czwartek, 21 stycznia 2010

Dom Elżbiety XIX - Nowa opowieść ( Iwona )

Oboje zmieszali się po słowach Andrzeja. Elżbieta już otwierała usta, by się jakoś wytłumaczyć, gdy odezwał się Piotr;

- Zazdrościsz? – Zapytał lekko ironicznie. – Wiesz, proponowałem Elżbiecie, że podwiozę ją do szpitala, ale…- zawiesił głos – podobno umówiła się z tobą, więc jako dżentelmen ją odprowadziłem.

Teraz zmieszał się Andrzej, zwłaszcza, że Maryla stanęła w progu sklepu i spoglądała w ich stronę. Zapadło niezręczne milczenie, które zaczęło się nieprzyjemnie przedłużać. Ela zerkała raz na Piotra, raz na Andrzeja i zaniepokoiło ją, że mężczyźni zaczęli spoglądać na siebie wrogo.

- No to co, jedziemy? – Zapytała, spoglądając na Andrzeja. Przywołała na twarzy lekko niepewny uśmiech. – Piotr – zwróciła się do drugiego mężczyzny – dzięki ci za wszystko i mam nadzieję, że spotkamy się w szpitalu.

Obaj, jakby przebudzili się z letargu. Andrzej przetarł oczy, Piotr potarł skronie.

- Cholera – jęknął Andrzej – miałem chęć ci walnąć.

- Ty też? – Zdziwił się Piotr – To było, jakbym dostawał jakiejś furii, wściekłość narastała we mnie jak piana w szklance piwa.

- Długo tak będziecie stali? – Doszedł ich zirytowany głos Maryli – Chciałabym, by Andrzej wrócił przed zamknięciem sklepu.

- Już jedziemy – odkrzyknął Andrzej w stronę Maryli i wskoczył do szoferki, otwierając drzwi z drugiej strony, by mogła wsiąść Elżbieta.

- Tak, ja też będę się zbierać, bo oprócz Lisieckiej, mam dwie wizyty.

- To do widzenia – szepnęła Ela wspinając się do kabiny.

- Do widzenia Elżbieto – szepnął Piotr prawie niedosłyszalnie.

Potem jeszcze chwilę obserwowała go, jego sylwetkę, sposób poruszania, nim zniknął jej z oczu, za zakrętem. Westchnęła i spojrzała z lękiem w stronę Andrzeja, ale ten, był zajęty prowadzeniem samochodu. Nie chciała, by Andrzej zauważył jej słabość do Piotra.

Kiedy dojechali na miejsce, okazało się, że Kanusia jest w dużo lepszej formie niż wczoraj. Spacerowała sobie przed szpitalem, oczekując na nich

Około czwartej dołączył do nich Piotr, bo jak mówił, chciał przed dyżurem spokoje odwiedzić Kanusię.

Zaprosił ich na lody, do szpitalnego barku. Tam rozmowa zeszła na dzieciństwo Andrzeja i Piotra, więc Ela się tylko przysłuchiwała. Kanusia mówiła dużo i z ożywieniem, wspominała, opowiadała jacy to z nich byli huncwocie. Wszyscy bawili się przy tym świetnie, choć Ela dostrzegła w oczach Andrzeja i Piotra jakieś niepokojące błyski, chyba Kanusia też to dostrzegła, bo od czasu do czasu spoglądała na mężczyzn z niepokojem.

Elżbieta bała się też poruszyć temat Mioduckiej i ze względów zdrowotnych Kanusi i że obaj panowie ich nie odstępowali.

W końcu Piotr spojrzawszy na zegarek zauważył, że niestety będzie się musiał oddalić, by przygotować się do dyżuru. Andrzej też nagle jakby zaczął się spieszyć. Kanusia też stwierdziła, że powinna się trochę położyć, skoro ma taką możliwość, więc wkrótce pojechali.

Drogę powrotną odbywali w milczeniu. Andrzej się nie odzywał, a Elżbieta rozmyślała o Piotrze i o tym, że w końcu nie oddał je swetra, więc pewnie jutro ją odwiedzi.

wtorek, 19 stycznia 2010

Ssaki i Bogini Płodności

- Co to ma być?

