sobota, 6 kwietnia 2019

Inteligencja strajkuje


To w sumie jest bardzo piękne, bo kto ma dać przykład warstwom niższym jak nie naturalni liderzy społeczności. Na poczekaniu dodam jeszcze prawników, lekarzy, urzędników, akademików, literatów, dziennikarzy oraz ludzi znanych i lubianych. Wszyscy ci ludzie zasługują na to by żyć godnie, a do tego im jeszcze daleko. Warto zwrócić uwagę, że przyrodzona skromność każe im ograniczyć swoje postulaty do kwestii ekonomicznych. Nikt nie żąda przecież, żeby lud prosty mijając ich na ulicy zdejmował przed nimi czapki i pozdrawiał ukłonem. Może dlatego, że ludzie mało teraz chodzą w czapkach, kapeluszach czy beretach, a mody zadekretować się nie da.

Władza w starciu z Inteligencją zawsze przegra, nawet jeśli wygra na poziomie demokratycznym, ponieważ jej zwycięstwo będzie chwilowe. Szacunek zaś, nimb zasługi otaczający wymienionych w pierwszym akapicie jest zasłużony i dzięki pracy jaką wkładają, poświęcając się dla maluczkich tego świata jest przenoszony na kolejne pokolenia. To jakby kwiaty rosnące na stercie społecznego kompostu. Należy o nie dbać i raczej podziwiać niż wąchać, bo kompost zaburza wrażenia węchowe.

Orężem Inteligencji jest przecież nie sam strajk, który jest oczywiście tylko krzykiem rozpaczy, ale na przykład kultura, a tej pokonać się nie da. Orężem są znakomite polskie kabarety, odkrywcze filmy, których przesłania nie pojmuje gawiedź, bezstronne telewizje czy najlepsza w świecie gazeta. Książki, których klasy niższe nie znają, a których złośliwie nie dopisują do kanonu lektur, a przede wszystkim autorytety moralne i zwyczajne. Szczęśliwie Inteligencję reprezentują nowoczesne i postępowe partie polityczne, które chwilowo znalazły się w opozycji także dlatego, że były nielojalne w stosunku do Inteligencji, ale gdy wrócą do władzy, tym razem już naprawdę przychylą jej nieba, w co chętnie wierzy każdy Inteligent.

Hasło, że najlepsi z nas powinni żyć godnie jest hasłem oczywistym. Oczywiście mam na myśli ściśle ekonomiczne znaczenie słowa „godnie”, bo gdyby je rozszerzyć na aspekty moralne czy inne, mógłby podnieść się wielki krzyk o kolejnych szykanach, aż do faszyzmu włącznie.

Dobrym przelicznikiem, wielokrotnie podnoszonym przez reprezentantów Inteligencji jest obywatelka zatrudniona na kasie w hipermarkecie (osobiście nie pojmuję dlaczego, ale ciągle się o tych paniach wspomina). Można nawet zrobić stosowną tabelkę, według zasług i rang, na przykład, że nauczyciel to dwie kasjerki, a dyplomowany to dwie i pół kasjerki. I tak dalej, i tak dalej… To zadanie pozostawiam komuś z Inteligencji, w ostateczności może być dziennikarz.

Należy też pamiętać, że w takim hipermarkecie praca na kasie jest rotacyjna i raz się siedzi, a raz odpoczywa popychając wózek, czy rozkładając towar, a Inteligent jest Inteligentem przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, no chyba, że ma czas by spać. Wtedy nie wiem, to zależy czy śni inteligentnie czy wręcz przeciwnie.  Chętnie bym się o tym przekonał, ale jako prostak nie mam szans. Cóż dodać?

Panie i panowie nauczyciele, strajkujcie godnie!

piątek, 5 kwietnia 2019

Rozmowa



Przy warzywach leniwie. Bez słów biorą, pakują w koszyki. Tylko dziecko: - Mamo, a co to za jabłuszka? – To cebula, c e b u l a! Literuje, każe pomacać, edukuje. Zza mnie wysuwa się damska ręka i cap za mango. Do tego z pretensją w głosie: - Ale naprawdę musisz przy stole, przy mamie, tacie i tych wszystkich ciotkach? On mruczy, odchodzi pchając kosz, ona za nim z tym mango, a tamta pierwsza znowu: - To burak, b u r a k…

