niedziela, 29 listopada 2009

Zbaraż. Sny szybkie

Grudki błota, jak się im przyjrzeć z bliska, wyglądają jak pokruszone kawałki sera. A te blade nitki to ma być trawa? Diabli nadali. Leżę troszkę zagrzebany w piasku a troszkę w błocie i wyglądam spod darni. Ostrza sześciu dzid. Dzidek raczej – Są w porządku dzidki moje ulubione. Ostre i gotowe do użytku. Szabla w garści. Rezerwowa po martwym kumplu w zasięgu ręki. Muszkiet przede wszystkim. Też zdrowy.
Patrzę a tam ogniska palą. Przewracam się na bok, chcąc pana Orkowskiego zapytać, ale śpi biedaczek na lufie łeb kudłaty złożywszy. Też się ułożyłem i zaraz sen mnie napadł.

Budzę się okutany w skóry niedźwiedzie. Ruszam lewa ręką – boli. Ruszam prawą – nie boli. Siadam na posłaniu. Okrutnie trzęsie. – Ej, Antek, pohamuj konie, szczać pójdę!

Cisza. Tylko powóz terkoce i podskakuje jak waryjat.

Odsłaniam w powozie tajemniczym zasłonę a tu nic, ino księżyc jak pysk hetmana Potockiego na czarnym niebie się pławi.

- Stańże woźnico, kimkolwiek jesteś! – Wołam

Nic, ino konie prychają w całkowitej ciemni. Łeb na wiatr wystawiłem, ale choć księżyc blaskami swemi bije, przecz zadów końskich nie widzę. Tylko tarcze złocistą Onego Księżyca przechery. Będzie mi tu, prawda, świecił!.

Wtedym sobie uprzytomnił, żem ja przecie w Zbarażu, w ziemi niczym jaźwiec zagrzebany, darnią okryty leżę. Sen mara a Bóg wiara!

Nagle –„prr”- słyszę. Stajemy.

- Wysiadaj waść, bo za chwilę… Jak nie wysiądziesz to razem z tym powozem w ostatni niebyt zapadniesz!

Wylazłem. Ciemno. Zimno. Pod nogami jakby jakaś krucha spalenizna. Pomacałem szabli. Jest moja ulubiona. Szlass! Błyszczy przy onym gębatym Księżycu. Szturchnąłem szabelką krzak. W pył i popiół raczył się rozsypać.

- Znaczy się, co? – Pytam, bo zdurniałem. – Umarłem, czy jak?

- Ja za ciebie nic nie wiem – Odpowiada głos – Ostając w onej pokracznej kolasce miałeś szansę rozpłynąć się w nicości. Wylazłeś to masz szansę szukać!

- Czego szukać? Przecz to spopielała pustynia jest!

- Jak to, czego? Odpowiedzi na jedno, jedyne pytanie!

- Jakie pytanie?

- Po kiego diabła wylazłeś z powozu? Jechałeś Waszmość do piekła a teraz się po popiołach będziesz włóczyć….

Huk! Ryk pocisków i wrzask atakujących. Za muszkiet. Bach! – W piersi nieznajome ogniście, ale już drabiny na wały kładą. Lezą jak te muchy! Noc w dzień zmieniona!

Cud Marsa!

W pysk strzelam. Jakby mrugnął jeszcze do mnie zza zasłony śmierci, ale przecie spadł w ciemność.
Drugiego przez skroń szablą szczęśliwie zmacałem! Trzeciego podparłem dzidą ulubioną, a że gruby był, już mu się tam sadło… I tak rękami śmiesznie niczym wiatrak wymachiwał. Ściąłem go bom łagodny.

Kiedym się brał z cale czerwonym kozakiem na szable, nie zauważyłem jak mnie od lewej taki jeden mrucznie i po cichu zaszedł.

Pan Orkowski, sąsiad przecie, wprost w ucho mu strzelił. Oblał mnie mózg Onego zadziornego fantasty! Mózg i jakieś inne głowniane klaśmęta.

Ryk jak sto tysięcy diabłów. Stoję na pozycji i główna rzecz, odpycham. Walę w łby ludzkie, dźgam w ludzkie trzewia, strzelam jak mam muszkiet szczerze nabity, w ludzkie głowy, a kole meni, towarzysze po równemu pracują.

Nagle fala się cofa. Już nie ludzie osobni, ale szczera ciżba.

Wiwatujemy! Już płomyczki fajerwerków. A takie syny! Kniaź Jarema w oddali jakby srebrny a inaczej patrząc jakby wiśniowy. Diabła tam!

We krwi się ślizgam. Najpierw klękam, zaś siadam tyłem do wroga i ciężko dysze, i szable ubłocona oglądam.

-Panie Orkowski! Przebóg, życie mi Waść ocalił!

-Albo i sobie tyż – Mruczy i maniereczkę zgrabną mi podsuwa. Całkiem jak trup blady.

- Blisko byli z kurwy syny, aleśmy dać się nie dali!

- Jezusie Nazareński, Królu Żydowski! – Próbuje wstać.

