdradę, a to tylko z powodu obrony własnego interesu. Trudno, już nie tylko pojąć, ale i tolerować podobne ekscesy, ale na razie i kara za nie jest również bezobjawowa.

Jeśli ktoś sądzi, że to co napisałem jest bujdą i przesadą niech przypomni sobie i zastanowi się nad emocjami jakie wzbudziły amerykańskie wybory. Zupełnie jakby nasi opozycyjni mądrale sądzili, że jeśli wygra pani Clinton wpadną tu Jankesi i zrobią porządek z Kaczyńskim. To ci dopiero kalkulacja! Nie? Przecież już teraz, patrząc w przyszłość wyglądają zbawienia po kolejnej zaoceanicznej elekcji. 

To koncepty jednocześnie starannie ukryte i równocześnie jawne. Można rzec, że geopolityka zawróciła niektórym w głowach, jak raz przed wyborami samorządowymi, które znowu, jak sami mówią i piszą mogą przynieść rewolucyjną zmianę w samorządach. I tak wracamy na początek tego krótkiego tekstu. Rewolucja goni rewolucję, ale przynajmniej w moim miasteczku z żadnej latarni nie zwisa nawet najmarniejszy sznurek.

sobota, 15 września 2018

Ręce na pokładzie łajby całkiem podwodnej


Krąży w sieci filmik, fragment relacji telewizyjnej ukazującej dramatyzm huraganu Florence. Widzimy opatulonego reportera ostatkiem sił walczącego z wichurą, by zdać relacje, by opisać to, czego w ogóle opisać się nie da. Tymczasem za jego plecami spaceruje dwóch młodzieńców w krótkich spodenkach i zabawia się komórkami, jak to współcześni młodzieńcy maja w zwyczaju. Ludzie się śmieją, mnożą podobne przykłady i chętnie bym wam to pokazał, ale nie wiem czy wolno? Nie jestem bowiem prawnikiem, a prostym pisarczykiem. Co prawda powszechnie uważa się, że jeden obraz wart jest więcej niż tysiąc słów, czym strasznie przejęła się nasza opozycja, która zamiast mnożyć argumenty pokazuje zdumionym widzom posła Grabca, ale szczerze wątpię, czy taki poseł, choćby nie wiem jak śliczny wystarczy do wygrania wyborów samorządowych?

Trwa medialno-polityczna akcja „wszystkie ręce na pokład” a im dłużej trwa tym jest głupsza. Może dlatego, że teraz mamy do czynienia z okrętem podwodnym i przepychaniem się przy wiadomej klapie. Efektem jest kampania wyborcza partii opozycyjnych żywo przypominająca majaczenie wariata. Zupełnie fatalną rolę odgrywają zaprzyjaźnione media, które zalewają rynek wyborczym paliwem, mającym jedną, ale zasadniczą wadę: Nie chce płonąć. Dobrym przykładem wzorowego idiotyzmu jest wczorajsza histeria związana z botami, które tak namąciły elektoratowi w głowie, że wybrał na prezydenta pana Dudę. Do kogo niby jest to skierowane? Ci, którzy cokolwiek znają się na internecie, co najwyżej parskną śmiechem, a pozostałych zupełnie to nie obchodzi. Rozumiem, że politycy mogą mniemać, że istnieje utajony elektorat głupszych niż oni sami, ale zapewniam, że nie jest to legendarna młodzież, której względy chcą pozyskać.

Niedawno tryumfowali, ponieważ wciągnęli do gry panią Nowacką, w związku z czym uważają całkiem poważnie, że w zasadzie ogarnęli całe spectrum ideowe. Od lewa do prawa, że mucha nie siada. Od Nowackiej do Giertycha, z gromadką Schetyny wygodnie rozpartą w centrum. Sukces gwarantowany! Wyobraźcie sobie, że oni tak po prostu dodają te punkty poparcia. Tyle PO, tyle Nowoczesna, plus lewica obyczajowa, czyli dla każdego coś miłego. W tej układance brakuje jeszcze Korwina i Narodowców, a wtedy 50% poparcia jest dosłownie pewne! Że tak mogą kalkulować ludzie, którzy chcą przejąć władzę w Polsce to moim zdaniem coś absolutnie niesamowitego. Jeśli zaś tylko udają, że wierzą w podobny absurd, to jeszcze gorzej, bo niby w jakim celu? Zabawnie zbiegło się to atakiem na nieszczęsnego Biedronia, którego domniemany elektorat w żaden sposób nie kojarzy się przecież z lewicą, prawda? Zresztą takie przekonanie potwierdził sondaż pewnej wybitnie zasłużonej dla sprawy sondażowni, z którego wynika, że powstanie partii popularnego homoseksualisty odbędzie się głównie kosztem PSL, który w takiej konfiguracji straci miejsce w parlamencie. No pięknie!