- Figurka

- Widzę, że figurka, ale co to jest?

- Kobieta!

- Jaka kobieta?

- Cycki…

- Nie wysiliłeś się. Czemu ona taka gruba? Same cycki i brzuch, ani twarzy, ani stóp, ani dłoni. Co to ma być?

- I uda. Bogini płodności. Sądzę, że czas zacząć od początku

- Bogini płodności? To na to, wielkim nakładem sił i środków zmniejszyliśmy populację ludzkości do pięciuset milionów…

- My? No, jakoś marnie to wygląda

- Jak to marnie, skoro jest cudnie

- Może i cudnie, ale wczoraj w biały dzień na starówce wilk prezesa Stowarzyszenia Nie zrzeszonych Wolnomyślicieli zżarł

- Poważnie? To już trzeci Prezes w tym miesiącu, a składka i przynależność obowiązkowe. Hmmm…

- Może za wolno myślał, bo zamiast wspiąć się na jakiś murek dał nura do tej dziury sądząc najwyraźniej, że wilki nie pływają.

- Z wilkami jest problem, ale to przecież takie same ssaki jak my.

- Może i takie same, ale jakoś nie słyszałem żeby człowiek wilka zagryzł. Mieliśmy cywilizację…

- Milcz szalony! Chcesz by szpieg nie świętej inkwizycji cię podsłuchał? Już za tą figurkę możesz pójść na kotlety. Zdajesz sobie sprawę, w co się pakujesz?

- Zobojętniałem. Ten świat mnie nudzi. Żreć nie ma co. Ciągle rzepa, kapusta i ziemniaki. Mięso, jak upolujesz, ale polować nie wolno. Ryba, jak złowisz, ale łowić nie wolno. Kotlety nie wiadomo niby z kogo. W życiu tego nie ruszę…

- Milcz. Diabli nadali! Przecież człowiek jest takim samym ssakiem…

- Dziadek mi opowiadał, że kiedyś dieta była bardziej urozmaicona, że wymienię mleko i rzodkiewki.

- A kto wedle ciebie ma to produkować, skoro ludzi tak mało, a zostali tylko najwartościowsi.

- Tak, jasne. Jak nie prezes to wiceprezes, ale strach wyjść na ulice bo wilki, niedźwiedzie i inne zwierzęta groźne w stylu na przykład łosia.

- To tez ssaki

- Przestań z tymi ssakami! A węże? To też ssaki? Byłem wczoraj w tej piwnicy na Saskiej, w Empiku, po nowy numer Krytyki, a tam zwłoki sprzedawcy i dosłownie wąż na wężu. Kłębowisko żmij.

- Czytelnictwo upada, ludzie nie zachodzą, ale…

- Ale?

- Ale system dotacji jakoś działa. Zgłosiłeś zwłoki sprzedawcy do recyklingu?

- Nie było, co wybrać, te węże… no, przestraszyłem się.

- Dobra. Nic nie powiem, ale wytłumacz mi, co z ta figurką?

- To nasz znak. Zebraliśmy się z kumplami i uradziliśmy, że mamy dość i chcemy zacząć się rozmnażać. Po to nam Bogini płodności!

- Z kumplami chcesz się rozmnażać? Gratuluje! No…myślałem, że stanąłeś po stronie ciemnoty, a ty z kumplami…. Jeszcze raz gratuluję! Moglibyście zgłosić się po dotacje do Urzędu.

- Nie, źle się wyraziłem. Koleżanki tez są. Przepraszam.

- Znaczy, prawdziwe kobiety?

- No, takie sobie, ale się zdeklarowały w kwestii rozmnażania.

- Prawdziwe, żywe kobiety? Przecież jak was służby namierzą, wybiją do ostatniego. Anarchiści!

- Przenosimy się poza miasto. Jest taka jaskinia całkiem wygodna.

- Co będziecie jeść? Wilki, niedźwiedzie i inne łosie… poza miastem? Aż mnie dreszcz przeszedł. I poważnie chcecie się rozmnażać, a co z Gają?