Jak mnie tu jakis olbrzym nagle nie ułapi niczym niedźwiedź jaki. Choć wasć! Choć, bo okazja jest przednia!

Pchają mnie, borsuk by w takie zbiegowisko lazł!

Siedzi w blasku pochodni taki jeden ogromny ancymon litewski, a przed nim pięć głów.
Jak u Ormianina na straganie. Litwin dyszy ciężko.

- Te trzy, owszem ściął ja, ale te dwie to osobna sprawa.

Ulubiony Zagłoba sępi gorzałkę aż przyjemnie posłuchać jego gaduły. Sobieski Marek pędzi z gąsiorkami. Pijemy nieźle aż tu Pan Orkowski za rękaw mnie łapię, cobym zaprzestał, bo rano znów trza będzie szablą robić.

- Idziemy na wały – Mówi! Dobrze się Podbipięta sprawił ale nie nasza to rzecz. U nas w wielkiej Polsce po tuzinie głów nasi przodkowie ścinali. Byle, panie Jarecki nie zasnąć! Byle nie zasnąć do świtu!
Idziemy.

W blasku ognisk i chwały Zagłoba liczy gąsiorki darowane przez Sobieskiego i drze całkiem niepolitycznie mordę, że ktoś zajebał siódmy gąsiorek!

Siadamy.
Pan Orkowski sukni wojennej uchyla i zza skrwawionego pancerza lubą, omszałą, szyjkę ukazuje.

No braciszkowie! Kalisz i Golina to są dwa bratanki… Żadnych snów!
Jutro szturm.

sobota, 28 listopada 2009

Bluzger S24 Jarecki, "wali z autorytetu literackiego"

Ludzie są tak mało oczytani, że po prostu szok! Na różnych, a szczególnie na jednym portalu, trwa „mizianie” nazywane przez ludzi pochopnych dyskusją na temat używania słów powszechnie uważanych za wulgarne. Padają argumenty takie i owakie, ale nikt się jakoś nie podpiera autorytetem klasyka.
Wiaruchna książek nie czyta, a jak już czyta to broń Boże wstępów i epilogów.
Przygody Szwejka, co bystrzejsi znają, ale najwyraźniej nikt nie kuma epilogu do tomu pierwszego, ponieważ dawno by go użyto jako broni laserowej z przytupem.
No to, prawda, przepisze fragmenty, a przepisywania nie cierpię!

Panie Jarosławie – Proszę bardzo!

„ Jeśli trzeba użyć jakiegoś dosadnego wyrazu, nie waham się go podać. Stylizowanie lub wykropkowywanie czegoś jest dla mnie najgłupszą obłudą. Słów takich używa się i w parlamentach.

Słusznie powiedziano kiedyś, że dobrze wychowany człowiek może czytać wszystko. Nad tym, co jest naturalne zastanawiają się tylko największe świntuchy i wyrafinowani rozpustnicy, którzy w swojej zakłamanej moralności nie biorą pod uwagę treści, ale ze złością rzucają się na poszczególne słowa.

Przed laty czytałem krytykę jakiejś nowelki, w której krytyk oburzał się, że autor napisał: „Wysmarkał się i utarł nos”. Sprzeciwia się to rzekomo wszystkiemu, co estetyczne, wzniosłe, co narodowi dać powinna literatura.
Oto mały przykład, jacy głupcy chodzą po ziemi.

Ludzie, którzy lękają się mocniejszych wyrażeń, są tchórzami, bo naga rzeczywistość ich przeraża, a tacy właśnie słabi ludzie są największymi szkodnikami kultury i charakteru/
Tacy wychowaliby naród jako gromadę przeczulonych człowieczków, masturbantów fałszywej kultury w rodzaju św. Alojzego, o którym powiedziano w księdze mnicha Eustachego, że gdy św. Alojzy usłyszał, jak jeden mąż z wielkim hukiem wypuścił wiatry, rozpłakał się i w modlitwie dopiero znalazł ukojenie.

Tacy ludzie ujawniają publicznie swoje oburzenie, ale z niezwykłym upodobaniem chodzą po publicznych szaletach dla odczytywania nieprzyzwoitych napisów na ścianach.

Od szynkarza Palivca nie możemy wymagać, aby mówił tak wykwintnie jak pani Laudova, dr Gruth, pani Fastrowa i całe zastępy tych, którzy najchętniej uczyniliby z całej Republiki Czechosłowackiej jeden wielki salon z parkietami, gdzie wszyscy chodziliby we frakach, w rękawiczkach i gdzie kwitłyby dobre maniery, A POD PIĘKNYMI POZORAMI LWY SALONOWE ODDAWAŁYBY SIĘ NAJNIKCZEMNIEJSZYM WYSTĘPKOM.”


Tyle Jarosław Haszek, prawie sto lat temu ( jak ten czas leci!)

poniedziałek, 23 listopada 2009

Ogniem i tym co podejdzie!

Orkowski na stołku się bujał łykając, a co miodu łyknął to się mocniej bujnął.