Za chwilę zobaczycie jak siły postępu zaczną w pozytywnym świetle przedstawiać kandydaturę pana posła Jakubiaka, kandydującego na prezydenta Warszawy. Kalkulacja jest prosta i stoi na identycznym poziomie jak prezentowana powyżej i polega na odebraniu głosów Jakiemu. Wiem, że nadużywam tego zwrotu, ale są to plany godne politycznego pięciolatka. Inaczej tego nazwać nie umiem.

Cała propaganda opozycji tak czy owak sprowadza się do prostego: Wszyscy przeciwko PiS, ale co znaczy „wszyscy” to już inna kwestia, ponieważ działania skierowane są do wewnątrz, a żadne w kierunku pozyskania nowych wyborców. Sprawy zaszły tak daleko, że nawet przekaz medialny zaprzyjaźnionych z opozycją mediów skierowany jest w tym samym kierunku. ( Akurat w tym miejscu PiS popełnia podobny błąd sprowadzając dział informacyjno-publicystyczny TVP do roli ściśle propagandowej. Argument, że tamci… odrzucam, ponieważ tamtych mam w nosie, ale dzięki staraniom pana Kurskiego znalazłem się na niechcianej pozycji intelektualisty, który telewizji nie ogląda w ogóle. Strzępy internetowe i tak wystarczą aż nadto ) i stanowi przejaw chowu wsobnego. Same getta, moi mili, no chyba, że ktoś ogląda/słucha dla beki. To jeszcze rozumiem.

Zabawne jest, że PO gromadząc wokół siebie mniejszych ancymonów chce powtórzyć sukces PiS, ale na razie popełnia wszystkie błędy, jakie znienawidzona przez nią partia popełniała w przeszłości. Robi to na dodatek z zadziwiającą konsekwencją, nie bacząc na widoczne w sondażach efekty. Im bardziej obniża ich szanse histeryczna narracja, tym usilniej w nią brną. Jeśli kiedyś zaprzyjaźnione media potrafiły wmówić co naiwniejszym, że PiS to obciach, teraz sami koniecznie muszą na pierwszej linii frontu stawiać prawdziwych już durniów, kierując w ten sposób przekaz w kierunku elektoratu, który na wybory nie pójdzie, ponieważ może zabłądzić na własnym osiedlu.

Nie rozumieją, że PiS nawet w swych najgorszych latach postrzegany był zawsze jako całość. 
Owszem, z tego powodu łatwiej było tę partię okładać ze wszystkich stron, zupełnie jak boksera ukrytego za podwójną gardą, ale jeśli taki zza obrony wyprowadzi w końcu skuteczny cios, nie pozostaje nic innego jak poleżeć na ringu i spróbować zebrać siły, a nie od razu wspinać się po linach i dalejże pyskować, bo może to skutkować bardzo poważnym nokautem, czego im ze szczerego serca życzę.


niedziela, 9 września 2018

Człowiek pogryzł lamę


Od lat znosimy nieustającą kampanię wyborczą. Dziwne, że od tej polityki jeszcze nie powariowaliśmy ze szczętem. Ci, którym się to udało żyją w jakimś dziwnym świeckim raju, gdzie dosłownie wszystko jest polityczne i dwubiegunowe. Nasze opętane szaleństwem media nie dają publiczności chwili wytchnienia. Aby odbiorca nie mógł zaczerpnąć powietrza poszerza się nieustannie pole konfrontacji. Co prawda jeszcze nie słyszałem o podziale planet układu słonecznego na pisowskie i peowskie, ale nie jestem pewien czy w czeluściach niektórych politycznych mózgów przewaga nazw męskich nie budzi wątpliwości. Ziemia i Wenus to niewiele, tym bardziej, że dochodzi jeszcze popularny i codzienny Księżyc.  Dlaczego nie Księżyca? Prawdziwi radykałowie narzekają też na Ziemię, że niby kojarzy się z Ziemkiewiczem i ziemniakiem, którzy są przecież facetami.