- Od tego mamy Boginię płodności właśnie! Jej rodzące łono jest jak ziemia, jak grunt planety, na której powierzchni…

- Przepraszam, że się zachłysnąłem, ale powiedziałeś „łono” Za samo to…

- Nikogo tu nie ma, czego się trzęsiesz? Zobacz, co mam w torbie?

- Co masz w torbie, co to jest?

- Nasiona!

- W głowie się nie mieści!

- Dobra. Mam pytanie, idziesz z nami czy będziesz tu przemykał między wilkami w tej całej Warszawie?

- Poszedłbym, ale nie wiem, co, no…eeee… starczy dla mnie kobiet do rozmnażania?

- Nie wiem czy starczy, ale w razie, czego ulepię ci żonę

- Ulepisz mi żonę, z czego?

- Normalnie, z gliny!

niedziela, 17 stycznia 2010

Niewidzialni ludzie

- Daj mi spokój! – Krzyknął Dżony do staruszka i tak szybko się odwrócił, że zniknął.

Staruszek pogmerał w kieszeni, wyjął okulary i przetarłszy je chusteczką higieniczną, przyjrzał się miejscu, gdzie przed chwilą stał Dżony.

- Hmmm…zniknął – Powiedział staruszek i rozejrzał się starannie dokoła. Domy, śnieg, przebiegający opodal czarny kundel, jakaś baba z czerwoną reklamówką w dłoni. Spojrzał nawet w górę i zobaczył gwiazdy. – Panie Dżony, gdzie pan zniknął? – Zapytał staruszek i głośno wysmarkał się w chusteczkę.

- Pogięło cię? – Dżony nie miał pojęcia, że zniknął i ze zdziwieniem przyglądał się osobliwym wygibasom staruszka.

- No Dżony, ja cię nie widzę nic a nic, co jest?

Dżony spojrzał na swoją prawicę, w której trzymał zapalonego Malborasa. Nie zobaczył ręki, ani papierosa, ale dym zobaczył i wrzasnął:

- Cholera! Wybuch urwał mi ręke!

- Panie Dżony, niech się pan uspokoi, tu nie było żadnego wybuchu! Pan zniknął zupełnie tak jak w tej książce Wellsa!

- Gdyby tak było widziałby pan moje ciuchy – Obruszył się Dżony, który był oczytany w fantastyce, choć swoją edukację w tej dziedzinie zakończył na Żeleznym. Zajdel, Ziemkiewicz …Żelezny i starczy – zwykł mawiać, gdy ci, którzy byli przy dopiero przy Lemie zawracali mu głowę pytaniami.

- Widzę tylko dym i śnieg się rusza jak się ruszasz nogami – Niegramatycznie wyjaśnił staruszek.

- A teraz?

- Teraz wylewasz piwo z butelki! O ty prosiaku, stoimy przed sklepem!

- Ty stoisz przed sklepem odważny staruszku, a ja teraz jestem… przerwał, bo nie wiedział, co powiedzieć. Wszedł do sklepu, pochylił się i nad ręką panny Kasi wyciągnął z kasy dwie stówy na dobry początek.

Ale chytry staruszek coś zauważył i zaczął piskliwym, staruszkowatym głosem wołać, że niby łapać złodzieja!
Nikt mu oczywiście nie uwierzył, że Dżony zniknął i zebrani w sklepie klienci niepochlebnie wyrażali się o staruszku, że niby państwo daje takim staruszkom emerytury, a ci się rozbijają po sklepach i wzniecają niepokoje. Jedna paniusia w czapce zwróciła nawet uwagę, że słuszna jest zagraniczna idea, żeby staruszków wzniecających niepokoje usypiać.

Niewidzialny Dżony maszerował tymczasem w stronę dworca kolejowego, zły na siebie jak sto diabłów!

- Po co na przykład ukradłem te dwie stówy, skoro jako człowiek niewidzialny nigdzie ich nie wydam? – Pocieszył się myślą, że zawsze może je wydać na łapówkę, a jak nie wyda to odniesie. Nie od rzeczy kombinował, ponieważ postanowił pojechać do Warszawy.