- Panie Orkowski – mówię – nie bujaj się wasze, bo morskiej choroby dostanę od tego waszmościnego bujania, a to, tfu, obrzydliwa i heretycka jest przypadłość.

- Inom się nie spodziewał, że na takim zadupiu, mają miód niczym jakiś dziwny i okrutny Samson, eeip… okrutny!

- To sieć jest międzynarodowa, drogi Orkosiu – „Dzikie Pola” się zwie, a kapitał w niej mocno jest międzynarodowy!

- W rzyci mam kapitał – Odpowiada bujający się Orkosiu i tajemniczo dodaje: – Jeszcze się ten ich Marks nie narodził!

O czym mówi, nie wiem, ale węgrzyn niczym miód – To i w czubie musi być u dzielnego Orkosia dobrze!

W tym momencie obudził się Nicpoń i jak to on zaraz szabli szuka i przekrwionymi gały wszędzie wywraca.

- Cichaj! – Mówię. Oręż waściny u karczmarza Żydowiny schowan dla spokojności.

- Mam tu osobliwą książeczkę – mówi uspokojony Nicpoń – Pod nos mi podtykając nie żadną tam książeczkę, ale tomiszcze szczere in oktawo.

- A o czym, one dzieło? – Pytam udając ciekawość.

Nie doczekałem odpowiedzi, bo nagle tumult powstał i rumor, z tego, że wszyscy przytomni wstawali ławy precz odsuwając i niczym gąsiory szyje wyciągali.
Albowiem przy vipowskim stoliku rozruch powstał.

-, O co tam chodzi – Pytam jednego takiego hołysza w niegdysiejszych barwach książęcych.

- Wszyscy – Odpowiada – wąsem na mnie ruszając – rozprawiają tu od trzynastu pacierzy o ucieczce Chmiela, a tamten młody z brodą, niejaki Skrzetuski co do Krymu posłował, Chmiela z arkana bez żadnej potrzeby uwolnił...

-, Co jest? Jakiego Chmiela? – Dopytuję, bo odkąd wdałem się z Orkosiem i onym przykrym Nicponiem, o polityce żadnego pojęcia nie mam. Ot napić się do syta, babę chędogą za cyc ucapić, siabli zardzewieć nie dać… Tyle naszego!

- No, tego buntownika Chmielnickiego! Patrz waść na Czaplińskiego, jak na pysku sczerwieniał! Istny burak!

- A co to za gruby ślachcic brodaty jako cap, z bielmem na ślepiu?

- Niejaki Zagłoba. Mówią, że przechrzta albo i gbur szczery, ale pyskacz wielki. Sejmowa gęba!. Patrz Pan, co się dzieje!

Patrzę i widzę najnormalniejszą w Polszce awanturę, zupełnie taką samą, jakie bywają „Pod kalichem” czy w naszym „Zerwikapturze” Widzę między onymi awanturnikami starego Zaćwilichowskiego z Unii Wolności. Co ten tam robi, pojęcia nie mam?

Czubi się Czapliński z tym całym Skrzetuskim.

Pierdolnął w stół pięścią Czapliński – Podskoczyły szklanice.

W nagle zapadłej ciszy, ciszy takiej ze słychać sto pieprzonych much uwijających się w izbie, Skrzetuski odzywa się głosem grobowym:

- Nie wylewaj waćpan wina!

Za chwilę to samo!

- Zanim dojdą do pointy, będziemy brodzić jak te czaple w winie. Na szczęście mam gumiaki!

Ale gdzież tam! Już ten cały Skrzetuski ( popularny „Skrzat” ) podnosi się całą swą potężną postacią i chwyta staruszka Zaćwilichowskiego za kurtkę und galoty. Dalejże nieść. Dalejże drzwi onym otwierać i w gnojowisko dziadka – ptaszka smyrga jak z kołczana strzałę! Wraca i do Czaplińskiego:

- Przeproś, bo inaczej, też tak wylecisz.!

Nie przeprosił. Wyleciał!

Zagłoba się śmieje. Przez hulające na wietrze drzwi widać jak Czapliński z Zaćwilichowskim umawiają się w sprawie adwokata.

Przy vipowskim stoliku śmiech, że niby „górą nasi”

Wstałem i mówię:

- Weź mnie Pan , panie Skrzetuski wyrzuć za niemi, albo, co?

Nicpoń mnie odpycha i się pcha – wieśniak – Mnie wyrzuć Acan!

- Ja! Mnie! – dodaje opity do imentu dzielny Orkosiu!

- „Ja” – To w husarii dupa! – Zauważa nie bez racji Nicpoń i pada nagle na podłogę niby gromem, a tak naprawdę gorzałką rażony.

Zostałem nagle, jakby nie patrzeć – sam.

- Ledwie waćpana ujrzałem, od razu pokochałem! Choć do naszego VIPowakiego, znanego z historii literatury stolika. Wina Żydzie!!! – drze mordę Zagłoba!

Cóż robić? Siadam. Był tam jeszcze taki umięśniony grubas. Przedstawili go jako Minimusa Podbipięte.
Litwin, ale fajny facet.