Za idiotycznymi mediami podążają hordy szalonych wyznawców, którzy nie ominą żadnego tematu, by nie podzielić się z innymi swoim szaleństwem. Oto para Francuzów podczas safari w Kenii wylazła z auta i postanowiła zrobić sobie selfie z lwem. Miły drapieżnik nie pomny na rolę mediów społecznościowych raczył ich rozszarpać. Pod tekstem komentarze w stylu: Dobrze tak pis….om! Dostali 500+ i się szwendają po świecie. Brawo lew! I zaraz kontra, że niby tylko peowiec tyle nakradł, żeby do Kenii… Ktoś sprytnie zauważa, że Francuzi, ale zaraz zostaje skontrowany, że i we Francji są pisowcy, bo kto inny mógłby popierać Le Pen, a wiadomo, że Kaczyński razem z Moskwą i do tego ma kota, a lew wiadomo, że psem nie jest.

Przesadzam? Co kilka dni można znaleźć w mediach opis psiej męki, bo jakiś degenerat przywiązał swojego „pupila” drutem do drzewa itp. Przeczytajcie komentarze i jeśli nie znajdziecie tekstów, że zrobił to wychowany przez Kościół katolik ergo pisowiec, znaczy to jedynie, że forum jest moderowane przez kogoś, kto potrafi czytać i na dodatek sam nie rechoce do wtóru podobnym komentarzom. Nie mówicie mi przeto, że to nie robota mediów.

Kto jak nie media, poszerza pole politycznej walki o kolejne coraz bardziej tematy? O gospodarce i decyzjach mających wpływ na jej dobrostan pisze się maleńkim drukiem, bo to nie rezonuje, a poza tym jednak trzeba pisać pod rygorem faktów. Jeśli już, wyrywa się pojedynczą, łatwo zrozumiałą rzecz  z łańcucha zdarzeń i dalejże snuć dowolne na jej temat bajki. Dlatego nie dziwi, że na tym samym wiodącym bęcwałów portalu zgoła co innego można przeczytać w dziale gospodarczym, a co innego w dziale ogólnym, tym dla plebsu. Pięknym przykładem, choć z dziedziny czystej propagandy był ostatni eksces przyjemniaczków z Gazety Wyborczej. Najpierw ogłosili światu, że PiS ukrywa przed rejestrem pedofilów księży. Potem przyznali, że pomylili paragrafy, ale uważają, że i tak mają rację. Tak można zawsze i bez końca. Na boku zauważę, że podobnie jak w mediach jest też w sejmie. Sprawy gospodarcze? Debata budżetowa? Poza małpimi popisami na początku debaty, nic. Milczenie. Ale niech jeden z drugim cymbał wrzuci temat obyczajowy, albo choć trochę nadający się do medialnych popisów zaraz wszyscy pędzą dźwigając te swoje niewyparzone gęby.

Wszystko byłoby niezwykle zabawne, gdyby jednocześnie nie było tak odstręczające. Co gorsza krąg się zamknął. Media i politycy głównie komentują wzajemnie swoje prawdziwe i domniemane łajdactwa. Do tego publiczność zamiast tupnąć swą zbiorową nogą na takie bałwanienie do kwadratu, sama zabiera się za propagandę. Rozumiem tych, który za takową płacą, ale reszta?
Oto pod Kielcami urodziła się świnia z trzema głowami, a miejscowy obywatel pogryzł lamę!

- Jak świnia, to pewnie z PO. He He

- Ile ci za to płacą płacą pisowski trollu? Ciekawe, czy świnia dostanie 500+ na każdy łeb. LOL

- Ten co pogryzł lamę co niedzielę chodzi do kościoła, a w poniedziałki gryzie lamy!

- Prawdziwy Polak nie hoduje lam, tylko krowy!

- Sam jesteś krowa!

- Wolę być krową niż pis…em! Co na gryzienie lam powie Europa, z której Kaczyński chce nas wyprowadzić na Białoruś? Konstytucja! Konstytucja! Czy my już żyjemy w średniowieczu, żeby gryźć lamy? Takie są efekty pisowskiej (tfu!) polityki historycznej.

- Teraz widzicie problem? Rządziliście osiem lat i co zrobiliście dla lam, żeby nikt nie gryzł ich w tyłek? Mam przypomnieć, ile hodowli lam przez was upadło, a lamiści pogrążyli się w cichej rozpaczy?

- To pewnie Ukrainiec pogryzł lamę. PiS i PO są siebie warte! Przez nich co drugi Polak jest obcokrajowcem albo Filipińczykiem. Niech żyje wolna polska!

-Jak piszesz Polska, barani łbie?