W kolejce do kasy ciąg dalszy: - Czy to moja wina, że nasza galaktyka jest mała? To jednak nie polityka, nic trywialnego… Przy stole źle się wyraził o Drodze Mlecznej i ambaras. On z brodą, chudy jakiś. Ona od dołu ciężka, buty kajdaniarskie ale im wyżej tym lżej. Brakuje tylko piórka we włosach. – A przecież są miliardy galaktyk – kontynuuje, a kolejka się przesuwa: szur, szur. Przed nimi grubas już wykłada na taśmę owoce, warzywa, chlebek tostowy. Sama lekkość. Ten dalej, wyraźnie, że nie da się uniknąć słyszenia: O Kosmosie, jaki wielki - wylicza. Do czego to zmierza? Czy skończy wykład jak zacznie wykładać zakupy?

– Ale przeproszę, co mi zależy! – Zostawia ją i z powrotem w regały.

Wtedy ona do mnie, jakby świadoma mojego wsłuchania: - Wszyscy w domu go lubią, ale on jest taki wrażliwy na punkcie religii, zaraz musi powiedzieć swoje. Jest po socjologii, więc… Nie kończy, bo on wraca z bukiecikiem i flaszką. Naprawdę dąży do zgody i już wykłada. Bukiecik, flaszka, dalej ryby, niezliczone jogurty…  

- Skoro tak potężny i tym wszystkim zarządza, jak znalazł czas by tłumaczyć bandzie półdzikich brudasów na pustyni, popisywać się, zmuszać ich… Nieprzekonujące, może nawet antysemickie, ale on wrażliwy. Posiadł wiedzę i ziemię i niebrzydką młodą kobietę. Jest intensywny i w końcu przekabaci wszystkich, nawet starowinkę, która ciągle: Wszystkie nasze dzienne sprawy, przyjm litośnie Boże prawy…

Dzieciom możliwym wytłumaczy. Będą małe, a już brodate przy stole, a on patriarchalnie, stanowczo, jak to socjolog. Może się rozwinie i poruszy wielość wszechświatów, załatwi ich wizją sera z milionem dziur, gdzie każda dziura to właśnie nowy wszechświat. 

Aż dziecko przyprowadzi zięcia, albo synową, a ta nie zje jak się nie pomodli. I kto wtedy, w razie czego, kto po bukiecik, po flaszkę?


czwartek, 4 kwietnia 2019

Kultura


U Białoszewskiego jest tak, że Jadwidze wpadło coś do oka. Most się palił i wszyscy podnieceni. Już w szpitalu, a tu pielęgniarka woła:  

- Ta pani niewidoma i jeszcze jej wpadło coś do oka.

Nie dla zgrywy przytaczam, bo tak jest ze mną. Nie dość, że niewidomy, to jeszcze ciągle wpada mi coś do oka. To oczywiście przenośnia, bo choć moje oczy gasną, najlepiej widzę w ciemności. Cienie w świetle gwiazd – powiedzmy. To też przenośnia. Won z nimi! 

Zastanawiam się, liczę w ilu miejscach nie byłem. Bardzo źle to wygląda i nawet nie będę wyliczał, bo czytający te słowa pewnie byli i zaraz mnie wyśmieją. Dlatego doliczam Kosmos i zaraz wszystko się spłaszcza i żaden bywalec i żaden podróżnik nie góruje, bo kto by się zajmował milionowymi miejscami po przecinku. Ano nikt. Nie znaczy to wcale, że człowiek jest jakimś pyłkiem zbędnym, jakimś gówienkiem przy drodze. Jest na tyle potężny, że potrafi tak właśnie sądzić o drugim człowieku, czyli znowu z perspektywy kosmicznej o sobie samym.

Siedzę na trawie, na skarpie i patrzę na boisko, gdzie w pocie miliona czół uwija się kultura. Każdy chce zabrać trochę mojego czasu, żebym nie poświęcił go temu drugiemu. Jeden wywija gębą jako aktor, a może śpiewak, bo za daleko i nie słychać. Szum ogólny zagłusza. Drugi żongluje książką, a trzeci chyba przemawia, ale dlaczego w samych majtkach? Są i piłkarze, a wszystko przypomina pochód pierwszomajowy, gdzie aktywiści, gdzie oportuniści i pospolici fałszerze rzeczywistości. Jeden przez drugiego, jeden na drugim wreszcie. 