- Mówił mi ociec, że z moja posturą…Rozumiesz wasze – albo się będą mnie bali, albo ze mnie śmiali.

Piliśmy tydzień!

A mówią, że Czechryń to dziura i go do autostrady
Kulczyka porównują.

Obudziłem się widzę. Kura się przechadza. W zasięgu ręki nicponiowi księga. Łeb żarzy. Język w gębie niby sowa w dziupli. Ktoś jęczy. Inny za oknem wyje. Księga.

Pierwsza strona – bezsensowny obrazek.
Druga – tekst – Czytam!

„ 2010 był to dziwny rok….

niedziela, 22 listopada 2009

W internecie sarenek brak

Jadę sobie kiedyś autkiem a tu patrzę, sarny. Naliczyłem osiemnaście sztuk. Coś tam skubią. Chłop zasiał a te skubią. Ładne sarenki. Jeszcze trzy wyszły z krzaków. Wyjąłem kalkulator i dodałem. Wyszło mi dwadzieścia jeden. Widząc, że w cholerę dobra się marnuje poczułem w sobie żyłkę myśliwską.

Nie, nie poszedłem na łatwiznę i nie zapisałem się na jakiegoś głupiego myśliwego. No, trochę poszedłem, bo najpierw sam próbowałem zrobić sobie łuk, ale tylko kujnąłem się gałęzią w oko i tydzień chodziłem z opatrunkiem. Wyglądałem z przepaską jak pirat, a nie chciałem być piratem tylko zwykłym Robin Hoodem.

Łuk kupiłem w necie i dalejże w las. Przemykam się i skradam. Czujny jak diabli, bo to i na leśniczego trzeba uważać. Wyglądam na to pole zza krzaka. Cisza. Zimno jak diabli a saren nie widzę. Nie - Patrzę dokładniej. Jest jedna. Skubie sobie oziminę. A tu ten mój skretyniały pies, jak nie zacznie szczekać! Musimy zawrócić, bo zapomniałem, że wybrałem się do lasu z psem.

Nie mam psa, ale co to za wyprawa na łowy bez psa? Na całej ulicy nikt nie trzyma psa myśliwskiego, tylko jak nie przekarmiony buldog, to wilczur. Dużych psów się lękam, a znowu nie pójże do lasu z jakimś kurduplem w kieszeni. Sąsiad akurat ma trzy takie czarne kundle średniego wzrostu. Prawie identyczne i wszystkie mają na imię „Michu”
Zagadałem, a sąsiad zaraz się zgodził pożyczyć jednego „Micha” w zamian za kawałek sarniny.

- Jak go odyniec rozszarpie, też wielkiej straty nie będzie! – mówi

Trochę mnie tym odyńcem postraszył i zaraz popełniłem drobne faux paux z tych nerwów. Ciągnę, rozumiecie za smycz ile wlezie, a ten cały Michu coś bardzo się opiera i w końcu mówi: - Gdzie mnie, prawda, ciągniesz?

- Do lasu na polowanie, a gdzie? – odpowiadam, ale zdziwiłem się, że pies mówi.

Odwracam się, patrzę, a w tym zamieszaniu zamiast wziąć na smycz psa, wziąłem sąsiada. Dopieroż przepraszać za tak niezwykłą pomyłkę.

Idę w końcu z prawdziwym Michem, a ten zamiast tropić w kółko szczeka. Dałem mu patyk. Przestał. Niesie patyk a ja dopiero teraz zauważyłem, że z tym psem więcej kłopotu będzie niż pożytku. I właśnie. Jak tylko zobaczył sarnę, zaraz wypluł patyk i dalejże szczekać!

Na szczęście sarna albo głucha, albo mało bojąca. Stoi jak stała. Skubie jak skubała. Skubana!
Teraz przypomniałem sobie z filmów, że trzeba podchodzić bydlątko pod wiatr, żeby nie poczuło mojego zapachu. Jak na złość w ogóle nie ma wiatru. Nawet listek nie drgnie. O takim przypadku w filmach nie mówili, albo nie zapamiętałem. Uciąłem kozikiem gałąź ze świerku, bo zachciało mi się powtórzyć znaną sztuczkę z „Makbeta”
Wiadomo, że taka sarna sztuki nie zna to się nabierze.

Micha na wszelki wypadek przywiązałem do drzewa i żeby nie szczekał dałem mój berecik do zabawy. Niech ma!
Zbliżam się. Sarna nic. Skubie. Z dziesięciu kroków trafię jak nic. Ostrożnie zdejmuję z pleców pokrowiec. Z pokrowca wyciągam łuk wraz z instrukcją obsługi.
"To i owo. Strzałę zakładamy…" - Wiedziałem, że o czymś zapomnę! No tak. Taki jest los pochopnych myśliwych - nuworyszy.

Patrzę na tę sarenkę i tak mi jakoś serce zmiękło, że nawet gdybym nie zapomniał strzał, pewnie bym nie strzelił.
Miłe zwierzątko. Co ono mi w sumie winne? Zrobiłem jej kilka fotek komórką.
Spokojnie sobie skubie, niech się, prawda, posili. Jak to się patrzy skromnie!