- Sorki, literówka się wymskła meni.

sobota, 18 sierpnia 2018

Tragedia czyni okazję


Pan Bóg pokarał nas mediami, które największą nawet ludzką tragedię potrafią już na poziomie opisu zdarzenia zmienić w nędzną publicystykę. Uruchamiając jednocześnie do działania hordy ludzi do tego stopnia przepełnionych nienawiścią, że już zupełnie niezdolnych do jakiejkolwiek refleksji.

Każdy dzień jest pełen zdarzeń dramatycznych, ludzkiego bólu i śmierci. Każda chwila jest chwilą w której cierpią ludzie. Zdarza się, że śmierć zostaje zauważona przez media i wtedy prawie zawsze mamy do czynienie z wielopoziomowym obłędem. Ostatnia, wciąż opisywana tragedia w Darłówku jest tutaj wymownym przykładem.

Nie ma czegoś takiego jak współodczuwanie bólu i nawet ryzykownie zakładając, że część doniesień medialnych chce wywołać podobny efekt, to wynikiem jest agresywna ciekawość i chciwość na cudzy ból, którego jakość może ocenić szeroka publiczność. Gdyby powrócił zwyczaj publicznych egzekucji masa ludzi byłaby gotowa znieść wszelkie niedogodności podróży, by na żywo obejrzeć cudzą mękę. Dzisiaj mogą popisywać się w Internecie, ale o nich na końcu, bo tylko na koniec zasługują.

Na wstępie media zafundowały nam następujący obraz: Nad morzem wypoczywa rodzina z czwórką dzieci. Nie dość, że na odcinku plaży, który nie jest strzeżony, to jeszcze sami rodzice nie dopilnowali swoich pociech, a morze porwało je na śmierć. Pozornie wszystko się zgadza. W wyobraźni ujrzałem trójkę biednych, pozostawionych wobec żywiołu maluchów. Po chwili okazało się, że dzieci były dużo starsze, co oczywiście nie umniejsza samej tragedii, ale powinno całkowicie zmienić medialny opis, a o niczym podobnym nie słyszałem.

Kiedyś ukuto, zapomniane już słowo „nastolatek” opisujące młodziaków, którzy już nie są dziećmi, a trudno ich jeszcze zaliczyć w szeregi młodzieży. Wbrew pozorom takie rozróżnienie było całkiem konkretnym opisem granic oraz intensywności wymaganej społecznie opieki rodziców. Zawsze pod pręgierzem stawali rodzice, których kilkuletnia pociecha bawiła się sama przed blokiem, sama wchodziła do morza czy jeziora, ale jedenastolatek buszujący po ulicach z przysłowiowym „kluczem na szyi” nie budził niczyjego zgorszenia. Na wsi, podobnie jak dzisiaj, ten próg z powodów pragmatycznych był i jest obniżony o 3-4 lata. Znam to z autopsji, to wiem.

No właśnie. Jako jedynak byłem wobec moich kolegów nieco zapóźniony w nastoletniej samodzielności. Nie przeszkadzało to oczywiście w tym, że w wakacje dostawałem parę złotych na bilet i sam lub z kolegami jeździłem w dni upalne nad jezioro Pątnowskie. Jak spojrzę na skalę czasu, to niewątpliwie pierwsze takie samodzielne rajdy odbyłem jako dwunastolatek. Jechałem nad jezioro, by wodne wyprawiać brewerie. Rodzice w pracy, a lato piękne. Dostawałem instrukcję, czego nie wolno mi robić i jechałem. Portfelik z drobnymi, razem z ręcznikiem i gatkami na zmianę zostawiało się przy kocu kogoś, kto wyglądał w miarę poważnie i do wody! Patologia, czyż nie?

Dawniej dzieci i nastolatków otaczali dorośli ludzie. To nie ma nic wspólnego z tragedią, która jest tu pretekstem, ale warto o tym wspomnieć. Nigdy nikt nie spytał mnie na tej plaży, dlaczego jestem sam, ponieważ ludzie rozumieli, że w ich obecności sam przecież nie jestem.

Ktoś powie, że wówczas panowała inna wrażliwość. I z tym się zgadzam! Gdyby coś mi się wówczas przydarzyło, nikt by nie obwiniał mojej matki. Nikt by nie właził jej z buciorami w cierpiącą duszę. Z tym się zgadzam! Ta cała medialna, narzucana nam empatia jest w najlepszym wypadku podglądactwem, ohydną manierą szukania winnych wśród najbardziej cierpiących. Manierą, prowokującą do wynurzeń ludzi stojących sto kilometrów od granicy jakiejkolwiek przyzwoitości.