Nie myśl sobie, miły czytelniku, ze Dżony to jakiś lump. Owszem, skroić kogoś z portfela, jako niewidzialny człowiek bank obrobić – nie twierdzę, że nie, ale jak tak szedł zmarzniętymi, pobieżnie odśnieżonymi chodnikami naciskając czapkę na swe niewidzialne uszy kombinował całkiem „pro publico bono” Pojadę – myślał – i wszystkiego się dowiem. Nagram, zapiszę, zrobię szum, a jakby, co, nikt mnie nie złapie, bo jestem niewidzialny. Nawet gdyby złapali to tez jestem skarb i cenna inwestycja dla służb, nie żaden tam zwykły Dżony.

Pojechał Dżony do Warszawy. Tłoku w pociągu nie było a choć się kilka razy otarł o kogoś, kto by w pociągu zwracał uwagę na jakieś ocieranie, choćby niewidzialne.

W stolicy przez pierwszy dzień nie miał lekko. Nie głodował, ale też nic specjalnego nie użył. Tyle, że jak zmarzł to za darmo wszedł do kina, ale w kinie upał a cały seans siedział w kurtce. Diabli nadali. Niby kryzys a w takim kinie palą jak wszyscy, a do tego, jaki głupi film!
Już się prawie załamał, aż tu widzi, że idzie znany polityk. Przykleił się do niego i wtedy zaczął żyć na całego. Spotkanie w miejscu ustronnym. Był tym trzecim.

- To już mój jesteś – Pomyślał Dżony i miał rację.

I co miał zrobić znany polityk, skoro Dżony go nagrał na niewidzialnym dyktafonie, zabranym ze sklepu nie dla idiotów i mu, prawda, nagranie odtworzył? Niewidzialne, ale dobrze i czysto nagrane.

Dogadali się w kwadrans. Polityk trochę marudził, że na niewidzialnego asystenta nie dostanie jakiegoś tam zwrotu, ale jak pomyślał o korzyściach…Teraz Dżony był w grze. Kiedy poszedł ze znanym politykiem na ważne spotkanie partyjne uważał tylko by na kogoś nie wpaść. Nagrywał dla swojego polityka pokątne szeptanki, a dla siebie zbierał sprawy obyczajowe, bo takie szczególnie sobie upodobał.

Fajnie było aż tu nagle jak nie trzaśnie się w łeb o coś twardego i jakieś niewidzialne ręce popychają go na korytarz a z korytarza wprost w czeluść toalety. Nieznajomy niewidzialny człowiek uderzył go w twarz, ale jak później powiedział, tylko dla otrzeźwienia. Pogadali.

Kiedy wrócił na salę inaczej patrzył na zgromadzonych przy stole pierwszoligowych politycznych graczy. Pacynki, cholerne pacynki! – Pomyślał i rozejrzał się uważnie. Teraz widział.
Tu jakiś dymek unoszący się nie wiadomo skąd. Tu jakaś znikająca kanapka. Jakiś nieostrożne szurnięcie. Kropla wody z znienacka pojawiająca się na parkiecie w samym kącie pokoju.

- Korzystając z okazji, że jesteśmy sami… – zaczął Prezes

Dżony nie słuchał. Włączył dyktafon. W prawej kieszeni namacał starannie zwinięty rulonik. Głupie pieniądze! Po co komu pieniądze? Władza. Ale z drugiej strony ten staruszek. Co też ten biedny idealista sobie teraz myśli?

Dżony niepotrzebnie martwił się o staruszka. Staruszek zmarł zaraz po wyjeździe Dżonego na skutek silnego wstrząsu, chyba psychicznego. Usiadł staruszek na krześle we własnej kuchni. Napił się herbaty, pogłaskał psa i umarł. Bywa i tak.