I wtedy rozpętało się piekło! Z zarośli wytoczył się czerwony na pysku grubas z flintą!

- Szlag by cię trafił, cholerny ekologu! Nawet sobie człowiek przy niedzieli nie może spokojnie postrzelać! Pilnuje drab przeklęty!

Sarna w nogi. Grubas do mnie! Michu zaczyna ujadać!

- O jeszcze psa do lasu sprowadził! Zabiję tego kundla!

Przez pole sadzi od południa jakiś dziany facet w kufajce z widłami!
Coś tam krzyczy o deptaniu jego pola i świętej własności rolnej!
Gruby myśliwy w nogi! Ja w nogi po Micha!

A tam cała ekipa. Jakieś baby, pan policjant i wszyscy do mnie z pyskiem, że gorzko pożałuję okrucieństwa w stosunku do „tego uroczego kundelka” jak wyraziła się jedna taka w okularach.

- Pewnie na wczasy jedzie i pies mu przeszkadza to do drzewa przywiązał jego na zatracenie!

Zacząłem się głupio tłumaczyć i pokazuje łuk, że niby tylko na chwilę…
Już mnie chcą aresztować za znęcanie oraz kłusownictwo, a tu czerwona gęba wpada i wrzeszczy, że złośliwie jako ekofaszysta uniemożliwiłem mu strzelenie sarenki. I flintą przed policjantem wymachuje.
Zmiana sytuacji. Baby na myśliwego, a mnie ta w okularach w zmarznięte poliki całuje.
Chłop oparł się na widłach i nic nie mówi.

Odwiązałem Micha a ten ni w pięć ni w dziewięć cap policjanta za nogawkę!

- Zastrzelę bydlaka! – Wrzeszczy policjant. Baby na mundurowego. Myśliwy zapala papierosa. Wykorzystałem zamieszanie i dalejże na niego:

- W lesie jesteś chamie, gdzie rzucasz zapałkę? Chcesz las spalić!
Włącza się chłop.

- Właśnie! I ten kawałek lasu, aż do drogi jest mój prywatny. Idź pan do państwowego i tam se pal!

Teraz już wszyscy wrzeszczą. Odebrałem Michowi baretkę. Nawet nie pogryzł tylko lekko poślinił. Naciągnąłem na uszy i razem z Michem do domu.
Przyroda, spokój – psia krew – Jak na jarmarku!

x x x

- I co było dalej?

- Co dalej? Nic nie było dalej. Odprowadziłem Micha. Zamiast sarniny musiałem wybulić za wypożyczenie psa dychę. W domu zebrałem opiernicz za włóczęgostwo. Zmarzłem, wypiłem herbatę. Usiadłem do komputera. Zajrzałem do netu, a tam…

- Co tam?

- Nic, to samo. Wszystko to samo. I polowanie i myśliwy i wrzaski i policja, tyle tylko, że niestety sarenek brak.

sobota, 21 listopada 2009

Ci, którym ładnie jest w czerni

Nie każdy, kto się nadyma, że „w czarnym mu do twarzy” ma z rozmaitych powodów szanse zostać księdzem. Na przykład ateista czy inny żonaty ancymon. Wtedy pcha się na sędziego. Jeśli zaś nie mógł zostać Anną Maria Wesołowską by wygłupiać się w TVN, nie zna się na spalonych i rzutach karnych, by ględzić w studio TV, zostaje sędzią piłkarskim.
Nawiasem mówiąc, doskonale widać na tym przykładzie, ile znaczy tupet w drodze do sukcesu. Niewielu się zna, a tysiące sędziują.

Skoro w piłce nożnej mamy sędziów, dlaczego do cholery, nie mamy piłkarskich prokuratorów i adwokatów? To, co najmniej dziwne!
Wiem - Są we Wrocławiu, ale nie o to mi chodzi.

Mecz. Piłka do skrzydłowego. Ten centruje na krótki słupek a nadbiegający napastnik pada na murawę w starciu z obrońcą. Leży. Znaku życia nie daje!

W tym momencie na boisko wbiega licencjonowany prokurator piłkarski z segregatorem pod pachą i oskarża obrońcę w trybie natychmiastowym o spowodowanie upadku napastnika. W segregatorze ma statystyki oraz opisy faulów rzeczonego obrońcy z uwzględnieniem dat, godzin oraz kwadr Księżyca.
Już byłby karny, ale adwokat drużyny broniącej rozwala te argumenty wyciągiem ze swojego skoroszytu, gdzie ma sto opinii o przewróconym napastniku.

- W szóstej klasie podstawówki symulował Odrę – krzyczy!

Niezorientowana patriotycznie, historycznie i literacko publika intonuje

- „Przejdziem odrę, przejdziem ospę – będziem Polakami”

Wtedy włącza się do akcji „papuga” drużyny atakującej, z braku argumentów rozbierając się do naga.

Wzywani są kolejni świadkowie zajścia. Niespodzianka jest to, że większość wezwanych ma zwolnienia chorobowe wystawione przez NN lekarzy. Tumult. Ludzie ciągną się wzajemnie za kłaki i kopią po łydach.