Tragedia jako przyczynek do dyskusji o polityce prorodzinnej rządu. Ludzka tragedia jako pole politycznego ataku, jako wyraz absolutnej pogardy… To jest zbyt wstrętne, żeby o tym pisać. Jeśli chcecie się przekonać, jak nisko może upaść istota potrafiąca pisać poczytajcie komentarze na internetowych portalach skierowanych do gawiedzi. Na dodatek to już stały element, żelazny punkt programu, że się tak wyrażę.  

wtorek, 14 sierpnia 2018

Gra w Biedronia o podział konfitur w Europarlamencie


Gra w Biedronia nigdy się chyba nie skończy. Jest to rozrywka tak nudna i przewidywalna, że nie sposób zrozumieć motywacji grających w nią specjalistów od politycznego dymu. Trudno też dociec, jaką rolę odgrywa w niej sam Biedroń. Czy jest pionkiem na politycznej planszy, czy jedną z pośledniejszych, ale jednak figur? Przed kilkoma tygodniami wysłuchałem wywiadu z tym dziwnym człowiekiem i moje ówczesne cierpienie w ogóle nie pomogło mi nabyć stosownej wiedzy. To było wtedy, gdy PO do spółki z PiS nie udzieliły mu absolutorium i jego oburzenie tym faktem było chyba świeże i szczere.


Pan Robert potwierdził w tym wywiadzie, że jego najsilniejszą stroną jest niczym nie ograniczona megalomania, oraz absolutny brak politycznego rozumu. Sądziłem naiwnie, że jego namolni promotorzy schowają go gdzieś przynajmniej na jakiś czas, ale moje nadzieje okazały się płonne. Tym razem ogłaszają jego wielki plan pod nazwą „Kocham Polskę”. Oczywiście w ramach sondowania szans sam bohater dystansuje się od sprawy, ale jest to metoda stosowana za każdym razem, gdy mocodawcy pana Biedronia próbują wypuścić go na szersze polityczne wody. Jestem zdumiony, że im się to jeszcze nie znudziło.

Tym razem pomysł dotyczy wyborów do Parlamentu Europejskiego, czyli po prostu konfitur. Jak zwykle powodzenie akcji nie zależy od pana Roberta, a tym razem od prezydenta Dudy, który jeśli nie zawetuje zmian w ordynacji wyborczej, uczyni cały plan bezsensownym i Biedroń setny raz będzie zmuszony powrócić do polityki lokalnej. Oczywiście na chwilę, bo zaraz wybory samorządowe i trzeba będzie się zdecydować, czy nie czas zawalczyć o stanowisko prezydenta Polski. Nie jest lekko być panem Biedroniem!

W ten sprytny publicystycznie sposób dochodzimy do zmian w ordynacji wyborczej, dyskryminujących mniejsze ugrupowania polityczne. Nie dającej szans nowym inicjatywom. Muszę w tym miejscu wyrazić zdziwienie, że pan prezydent Duda jeszcze się zastanawia nad jej podpisaniem. Veto byłoby poważnym błędem, a samo podwyższenie progu, wynikające ze struktury wyborów jest jak najbardziej korzystne także dla nowych inicjatyw politycznych, które by trwać dłużej niż sezon muszą zaczynać od zgoła innych wyborów.

Przy obecnej ordynacji szans nie zyskują bynajmniej mniejsze partie polityczne, a byty celebrycko-medialne, przy czym ich kreacja odbywa się tylko i wyłącznie w kontekście wspomożenia/zaszkodzenia większym partiom. W zasadzie jest to najlepsza szansa by zaistnieć tanim kosztem, przy minimalnym wkładzie pracy i bliskim zeru poczuciu odpowiedzialności wobec elektoratu.

Nikt nawet nie kryje, że polega to głównie na zebraniu „znanych nazwisk” a dalej to już tylko prostackie „jadziem z tym koksem, a głupki niech głosują, a potem się cieszą”. Żadna partia zbudowana na sukcesie w wyborach do europarlamentu nie przetrwa, ponieważ znanym nazwiskom chodzi jedynie o ich osobiste przetrwanie w polityce. Dlatego tworzą rozmaite miraże, od prawa do lewa. Miraże właśnie w rodzaju „Kocham Polskę”.

Mniejsze partie, aby stać się większymi muszą pracować, tworzyć struktury, własny obieg idei, znaleźć sposoby na pozyskanie ludzi, którzy ich otaczają na co dzień. Tego nie robią w ogóle, a jeśli robią, to źle. Aby odróżnić się od rządzącego centrum starają się pokazać swój radykalizm, w związku z czym zamiast pozyskiwać, straszą. 