Głaszczę suczkę Azę po łebku: - Popatrz, oni wszyscy chcą nam odebrać spacer. Idziemy. Jeszcze banda wróbli zrywa się z krzewu już żółtej forsycji.

Wczoraj na twitterze wymiana zdań z panem dziennikarzem. On poczuł się kompetentny i dalej, że nie ma Boga. Ja mu na to, że istnienie Boga jest i tak bardziej prawdopodobne niż istnienie jego samego, dla mnie. On ripostuje, że my możemy się spotkać, a z Bogiem żaden z nas nie ma szans.

I na co nam kultura? Wpadło mi to oczywiście do oka, a potem myśl, że nigdy nie byłem w operze na przedstawieniu, ani w filharmonii. Czy tam wpuszczają z psami? Pewnie nie.

piątek, 22 marca 2019

Migawki


Całkiem niedawno media donosiły w nabożnym skupieniu o hinduskim mądrali, który od lat nie je i nie pije, tylko karmi się światłem słonecznym wysiadując pod drzewem. Od czasu do czasu wygłasza jeszcze różne maksymy. Ciekawi mnie, czy poszedł wreszcie na obiad, czy nadal siedzi? Takich historii bez zakończenia jest milion, a każde głupstwo znajduje swoich pilnych miłośników. Z drugiej strony media do tego stopnia weszły w rolę politycznych naganiaczy, że z braku czasu potrafią gdzieś zgubić cały kontynent na wiele miesięcy i tylko katastrofa czy masowy mord przywraca naszej świadomości istnienie państw i ludów. Albo facet siedzący pod drzewem, żeby nie było. Czasem odnoszę wrażenie, że świat jako pewną całość obserwują tylko fanatyczni kibice sportowi, dla których nawet Indonezja ze swoimi 260 milionami obywateli ma stałą wartość, choćby ze względu na istnienie zupełnie takich samych jak u nas lig piłkarskich, koszykarskich czy siatkarskich.

* * *
Śmieszą wspomnienia o tym, jak to za komuny było świetnie. Pełno tego na twitterze. Nostalgia albo pamiętasz… A wszystko w stylu:
Za komuny hodowałem przy domu sześć świń, a karmiłem je tylko resztkami z obiadu. A co to były za świnie! Każda jak trabant! Nie, że plastikowa, ale w sensie wymiarów. Pięć szło pod nóż, a szósta stróżowała uwiązana przy budzie. A ile gazet fajnych było! Na przykład takie Razem, niby dla studentów, ale legitymacji nie sprawdzali i każdy brał, bo była goła baba. A dzisiejsze Razem ma brodę. I tak dalej, i tak dalej. Są nawet tacy, którzy głoszą, że za komuny panowała równość społeczna, a polski przemysł górował w świecie, szczególnie gdy patrzy się pod kątem produkcji kwasu siarkowego.

* * *
W czasach, gdy propaganda wrogich obozów politycznych unieważnia się we wzajemnych atakach, nie ma niczego lepszego dla podwyższenia świadomości obywatelskiej niż media społecznościowe. Dopiero dzięki nim można przekonać się, z kim mamy do czynienia w sferze publicznej. Tam spieszy każdy polityk, dziennikarz czy popularny artysta, by udowodnić zdumionemu motłochowi, że tak naprawdę jest zwykłym cymbałem, a nimb, który go otaczał nie jest wart przysłowiowego funta kłaków.
Oto najwybitniejszy dziennikarz, wykładowca dziennikarstwa, autor dzieł licznych i redaktor naczelny, nie dość, że wali byki ortograficzne, to jeszcze zdaje się nie rozumieć zasad kierujących tak prostym medium jak twitter.
Jednak najlepszym przykładem jest pan profesor Balcerowicz. Ani go lubiłem, ani ceniłem, ale do diaska! - Przecież to profesor, wykładowca, premier, minister i bardzo znany ekonomista. Tymczasem wiedziony jakimś… Nie wiem czym, odnalazł się jako twitterowy mędrzec i publikuje od lat wpisy godne pięciolatka, w których poza stosowną dawką nienawiści można też znaleźć treści świadczące o jego szczerej ignorancji. Gdzie nimb? Jaka w tym sentencja filozoficzna, by za darmo robić z siebie błazna? Tego niestety też nie wiem.