środa, 13 stycznia 2010

Los książkos, los autoros

W bibliotekach książki starzeją się i umierają. Latami nikt nie sięga po nie na półkę. Niszczą im się okładki, treść traci na aktualności. Przestają być modne, wypadają z kanonu lektur. Tyle, że są. Niektóre, wielokrotnie reperowane przez panie bibliotekarki. Rozczulają swoją bezradnością. Niektóre nigdy nie były wypożyczone. Dożyły na półce dziesięciu, dwudziestu, pięćdziesięciu lat i nadchodzi czas, że muszą zrobić miejsce nowościom.
Zostają wybrakowane i jadą w swą ostatnią podróż. Te zaczytane na śmierć, te dziewicze i te, które przez lata cieszyły się godnym choć umiarkowanym zainteresowaniem – wszystkie trafiają na punkt skupu makulatury.

Tutaj otrzymują od losu swoja ostatnią szansę. Maniacy, miłośnicy i znawcy trafiają w takie miejsca i o ile książki nie znikną pod zwałami gazet i druków reklamowych są przez nich przeglądane i kupowane za grosze.

Dzisiaj przywieziono na nasz punkt skupu taki spad z krainy kultury. Trzysta sześćdziesiąt kilogramów. Zapłaciłem 36 złotych i w każdej wolnej chwili klękałem na betonowej posadzce, nie z powodu jakiegoś uwielbienia, ale tak mi było wygodnie je segregować.
Autor. Tytuł i szybka decyzja.
Niechcący stałem się jakimś podłym katem dla wielu dzieł, ale nie mieszkam w domu z gumy. Na razie ocaliłem z pogromu 80 kilogramów!
Sam sobie zapłaciłem 8 zyli i dalejże nosić do domu!
Wypiszę kilku autorów, aby was zezłościć:

Frazer „Złota gałąź”
Cortazar
Fuentes
Melwille – ( nie słodki Moby Dick )
Bułhakow – ( nie Mistrz i nie Notatki )
Eliot ( listy i wiersze o kotach )
Ogniem i Mieczem – wyd 1946 ze starodawnymi ilustracjami. Przezabawne bo wszyscy poza Wolodyjowskim z brodami
Tyrmand “Zły”
Lem
Czechow
Curwood
O’Henry
Rabelais
Strugaccy
Caldwell
Dos Passos
Rylski
Mann
Herzog
Prus
Twain
Christie
Conan Doyle
Afanasjew
Grochowiak
Borges
Dostojewski
Norwid – 5 tomów dzieł wybranych
Mickiewicz – fotkopie brudnopisu “Dziadów”
Jackiewicz
… i wielu, wielu innych, którzy jeszcze tkwią w workach a ja główkuje, gdzie ich umieścić?

Kraszewskiego sporo dla ulubionej teściowej

Kilka zacnych monografii historycznych.

Piękny komplecik klasyki młodzieżowej i dziecięcej z Nienackim, Niziurskim, Bahdajem, Anią z Zielonego, Muminasami itp.

Encyklopedia sportu i taka 5 tomówka PWN, co to ją wiara na raty kiedyś brała.

U meni nie zginą! Mają swój dzień weselny!

wtorek, 12 stycznia 2010

Człowiek o warczącej głowie

Scena 1 ( W warsztacie mechanika od helikopterów )

Człowiek o warczącej głowie – I dodatkowo niech pan przyjmie ode mnie tego oto dźwiękoszczelnego mercedesa.

Mechanik od helikopterów – Tego?

Człowiek o warczącej głowie – Tak, drogi przyjacielu! Czy widzi pan łzy w moich oczach?

Mechanik od helikopterów – Łzy?

Człowiek o warczącej głowie – Dwadzieścia lat! Dwadzieścia lat mija od dnia, gdy moja głowa zaczęła warczeć. Lekarze. Najlepsi specjaliści świata. Ani przyczyny ani lekarstwa! Tylko te nauszniki, żebym nie oszalał. I wszyscy wokół mnie w nausznikach! Nawet pies w nausznikach! Seks w nausznikach! Dwadzieścia lat nie byłem w miejscu publicznym!

Mechanik od helikopterów – W domu publicznym?

Człowiek o warczącej głowie – Nie! Byle gdzie, na przykład w kinie. No i nie słyszałem własnego głosu, chyba, że wrzeszczałem na pracowników, ale wtedy … Mój boże, tyle lat! I dopiero teraz…

Mechanik od helikopterów – patrząc za odchodzącym – Dziwny facet! Tyle zapłacił za zwykłą regulację!