Najgorsze, że ich liderzy zdają się być zachwyceni taką sytuacją. W miejscu przebiera nogami lewackie Razem, podobnie jak Narodowcy wszelkiego rodzaju, którzy również nie potrafią wykorzystać żadnej społecznej okazji by zaistnieć w polityce. O "liberalnych liberałach" wiadomo tylko tyle, że gdzieś tam się tlą, a ich niedawni liderzy od czasu do czasu robią z siebie błaznów w telewizji czy internecie. 

Odpowiedzcie sobie na proste pytanie:
Dlaczego takie byty zasługują na konfitury, skoro nie potrafią upiec najprostszego politycznego chleba?

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Trędowata i inne klęski spuszczone na nasze biedne głowy

Helena Mniszkówna, która sama należała do tak zwanej sfery wyższej opisała jej byt codzienny oraz ekscesy miłosno-towarzyskie w sposób charakterystyczny dla osoby, która nigdy nie bywała na dworze. Nawet, pardą, z jajami. Jej sukces wynikał z tego, że konsekwentnie pisała z perspektywy właśnie takiej osoby. Nie mam pojęcia, czy świadomie, czy z braku zmysłu obserwacji, ale udało jej się trafić w tak zwane potoczne wyobrażenie o życiu ziemiaństwa. O tym wyobrażeniu wiele mówi sukces frekwencyjny adaptacji „Trędowatej” nakręconej w 1976 przez Jerzego Hofmana nie tylko w Polsce, ale i na przykład w ZSRR, co z wielu powodów jest dość zabawne.

Tak sobie kombinuję, że metoda Mniszkówny jest bardzo żywa w dzisiejszych czasach, tyle tylko, że obecnie stosuje się ją przeważnie do opisu tak zwanego ludu. Poczynając od popularnych seriali, przez propagandę polityczną, a kończąc na dziwacznych analizach socjologicznych upowszechnianych przez media. Fałszerstwo dotyka samego języka. W takich serialach jak „Rancho” czy powiedzmy „Ojciec Mateusz” prosty człowiek, gdy już zacznie mówić, koniecznie musi przestawiać szyk zdania na nieprawidłowy i akcentować na wschodnią modłę, ale też fałszywie. Z tej racji, że sam jestem prostym człowiekiem, a żyjąc w prowincjonalnym miasteczku jestem otoczony równie prostymi ludźmi, z całą stanowczością mogę stwierdzić, że nikt, ale kompletnie nikt nie mówi w taki sposób. Za tym oczywistym fałszem idą kolejne, zupełnie jakby fałszywy język determinował zachowania, gradacje ważności problemów i całe codzienne życie.

To są tylko pozorne błahostki, jeśli przypomnimy sobie, jak unieważniono sztukę powstającą poza obiegiem akademickim tworząc kanony sztuki ludowej, rynek na nią i centrum dystrybucji w postaci Cepelii. Jako dziecię trafiłem do pracowni ludowego artysty, który wyrabiał święte figury i frasobliwych Jezusów. To znaczy wtedy akurat nie wyrabiał, ponieważ za darmochę rzeźbił właśnie realistyczną figurę jakiegoś świętego dla miejscowego kościoła. Oczywiście jako dziecko, o nic nie śmiałem zapytać, ale zdziwienie pozostało, że tu powiewająca szata, a tu te niemalże kloce.

Widzenie świata przez ludzi nadających ton kulturze czy politycznej propagandzie jest skażone tym, że sami są jej odbiorcami, a misję zmieniania czy jak sądzą poprawiania świata w którym żyjemy traktują nadzwyczaj poważnie. Z takiej perspektywy człowiek, który znajduje się choć o kilka metrów od granic środowiska w jakim sami żyją jest dla nich człowiekiem równie egzotycznym jak australijski Buszmen. Jeśli z konieczności zawodowej muszą go dostrzec i opisać, są w stanie uczynić to tylko jednowymiarowo. I takiego płaskiego, jakby wyciętego z kartki papieru człowieka próbują ożywić i tchnąć w niego stosownego ducha. Tak się nie da.