* * *
Adam Struzik z „PSL Reaktywacja”, czy jak tam na imię tej nędzy, chciał zostać polskim Salwadorem Dali, w związku z czym zaprezentował zdjęcie Jarosława Kaczyńskiego z dorysowanym wąsikiem a’la pędzel. Ludzi, którzy nie poznali się na tym znakomitym, zdaniem pana posła żarcie, nasz dowcipniś nazwał nienawistnikami, ludźmi zawziętymi, oszczercami, kłamcami oraz pogardliwcami bez elementarnego poczucia humoru. Oświadczył jednocześnie, że przepraszać nie zamierza, a wszystko w kontekście innego malarza, który swoimi czynami unieważnił imię Adolf.
Oczywiście warto zauważyć, że sam Struzik jest ponurym debilem, bo takie zdjęcie można interpretować na 123 sposoby, nie licząc sposobów głupich i niekoniecznie od razu trzeba potwierdzać swoje najgorsze intencje. Jest przecież Chaplin, Stefan Kisielewski oraz cała masa ludzi, którzy z podobną, dość wątpliwą ozdobą twarzy przemierzali świat. Reasumując: Adam Struzik nie jest i nigdy nie będzie Salwadorem Dali, choćby pojawił się w sejmie ze znajomym mrówkojadem na smyczy. Może co najwyżej aspirować do roli pędzla.


Początek formularza




czwartek, 21 marca 2019

O homoseksualistach i nie tylko


Człowiek z natury rzeczy jest wielowymiarowy i należy do wielu zbiorów, które w punkcie centralnym, tam gdzie się przecinają, ukazują jego pełnię. Tymczasem media i kultura popularna ze wszystkich sił starają się z człowieka zrobić coś w rodzaju płaskiej wycinanki, którą można przesuwać po osi czasu i wydarzeń. Aby osiągnąć cel, a mogąc tylko pośrednio ingerować w samoświadomość, pilnie starają się byśmy tak właśnie postrzegali bliźnich. 

Z pomocą spieszą w tym odczłowieczającym dziele liderzy środowisk, którym ze względu na powodzenie i zasobność materialną wydaje się, że są poza zasięgiem reperkusji, które mogą spaść na ludzi, których przewodnikami sami się uczynili. To w sumie problem typowości, który w wersji literackiej wyśmiewał już Marek Hłasko. I popatrzcie; socrealizm zaginął, pamięć o panu Marku rozpływa się w niebycie, a typowość ma się dobrze, a nawet doskonale.

Wszystkie zabiegi mające na celu odczłowieczenie wynikają z prostego faktu, że człowiek niechętnie przyjmuje pozę radykała i zmusić go do zachowań radykalnych jest niezwykle trudno. Z dumą muszę w tym miejscu podkreślić, że szczególnie trudno zmusić Polaka. Nasi kandydaci na rewolucjonistów wyklinają tę cechę od lat, nie szczędząc nawet naszych przodków, których kości zdążyły rozsypać się w proch i pył. Dzięki niej nawet obecna, dość piekielna awantura związana z roszczeniami środowisk „postępowych” jest tylko dość nużąca w swojej nieudolności oraz bezsensie. 

Aktywiści są bezradni, ponieważ z powodu własnego radykalizmu stoją z definicji na marginesie społeczeństwa i pozostaje im jedynie klepanie dyrdymałów o lęku. Na przykład o lęku przed objawieniem światu swojej seksualnej orientacji. Znaczy się, że homoseksualista, który nie trąbi o swojej orientacji jest zastraszony społecznie. Nie przyjdzie im oczywiście do głowy, że ich brat gej może być człowiekiem kulturalnym, który uznaje, że o pewnych kwestiach nie wypada bajać publicznie. Każdy przecież zna lub znał nużącego heteroseksualnego typa, który przy każdej okazji daje werbalny upust swoim seksualnym upodobaniom, co ma podkreślać jego męskość, a podkreśla raczej prymitywizm. I to ma być ten wzór? Z jednej strony „seksualność to moja prywatna sprawa” ale z drugiej „hej, popatrzcie na mnie!”

Każdy, kto ma znajomego homoseksualistę może bardzo łatwo przetestować na sobie, do jakiego stopnia został już sformatowany. Wystarczy pomyśleć o nim i jeśli nadrzędną cechą jest jego orientacja seksualna, nie jest dobrze z tobą, albo z nim. Tak naprawdę w życiu społecznym jest to, a przynajmniej powinna być, kwestia trzecio czy czwartorzędna. Serdeczność, wiedza, intelekt, zainteresowania… I tak można wymieniać… Kształtują człowieka towarzysko, a jeśli na plan pierwszy wystawimy kwestie seksualności, bardzo łatwo osunąć się w godne mediów szaleństwo. 