Scena 2 ( Na ulicy i w taksówce )

Człowiek – Oto idę sobie ulicą. Śnieg zalega, wrony kraczą – cudownie! I pomyśleć, że wszystko dzięki głupiemu tabloidowi, który zrobił ze mnie dziwadło na pierwszej stronie
„Człowiek, którego głowa warczy jak helikopter” I pomyśleć, że mogę sobie iść jak każdy inny. Nikt się nie boi. Nie ucieka. Cudownie!

Swoją drogą mogliby coś zrobić z tym śniegiem. Można sobie skręcić nogę. Chyba zatrzymam taksówkę.

Taksówkarz – Dokąd pana zawieść?

Człowiek – Sam nie wiem. Może do mojej firmy? Nie, zawiezie mnie pan do mojej kochanki, znaczy się na Kruczą, albo nie damy sobie spokój z rozpustą …

Taksówkarz – Dlaczego my?

Człowiek – Do domu! Wieź mnie pan do domu!

Scena 3 ( W domu )

Człowiek – Cześć piesku! Nie założą ci tych okropnych nauszników. No już dobrze, dobrze…- pieszczotliwie gryzie psa w ucho. Ale, ale gdzie jest mój wierny kamerdyner Jan. Ach rozumiem! Nie słysząc zbliżającego się warkotu po prostu nie wie, że wróciłem do domu! Widzę smugę światła z uchylonych drzwi spiżarni – zagląda po cichu.

Pan – Mój wierny sługo, dlaczego wyjadasz z lodówki oznaczonej napisem: Smakołyki Pana Domu zamiast z lodówki oznaczonej napisem „Służba i goście biznesowi”

Jan – Ghekluba!

Pan – Tym razem ci wybaczam, ale… - grozi wiernemu słudze palcem. Gdzie Pani?

Jan – Nha khurze!

Pan – Cóż za nienasycony człowiek!

Wbiega po schodach.

Pan – Ciekawe, co powie na tą cudowną odmianę moja żona? W ogóle ciekawe, czy ma niski zmysłowy głos? O nieba! Cóż ja słyszę? – Zagląda do sypialni przez dziurkę od klucza – Cóż ja widzę? Moja żona i moja kochanka razem w łóżku! Leżą nagie i palą papierosy nie zważając na niebezpieczeństwo zaprószenia ognia! Cóż to ma znaczyć?

Mąż – Mam was niewierne! Co robicie razem w łóżku?

Żona – O cholera. Ty nie warczysz, co się stało z twoją głową?

Kochanka – Ty nie warczysz?

Mąż – Nie warczę, ale nie oślepłem i widzę, że oddajecie się lekkomyślnym rozrywkom!
Czuję się podwójnie zdradzony i na dodatek oszukany, bo nie wiedziałem, że palisz papierosy!

Żona – Zawsze zdążyłam wywietrzyć, mój ty helikopterku.

Mąż – Ziemia rozstępuje mi się pod nogami!

Kochanka – Chyba dywan. Ale słuchaj. Skoro nie warczysz to pewnie też nie wibrujesz? – Zaczyna płakać.

Żona – To straszne! A taki był dumny, że miał coś, czego żaden mężczyzna, chyba, że bardzo nerwowy nie ma…

Mąż, – Co, co? Znaczy, że pewnie nigdy już …

Żona – Jak ona wyjdzie…

Kochanka – Czemu mam wychodzić? Przecież jestem kochanką tego tu twojego męża!

Żona – Ależ Justyno, to chyba zrozumiałe, że ja i Karol…!

Kochanka – Ależ Elwiro, taki to twój Karol jak i mój!