Nędza demiurgów politycznej propagandy wynika nie tylko z marności metody i braku rzetelnej obserwacji, ale i z tego, że różnorodność kanałów przepływu opinii oraz idei sprawia, że z kreatorów stali się dziwadłami. Straty zaś, jakie ponieśli i nadal ponoszą są po prostu nie do odrobienia. Tym bardziej, że konieczności życiowe zmuszają ich do uporczywego trzymania się politycznych podnóżków swych mocodawców. Na rynku propagandy nie zmieni się nic, dopóki płacący za tego typu usługi nie zorientują się, że są robieni w bambuko, a dystans pomiędzy nimi a wymarzonym i wedle zapewnień specjalistów ciemnym elektoratem zamiast zmniejszać się, powiększa się dosłownie z każdą propagandową akcją.

Mamy na przykład w miarę młodego polityka, który chce zyskać popularność wśród młodzieży. W związku, że na co dzień przygląda się młodzieży w postaci partyjnej młodzieżówki, swoim asystentom i tym podobnym reprezentantom, wydaje mu się, że klucz do serc tej części elektoratu ma w ręku. Dla pewności pyta speców od wizerunku i analityków, którzy za swoje światłe przemyślenia wystawiają faktury, co jest jedyną realną rzeczą w całej operacji. Potem oczywiście wychodzi na durnia i zaczyna snuć powieści, jaka ta młodzież jest głupia, niewdzięczna i otumaniona przez wroga.

Nie może być inaczej, ponieważ dla nich wszystkich człowiek jawi się, o czym napisałem powyżej, jako postać jednowymiarowa. Wybór cechy nadrzędnej, która determinuje polityczne poczynania jednostki kiedyś wydawał się dość skuteczny, ale chyba nikt nie poinformował politycznych macherów, że to już przeszłość. Rozumiem, że to dość trudne, ta wielowymiarowość współczesnego człowieka, ale nie ma przymusu tkwić w jawnych błędach i jeszcze uważać się przy tym za wielce sprytnego i nowoczesnego.

Jedyną rzeczą jaka się udała partyjnym propagandzistom, to doprowadzenie niewielkiej części populacji do autentycznej fiksacji, ale na tym nie da się nigdzie zajechać. Ludzie, choć lubię retorycznie nazywać ich „dziwnymi” w swojej masie są rozsądni. Łatwiej przy tym rozzłościć ich niż pozyskać i o tym w ogóle dziwnie łatwo się zapomina. Ludzie nie lubią przesady i budzenia w nich samych wewnętrznego konfliktu. Wbrew temu co się powszechnie sądzi spór polityczny choćby z bliskimi osobami nie jest niszczący. Najgorszy jest spór wewnętrzny, gdy zamiast zmniejszać, poszerza się pakiet przedstawiany jako konieczny do zaakceptowania w ramach poparcia dla partii X czy Y. Dlatego rozsądny polityk tnie radykalizm nawet, gdy pozornie jest mu na rękę, a polityk głupi funduje rozwrzeszczanym agitatorom radykalizmu stosowne nagłośnienie.

Poza wszystkim obywatel nie powinien być przez okrągły rok pompowany politycznymi emocjami niczym w szczycie kampanii wyborczej. To rzecz pierwsza. Do tego dochodzi prawdziwy i niepohamowany wręcz wrzask polityczny ewidentnych już szaleńców. Jeśli ktoś sądzi, że w ten sposób nęci elektorat jest w błędzie. Męczy po prostu ludzi niczym biegający po ulicach wariat, który z jednej strony jest ponoć niegroźny, ale na wszelki wypadek lepiej przejść na drugą stronę ulicy. Co dziwne największymi wariatami wydają się być zaangażowanie w polityczną wojnę dziennikarze. Świat, który kreują jest już do tego stopnia oddalony od świata w którym żyjemy, że bez żadnej przesady można pisać o rzeczywistości równoległej. Niczym małe upiory, sączące w nasze żyły trąd z piosenki „Czerwony autobus” Kaczmarskiego.

Zacząłem od „Trędowatej” pani Mniszkówny, a kończę „trądem” Kaczmara. Jak to się ładnie ułożyło!

wtorek, 7 sierpnia 2018

Czy Polska jest już państwem kolonialnym?