Na przykład jeśli jesteś fanem futbolu i twój znajomy, który także ma się za znawcę pieprzy w twojej przytomności od rzeczy na temat piłki kopanej, jakie ma znaczenie, że jest człowiekiem nieprzesadnie rozmiłowanym w damskich wdziękach? Przy czym odwrotnie, jeśli on jest pod wpływem środowiskowej propagandy, może uznać fakt, że przedkładasz powiedzmy Piątka nad Lewandowskiego za atak na jego gejowskie swobody. To bardzo głupie, prawda? Bardzo, ale w sferze publicznej mamy to od dawna. 

Oto prowokator i pętak wyniesiony głupotą wyborców na dość wysokie stanowisko urzędnicze, w zasadzie zajmuje się jedynie prowokowaniem wszystkich dokoła, przy czym jest bardzo prymitywny i chamski, ale gdy tylko ktoś przywali mu werbalnie w zadowoloną z własnego idiotyzmu gębę, zaraz wrzeszczy wniebogłosy, że to z powodu jego seksualności. To też jest bardzo głupie, ale dzieje się na naszych oczach.

niedziela, 17 lutego 2019

Tak pan sądzi, panie Netanjahu?


Ustawiczne przepychanki dyplomatyczne z Żydami na podłożu historycznym stają się powoli nudną rutyną. Po wielu latach dziwacznych uników i pokłonów przynajmniej wreszcie oficjalnie wiadomo, że chodzi o forsę. A skoro tak, to problem jest poważny, ponieważ roszczenia nie zostaną nigdy zaspokojone, no chyba, że starszy brat Izraela zdusi nas swoją potęgą i zapłacimy kontrybucję od głowy, okna czy komina. Na to też oczywiście się nie zanosi, ale uporczywe, namolne ględzenie może trwać w najlepsze, aż przykrość złość i gniew całkowicie zdominują przestrzeń publiczną.
Nie ma tu powiem miejsca na półśrodki, ani mityczne zadowolenie obydwu stron. Każde ustępstwo zrodzi kolejne żądania, zgodnie ze wschodnim rozumieniem polityki. Nie ma w niej czegoś takiego jak trwałe pojednanie. Ręka wyciągnięta do zgody zostanie ogryziona do kości, nie ze złej woli bynajmniej, ale dlatego, że tak trzeba.
Nie ma też mowy o żadnym polsko izraelskim konflikcie, ponieważ poza wpływem jakim Żydzi dysponują na rząd amerykański brakuje do takowego pola. Ten wpływ też nie jest tak absolutny, jak to się u nas chętnie przedstawia. Nawet w kwestii Iranu tak gorączkowo podnoszonej przez izraelską administrację nie wydaje się by jakakolwiek administracja przetrzymała kolejną interwencję w tamtym regionie.
Zupełnie niepotrzebnie chcemy uchodzić za państwo wspierające Izrael, od czasu do czasu bezsensownie oferując swą przyjaźń. Dajemy wtedy okazję do kolejnych ataków i nie jest ważne, czy te ataki są przeznaczone na rynek wewnętrzny czy zewnętrzny. Co nas to obchodzi? Naszym interesem i jedyną sensowną drogą jest zachowanie chłodnego dystansu. Stąd cieszy mnie zapowiedź prezydenta, że wycofamy się z dzikiego po prostu pomysłu organizacji spotkania Grupy Wyszehradzkiej w Izraelu. Jeśli tak się stanie, będzie to pierwszy krok w kierunku normalizacji wzajemnych stosunków.
Naprawdę nie ma się czym specjalnie ekscytować. Wystarczy skończyć z drażniącym przyjmowaniem izraelskiego punktu widzenia za swój, choćby dlatego, że tak naprawdę nie mamy z Izraelem więcej wspólnego niż, powiedzmy, z Argentyną. I tak niech zostanie. Chłodna poprawność zamiast ciągłej reakcji na zaczepki i ciągle powracającego gniewu.
Skończmy też, ale to już uwaga nie do rządu, z nieustannym powtarzaniem bredni o tym, jak w przeciwieństwie do nas skutecznie działa izraelska dyplomacja i zawsze z korzyścią dla siebie. Tak skutecznie działa, że po kilkudziesięciu latach, jak na początku, tak i teraz jest otoczona przez jawnych wrogów, a analiza pierwszego lepszego głosowania w żywotnych dla Żydów kwestiach w takim ONZ pokazuje, że poza Stanami Zjednoczonymi oraz państwami orbitującymi wokół tej militarnej potęgi wszyscy inni są zwykle przeciwko. Jest to skuteczność rozkapryszonego bachora, który ma brata atletę.
Jeszcze przyjrzyjmy się na koniec politycznym rynkom wewnętrznym Polski oraz Izraela. Skoro tam warunkiem pozytywnym wybieralności jest negatywny stosunek do Polski i Polaków, podobnie w warunkach nieustającej awantury powinno być i u nas, a nie jest. Liczący na zwyżkę mądrale zasypujący internet zdjęciami prezydenta i premiera w jarmułkach i wrzeszczący na forach o żydowskim rządzie PiS-u, wbrew swoim nadzieją nadal siedzą w klatce 1%.
Jak się to ma do naszego rzekomego antysemityzmu, porywczości czy politycznej głupoty? Jaką przewagą intelektualną czy moralną dysponuje Izrael skoro antypolska hucpa gwarantuje tam polityczną wybieralność? Naprawdę, dajmy sobie spokój i reagujmy po pańsku unosząc brew i pytając z lekko zaznaczonym znudzeniem:
- Doprawdy tak pan sądzi, panie Netanjahu?