Sędzia po godzinie przepychanek, by załagodzić sytuację wydaje w swoim mniemaniu salomonowy werdykt. Korner!

Teraz tłuką się wszyscy. Jakiś wariat powołuje ławę przysięgłych z kibiców sektora „D” Policja używa armatek wodnych.

Uff. Dobrze, że tak głupie pomysły jeszcze nie znalazły uznania w FIFCE.

Ale, że nie ma takiej próżni, której nie da się zapełnić głupotą, faceci, którym „fajnie w czerni” a którzy nie nadają się ani na Annę Marię Wesołowską ani na sprytnego rozjemcę futbolowych meczów , tymczasowo popisują się jako administratorzy pewnej platformy blogowej.

- Był, kurwa, karny. Kopnął go w goleń, szarpał za ucho i porwał sztuczną szczękę naszego napastnika!

- Ale nie podważy Pan ekspertyzy eksperta, który jasno wskazuje, że wymieniona sztuczna szczęka została kupiona na bazarze od obywatela o skośnym układzie buzi!

- Pan jest rasistą!

- Nie, to Pan jest rasistą! Usuwam Pana!

- Sam się pan usuń! Ja się sam usunąłem i możesz mi pan skoczyć!

- Panu skoczyć? Ciekawe, na co, he he he?

- Ja pana banuję na zawsze!

- A ja pana! Niech sobie tu Osiecki pisze!

- A pewnie, że napisze, jak pan znikniesz i się nie będziesz dopierdalał!

- Co pan mówi? Ja się dopierdalam? Karny! Złapał piłkę w ręce!

- Hmmm… Może i złapał, ale niech pan zwróci uwagę, jakie wypielęgnowane paznokcie…

- Paznokcie? O co tu chodzi?

poniedziałek, 16 listopada 2009

Dom Elżbiety XV - Nowa opowieść ( Iwona )

Elżbieta poszła spać. Wsunęła się pod kołdrę i wyciągnęła rękę w stronę lampki by ją zgasić…cofnęła jednak rękę. Jakoś nie chciała zostać w całkowitych ciemnościach, po tym co widziała. Pamiętnik nadal spoczywał na stole, nie miała ochoty go dziś nawet gdziekolwiek przekładać. W końcu zmęczenie, czy prysznic w chłodnej wodzie, bo okazało się, że nie tak szybko woda w bolierze się grzeje, zwyciężyło nad obawą, która ją opanowała i zasnęła.

Gdy zasnęła usłyszała wołanie „Elżbieto!”. Wiedziała, że jest to sen, a mimo to bała się, wyraźnie czuła, że to głos Zofii. Potem biegła po leśnym trakcie wraz z nią, tamta śmiała się do niej, biała sukienka Zofii powiewała w letnim wietrze. Potem znów były w całkowitych ciemnościach, wokół były jakieś potworne krzyki…chciała się obudzić, czuła, że tamta ściska mocno jej rękę, że ta ręka jest koszmarnie zimna…

Obudziła się, była cała zlana potem, spojrzała na wyświetlacz komórki, która leżała przy łóżku, była szósta rano, za oknem świergotały ptaki w gałęziach drzew, słońce oświetlało już okolice, a ona czuła się potwornie zmęczona, jakby wcale nie spała. Nie chciało się jej wstać, ale też nie chciała już zasypiać.

Wysunęła nogi z pod kołdry, było jej bardzo gorąco i …cale nogi były zakurzone, jakby biegała po suchym piasku.

Patrzyła na swoje nogi oniemiała, przecież wczoraj brała prysznic, co się dzieje? Czy bieganie po lesie nie było snem? Czy po prostu wariuje? Może rzeczywiście Marek miał rację, nazywając ją zwariowaną grafomanką? Z rozmyślań wyrwał ją zegar, wybijąc godzinę szóstą.

Wyskoczyła z łóżka, na boso pobiegła do kuchni nastawić wodę. Potem wzięła szybki prysznic, zmywając pot i kurz. Woda się zagotowała, więc naparzyła sobie herbatę owinięta w ręcznik i usiadła przy kuchennym stole.

Herbata postawiła ją na nogi, więc już w lepszej formie poszła sobie poszukać czegoś do ubrania. Chciała wyglądać lepiej niż wczoraj, bo przecież miała dziś jechać do szpitala odwiedzić Kanusię, a może ten Piotr będzie, nie chciała wyglądać jak obszarpaniec.

Wyrzuciła wszystko z nesesera na łóżko, przekładając każdą rzecz, doszła do wniosku, że nie ma się w co ubrać. Wszystko było stare, ostatnio niczego nowego sobie nie kupiła, a spódnice i bluzki, niestety nie wyglądały najlepiej. Zresztą, najczęściej chodziła w koszulkach -uniseksach i spodniach.