Ludzie są naprawdę dziwni. Napisze jeden z drugim tekst o tym, że Polacy powinni migiem wracać powiedzmy z Wielkiej Brytanii na Ojczyzny łono, ponieważ zamiast pracować na dobrobyt tamtejszych anglosaskich cwaniaków, lepiej żeby przelewali pot ku chwale Polski. Doda przy okazji, że powinno się im stworzyć jakieś specjalne warunki, ale w to już mniej się wgłębia. Potem je obiad i smaruje tekst o zalewaniu Polski przez tanią siłę roboczą ze wschodu. Mnoży, dodaje, dzieli i najlepsze, że wszystko mu się zgadza w ramach jego patriotycznej roboty.
Rozumiecie? Nasi harują na obczyźnie, a żywioł ze wschodu nas kolonizuje. Wychodzi na to, że jakby się nie odwrócić zawsze mamy pod górę. Na dodatek takie obłędne ględzenie zdobywa poklask, szczególnie gdy autor raczy domieszać do swoich wywodów krwawe łuny przeszłości. Z jednej strony alarm, że wymieramy, z drugiej dziwaczna chęć otorbienia się właśnie w tym wymieraniu. Do tego dochodzą przeciwnicy jego argumentów, którzy diabli wiedzą czemu majaczą o wielonarodowej Rzeczpospolitej. To są wszystko bajki, dosłownie z mchu i paproci, tyle tylko, że niektórzy bajkopisarze biorą rzetelne wynagrodzenie od  sponsorów wcale nie kojarzących z dziecięcymi urojeniami.

Z drugiej, tej naiwniejszej strony mamy pokłosie lat minionych, gdy społeczeństwu podstawiono zniekształcające lustro wykradzione z bankrutującego lunaparku. A w lustrze zamiast człowieka – pokraka, zamiast państwa – pokraka i tyle, że można było się pośmiać, pilnie rozglądając się za drogami ucieczki. Widać, że wielu zasmakowała taka zabawa i choćby przyprawili sobie husarskie skrzydła będą zawsze wyglądali jako chore gołębie, razem ze swoją dziwaczną logiką.
Polska, aby wejść na drogę prawdziwego rozwoju, w swoich obecnych granicach powinna liczyć co najmniej 50 000 000 obywateli. No chyba, że ktoś ma życzenie mieszkać w skansenie przyrodniczo-historycznym. 

Droga do uzyskania takiej populacji nie jest łatwa i prawie niemożliwa do opisania w ramach sensownej futurologii społecznej. ( Jest w ogóle coś takiego?) Ludzie muszą pojąć, że jest to forma ekspansji wobec ludów sąsiednich. Nie zabiera się ziemi, a oraczy. Świat bowiem niepostrzeżenie zmienia priorytety, w pokrętny sposób wracając do bardzo starych porządków.  Nie ma oczywiście mowy o zbrojnych rajdach w celu pozyskania rąk do pracy, ale jak widać można się bez tego obyć.

Bunt przeciwko takim porządkom sprowadza się i jest najbardziej nośny, gdy jego głosiciele opowiadają, że P.T. Ukraińcy czy im podobni pracownicy odbierają Polakom miejsca pracy. Czyli w ramach samoobrony przed obcym żywiołem Polak powinien, gdy zachodzi taka patriotyczna potrzeba zasuwać na dwóch etatach. To może od razu wprowadzić przymus pracy, szczególnie w gałęziach gospodarki, gdzie „rozwydrzonemu” Polakowi nie chce się zginać karku? Takie teorie są zwykle dziełem ludzi, dla których umycie naczyń po obiedzie jest ciężką pracą fizyczną.

Zawsze sądziłem, że pragmatycznym ideałem jest zarabianie pieniędzy bez przesadnego wysiłku, ale widzę, że wielu nadal chętnie odwołuje się do haseł, które można było spotkać rozwieszone w czasach komuny na płotach okalających zakłady pracy. Trochę przesadzam, bo w takiej Anglii propaganda skierowana przeciwko pracowitym innych nacji jest praktycznie bliźniaczo podobna, choć poddani Królowej nigdy w takim stopniu jak my nie zaznali mocy propagandy komunistycznej. Tyle tylko, że tam werbalny atak na przybyszów z europejskiego wschodu, zaspokaja potrzeby emocjonalne, których bezkarnie wyrazić już nie można.

Problemem dla nas nie jest milion czy dwa miliony Ukraińców, a raczej fakt, że na razie bardzo ostrożnie osiedlają się na stałe na naszym terytorium. My bowiem, nie dość, że ich potrzebujemy w celach oczywistych, to przede wszystkim potrzebujemy ich dzieci. To są zresztą procesy rozłożone na dziesięciolecia, ale ich pierwociny oglądamy tu i teraz. Aby rozwijać Polskę potrzebujemy ludzi, technologii, pieniędzy oraz stałego rozwoju infrastruktury. Jeśli zabraknie pierwszego czynnika, sama idea wielkiej, silnej Polski zawali się nam na łeb i pod tymi gruzami sczeźniemy.