sobota, 16 lutego 2019

Uwagi drobne na kanwie porannej lektury serwisu gazeta.pl


Świat jest trudny. Wczoraj bomba atomowa, a dzisiaj na pierwszej stronie serwisu gazeta.pl najciekawiej zapowiada się tekst „Iwona z Łomży nagle zaczęła mówić płynnie po angielsku. Wystarczyło”. 
Wczorajszy dzień w polityce był w ogóle bardzo zabawny. Sensacja roku, której sensacyjność trzeba tłumaczyć zdumionym odbiorcom, wyrażając przy tym jawne niezadowolenie z ich ciemnoty. Sądzę, że zabrakło odrobiny poezji. Znalazłem ją o dziwo w dziale ekonomicznym Gazety. Jakby tego było mało jej autorem jest Niemiec, barwnie opisujący pokojową polską ekspansję na wschodnich rubieżach swojego potężnego państwa. To po prostu piękne:
„"W pewien zimny deszczowy wieczór po pracy, podczas gdy polski rząd stale oddala się od Europy, polska rodzina z zachodniej części kraju wypoczywa w swoim jasnym wschodnioniemieckim pokoju mieszkalnym. Radio nastawione jest na polską stację, na ekranie plazmowego telewizora widać kolorową grę wideo. Przed wjazdem na posesję zaparkowane są trzy samochody na polskich rejestracjach. Za ogrodzeniem szczekają psy. Blade światło latarni oświetla brukowaną drogę w Menkinie - miejscowości z bardzo starym kościołem i 167 mieszkańcami" - czytamy w całostronicowym reportażu.

* * *
Pamiętam emocje związane z obradami Okrągłego Stołu. Przypominały nieco reakcję na puszczane wówczas przez radio piosenki, w których tekstach można się było doszukać antyreżimowego przekazu.
Pierwsza i odruchowa: - Ale dają…
Druga i rozumniejsza: - Dają tyle na ile komuchy pozwalają.
Wcześniej Okrągły Stół kojarzył mi się z rycerzami, królem Arturem, Lancelotem, a ci z kolei z filmem „Monty Python i Święty Graal”. Teraz kojarzy mi się diabli wiedzą z czym.
Trzydzieści lat temu Adam Michnik uchodził za radykalnego antykomunistę. Gdyby ktoś zechciał młodzieży przybliżyć rozmaite związane z tymi obradami niuanse i wyskoczył z tym przykładem, większość spyta najpierw:
-A kto to jest Michnik?
I to jest świetne. Guma sparciała i dmuchane polityczne lale naszej młodości znalazły się w składziku na zapleczu. Wrzeszczą, kopią, tumanią, ale tak naprawdę już ich nie ma. Może kiedyś, gdy i nas nie będzie ten dziwny mebel, który był w zasadzie oznaką symbolicznej równości odzyska dawne świetne, bo legendarne znaczenie.