Teraz dopiero zdała sobie sprawę, jak zupełnie przestała dbać o swój wygląd przez ostatni okres bycia z Markiem.
Nawet porządnych kosmetyków nie miała, Marek miał lepsze niż ona, bo to on chadzał na przyjęcia, rauty, a ona przeważnie była w domu, przy kompie.
Ubrała się więc w białe płócienne spodenki, bo dzień zapowiadał się upalnie i jasno zieloną koszulkę. Postanowiła, że po śniadaniu pójdzie po zakupy dla siebie, kupi sobie coś do ubrania i jakąś szminkę, tusz…koło sklepu Andrzeja widziała taki niby butik.

Zjadła kanapkę, choć nie chciało jej się jeść i z postanowieniem, że kupi sobie coś wystrzałowego wyszła.

Przed sklepem Andrzeja stała Maryla, już z daleka kiwała do niej ręką.

- Cześć – Ela też ucieszyła się na jej widok. – Słuchaj masz chwilę? Nie poszłabyś ze mną tu obok do sklepu, chciałabym sobie kupić jakiś ciuch.

- Jasne, ze pójdę – Maryla była zadowolona, że ją poprosiła – tylko powiem Andrzejowi, że wychodzę. On jest na zapleczu, wykłada towar, bo dziś był w hurtowni wcześniej, żeby mógł potem spokojnie jechać do mamy.

Maryla na chwilę zniknęła w sklepie, by po chwili wyjść, już bez fartuszka. Miała na sobie śliczną sukienkę w prążki, która ją wyszczuplała.

Ela głośno to zauważyła, co Maryli najwyraźniej sprawiło przyjemność.

- Wiesz, przytyłam w ciąży i za nic nie mogę zgubić tych nadliczbowych kilogramów, aż Ci zazdroszczę tej twojej figury, to dzięki temu wyglądasz tak dziewczęco.

- Nie wiedziałam, ze macie dzieci – powiedziała zdziwiona Elżbieta.

- Nie mamy, byłam w ciąży dwa razy, ani razu nie mogłam donosić.

- Przykro mi – Ela rzeczywiście bardzo współczuła Maryli, sama przecież chciała mieć dziecko.

- Wiesz, teraz już mniej, ale przedtem bardzo to przeżywałam. Dobrze, że Andrzej jest dla mnie tak wyrozumiały, nigdy nie wspomina, byśmy próbowali jeszcze raz. Choć wiem, jak bardzo chce mieć dzieci.

- Rozumiem – szepnęła Ela.

Doszły do butiku i weszły po schodkach.

- Cześć Kaśka – powiedziała Maryla w drzwiach, do kobiety ubierającej manekin w białą sukienkę.- Przyprowadziłam ci klientkę z samej Warszawy, to wnuczka pani Leokadii.

- Dzień dobry – powiedziała kobieta nazwaną Kaśką – jakże się cieszę, że mogę panią poznać. I czym mogę pani służyć, tu tylko wiejski sklepik, pani przyzwyczajona do prawdziwych markowych galerii.

- Nie przesadzajmy – uśmiechnęła się Ela – i dzień dobry oczywiście. Chciałabym kupić sukienkę, może jakieś bluzki, nie wiem. Moja garderoba, którą tu przywiozłam, to same stare łachy.

Sprzedawczyni pokiwała głową, ale raczej z niedowierzaniem.

- To co konkretnie by pani chciała?

- Sukienkę, może ze dwie, letnie oczywiście i może jakieś kobiece bluzeczki.

Po chwili obie z Marylą oglądały bluzki, gdy Maryla spojrzała na sukienkę, którą Kaśka ubierała na manekin, gdy tu weszły.

- Zobacz, ta sukienka jest jakby dla ciebie.

- Myślisz?

- Będziesz w niej cudownie wyglądać, zresztą przymierz.

Elżbieta poprosiła Kaśkę o tą sukienkę, okazało się, że jest tylko ta jedna na manekinie.
Po chwili, gdy rozebrały manekin weszła z sukienką za zasłonkę, która była przebieralnią. Włożyła, miała duży dekolt z przodu i była pozbawiona prawie placów. Dół był rozszerzany, nadając sukience lekkości. Obejrzała się w lusterku, wyglądała ślicznie, sama się sobie w tej sukience podobała. Biel pięknie kontrastowała z jej ciemnymi włosami i brązowymi oczami.

niedziela, 15 listopada 2009

Wojna o obecność krzyża. Duszno tutaj

- Dlaczego tu tak duszno? Niech ktoś włączy klimatyzację, wykończyć się można!

- Jest włączona, ale to nowy model. Model nowomodny, akurat robiący wszystkim duszno

- Klimatyzacja robiąca wszystkim duszno?

- Hiszpański model. Hiszpanie to mają w ogóle pomysły! Weźmy te hiszpańskie buty. Osobliwa przyjemność. Nawet gorsze niż w latach osiemdziesiątych popularne rumuńskie lakierki!

- Popularne rumuńskie lakierki? O czym pan do cholery mówi?

- W zasadzie o pogoni za … no ten cały Zapatero, u którego nasz Premier…no w skrócie to chodzi o te krzyże. Żeby ich nie było!

- Nie rozumiem!