* * *
Chciałem coś napisać, ale mam na słuchawkach Lesia Millera w radio TokFm i do głowy przychodzą mi tylko przekleństwa. Po cholerę ludzie w średniowieczu w ogóle je wymyślili? Wystawcie sobie, że nawet językową przestrzeń dla przekleństw jakie znamy trzeba było wymyślić. Zastąpiły w języku zaklęcia, w przykrym momencie, gdy ludzie zorientowali się, że coś słabo działają. Początkowo próbowano je zarezerwować dla warstw wyższych i z oburzeniem opisywano jak to chłop prosty przeklina niczym szlachcic. Był to towar deficytowy do tego stopnia, że biedni Francuzi początkowo importowali przekleństwa z Anglii. 

I właśnie przez takich ancymonów nie potrafię niczego sensownego napisać. Dodam tylko, że wraz z rozpowszechnieniem się przekleństw rozpoczęła się walka z mową nienawiści. Tamtejsi publicyści narzekali na idiotyzm władzy, która za przeklinanie wymyślała drakońskie i niesmaczne kary w rodzaju ucięcia języka. W ten sposób sprośny zwyczaj tylko się rozprzestrzenił, bo nikt podobnych sankcji nie brał poważnie. Ludzie praktyczni zalecali natomiast by stosować zamienniki, na przykład wyklinając Boga zamieniać jego imię na „buty”. Bezpiecznie i racjonalnie. Tyle tylko, że po 700 latach nie mam zamiaru wobec tak marnych typków jak Miller czy jego rozmówczyni Lewicka używać jakichś śmiesznych zamienników, a język jest mi drogi z wielu powodów.

* * *
W dzisiejszej Wyborczej rozważania na temat inteligentnych domów. Lepiej by się zastanowili nad inteligencją własnego redaktora naczelnego.

* * *

Na żywo, dosłownie każdego dnia przekonujemy się, jak ważna jest historia i stosunek do niej. Pewnie dlatego pracowicie podważano i nadal podważa się jej znaczenie. Obecnie rządzący pomimo licznych w tym względzie deklaracji, w zasadzie poza tworzeniem nowych historycznych mitologii i płaczliwym domaganiem się uznania też nie mają się czym pochwalić. Świetnie, że mówi się o partyzantce niepodległościowej, o rotmistrzu Pileckim, że odkłamuje się, choć niezwykle ostrożnie, bujdy wpajane społeczeństwu przez dziesięciolecia, ale brak w tym ujęciu szerszego spojrzenia.
Opiewa się i podświetla punkty, podczas gdy pozostałe wydarzenia tkwią w ciemności. To jak nowoczesne interaktywne muzeum, które prowadzi zwiedzających od eksponatu do eksponatu ku finałowi, gdzie czekają gotowe wnioski. Widzimy bohaterów i poszczególne wydarzenia, ale nie jest to klasyczna oś czasu. Brakuje też związków przyczynowo skutkowych. Oczywiście szkoła nie nauczy historii, ale powinna dawać chętnym narzędzia do jej amatorskiego badania.
Dzisiaj młodzi ludzie stają bezradni przed ogromem ukazującego się materiału nie zdając sobie sprawy, że większość dzieł to płody nieuków, historycznych grafomanów i propagandowych groszorobów. Tkwimy pomiędzy sprzecznościami motywowanymi politycznie i nie potrafimy przez to odpowiedzieć na dziwaczne zarzuty rozmaitych zagranicznych nieuków o wybitnie złej woli, ponieważ nasze odpowiedzi muszą być zrozumiałe dla nierozumiejącego historii społeczeństwa.
Wkładane w to wysiłki są daremne, a przy tym zabierają czas i energię, gdy trzeba zacząć od początku. Dosłownie. Narzędzia w postaci historycznych badań DNA są gotowe i już używane, ale o tym cicho. To ważne, bo warto w końcu zrozumieć skąd się wzięliśmy w tej naszej Polsce. Nieistotne? A stutysięczny tłum idiotycznych turbolechitów to nic? A może chcecie się za kilkanaście lat dowiedzieć, że Bolesław Chrobry był po prostu starą Żydówką? Jeśli uważacie, że to niemożliwe, włączcie telewizor.