- Maniek tłumaczy panu, że – to trudne. Rozjaśnię na przykładzie. Niech pan sobie wyobrazi, że jest pan w lesie. Jakieś świerki, jodełki, trochę mchu. Piasek. Idzie pan po tym łonie natury. Tu wilgotna pajęczyna. Tu znowuż ślad buta ktoś odcisnął. Tu kopytka. Ptaszki sobie drą mordy bezkarnie. Przyroda jednym słowem. A jak pan tak stanie i zacznie wdychać, zaraz pan powie, że cudnie.

- Aleś pan rozjaśnił!

- Chwila. I teraz wyobraź pan sobie, że przez ten sam las zapylasz pan w masce przeciwgazowej i z ciężkim jak sto diabłów plecakiem na plecach. Gdzie panu do zapachów? Ptaszków czy śladów kopytek? Lecisz pan na złamanie karku. Tyle, że czas mija a tu pot, krew i łzy. chodzi o to by wtedy poczuł pan szczęście...

- No i?

- No i na tym polega działanie naszej nowej klimatyzacji. Siedzimy, pot się z nas leje obfitymi strugami i narasta gniew. Gdyby sztućce nie były plastikowe, gotowiśmy zabijać jeden drugiego. Niech pan spojrzy na Romusia. Nos wyciera w serwetę, choć na serwecie półmiski a na półmiskach homary i inne majonezy.

- Ale kto taką gównianą klimę kupił, o cholera! Już mi oczy łzawią!

- W protokole zostanie zapisane, że się pan wzruszył widząc szkaradną opresję Kościoła!

- Widząc szkaradną opresję kościoła? Przecież nie uczęszczam, to co mam widzieć?

- A! Nie uczęszcza pan, znaczy czarna bezpieka wkrótce przyjdzie po pana!

- Czarna bezpieka? Jedyna, jaką znam to bezpieka czerwona!

- Niby tak. Ten szczegół jest trochę nie dopracowany. A Inkwizycja?

- Co, inkwizycja?

- Najpierw wprowadzą cenzurę a potem pana złapią, będą torturowali a potem spalą na stosie nie bacząc na emisję, CO2!

- Jak znowu inkwizycja? Jedyną cenzurę, jaka znam z autopsji to komuchy wprowadziły, które to komuchy z religią nic nie miały wspólnego a wręcz przeciwnie!

- A czy krzyże wszędzie wiszące nie ograniczają w równym, a nawet większym stopniu wolności obywatelskich?

- Ale o co chodzi? Nie rozumiem, po co ta dyskusja w ogóle? Mieliśmy rozmawiać o wolności, prawach człowieka i Europie, a panowie mnie tu straszą…

- My pana straszymy? Po prostu pan nie wyciąga wniosków!

- Jesteś pan dzikim katolskim abnegatem!

- Chrum ! Chrum!

- Romuś, nie wtrącaj się! My tu z panem…

- Panowie ja się duszę. Moje serce!

- Podkręcić klimatyzację! Panie - Kochany panie! Pan się musisz zgodzić, że nasza jest racja i że kierunek jest słuszny. Krzyże zdjąć! Powiedz pan to, po dobroci, a wyłączymy klimę!

- Nic nie powiem! Jestem ateistą, ale…

-, Co „ale”? A wiesz pan… Jestem twardzielem i wbicie kilku drzazg pod te pańskie wypielęgnowane paznokcie nie sprawi mi moralnego…

- Zabij śmiecia, bo inaczej nie zrozumie, że to dla jego dobra!

- Panowie…

- Co za panowie? Panowie to podczas wojny wyginęli! Teraz jest wolność oraz liberalizm! Pasy! Pasy z ciebie drzeć będziemy!

- Jezus Maria!

- Dość!

- Poniosło nas!

- To jest tylko próba do cholery! Kto kopnął Wojtka pod stołem? Ja rozumiem emocje, bo ci katole są naprawdę straszni, ale w swoim przecież gronie jesteśmy. I bez chamstwa proszę!

- Ja też przepraszam. To „Jezus Maria” po prostu wymknęło mi się ze strachu, że mnie koledzy zabiją. Starodawne naleciałości z dzieciństwa. O Jezu, jaka ulga! Mam tylko jedno pytanie.

- Jedno pytanie?

- Dlaczego tu tak duszno? Niech ktoś włączy klimatyzację, wykończyć się można!

- Jest włączona, ale to nowy model. Model nowomodny, akurat robiący wszystkim duszno

- Klimatyzacja robiąca wszystkim duszno?

- Hiszpański model. Hiszpanie to mają w ogóle pomysły! Weźmy te hiszpańskie buty. Osobliwa przyjemność. Nawet gorsze niż w latach osiemdziesiątych popularne rumuńskie lakierki!

- Popularne rumuńskie lakierki? O czym pan do cholery mówi?

- W zasadzie o pogoni za … no ten cały Zapatero, u którego nasz Premier…no w skrócie to chodzi o te krzyże. Żeby ich nie było!

- Nie rozumiem!

- Maniek tłumaczy panu, że……..