Mąż – na stronie – Zanosi się na łóżkową awanturę, której na dodatek będę musiał wysłuchać. Oj, chyba przepłaciłem za naprawę! Co mnie podkusiło z tym mercedesem, cholera. I jeszcze nie będę wibrował? I wyrzuciłem moje nauszniki! O tu jakieś na korytarzu. Oślinione to pewnie psie, ale co z tego, że psie? Jaka błoga cisza! Cudownie! Po prostu cudownie!

niedziela, 10 stycznia 2010

Dom Elżbiety XVIII (nowa opowieść) Iwona

Słuchaj – powiedział Piotr po namyśle – chętnie bym ten pamiętnik zbadał. Wraz z tobą – dodał szybko. – Ja ze swej strony, mogę pogrzebać w księgach parafialnych. Bardzo mnie twoja opowieść zaintrygowała, bo z tego co mówisz, mogliście wczoraj zobaczyć ducha. Wiem, to mało racjonalne, ale ten napis na lustrze, to, że mówisz iż widziałaś, jak się sam pamiętnik zamknął i to na twoich oczach. To cholernie ciekawe, a zarazem mało racjonalne, przyznasz? To przecież nie film z dreszczykiem, a zwyczajne życie.- na chwilę przerwał, by potem dodać - Kanusia na pewno wie coś więcej, może coś strasznego o tej Mioduckiej…

- Na pewno. Mówiła przecież, że babcia się też jej bała. Ale wiesz, wydaje mi się, że Zofia u mnie szuka zrozumienia, może rozgrzeszenia.

- No tak, pamiętnik, pytanie na lusterku, bardzo możliwe, że ciebie sobie po prostu wybrała. Ale , wybacz, że się tak mądrze z duchami, zjawami, nigdy nie wiadomo, może to bardzo zły duch? Jak…wiesz, o naszym lesie krążą legendy, że w największej gęstwinie, gdzieś, gdzie słońce nawet dotrzeć nie może, żyję wiedźma. Jak byliśmy chłopakami, ja, Andrzej i jeszcze kilku, postanowiliśmy poszukać tej czarownicy… zapytaj się Andrzeja jak mi nie wierzysz.

- Czemu mam nie wierzyć? Pewnie sama bym też, będąc dzieckiem chciała takie rzeczy sprawdzić.

- No więc właśnie. Więc wybraliśmy się sporą gromadą, było lato, upał straszny. Wszyscy chcieliśmy chyba rozwiać te bajdy o czarownicy. Zaopatrzyliśmy się w noże, w razie czego, picie, jedzenie…pamiętam jak Kanusia nas ostrzegała, byśmy nie zapuszczali się zbyt głęboko w las. Bo rodzicom powiedzieliśmy, że chcemy biwakować na brzegu lasu, by nas puścili, bo las naprawdę ma złą sławę. Wielu ludzi tam zaginęło, a ci co w końcu wrócili, opowiadali straszne rzeczy.

- No i co? Odnaleźliście domek Baby Jagi?

- Wiesz, to nie było zabawne. Myśmy właściwie nic nie widzieli, ale…miałaś kiedyś zbiorowe uczucie, że drzewa chcą cię pochwycić? Albo, że nagle z upału, robi się tak nieprzyjemnie zinmo, że wszędzie, nawet na tobie osiada szron?

- Naprawdę?

- Tak, najgorsze było to, że gdy zaczęliśmy uciekać w panice, las zamiast rzednąć, robił się gęstszy, jakby chciał nas zatrzymać. Wpadliśmy w panikę i zaczęliśmy nawoływać o pomoc. Okazało się, że byliśmy kilka kroków od głównego traktu, tego, którym jechałaś ostatnio z Andrzejem.

- A może sami się straszyliście i ulegliście zbiorowej panice, co? Byliście przecież dziećmi. Drzewa jednak nikogo nie chwytają, a chłód mógł być spowodowany brakiem światła, weszliście w gęsty las, a byliście mocno rozgrzani słońcem.

- Możesz mi nie wierzyć, jasne byliśmy dziećmi. Ja też nie muszę ci wierzyć, że pamiętnik się sam zamyka, a duchy piszą po lustrach, prawda? – W głosie Piotra słychać było odrobinę irytacji.

- Nie gniewaj się – powiedziała skruszona Ela – po prostu chciałam jak ty przeprowadzić analizę zdarzenia z realnego punktu. Wierzę, że coś was tam przestraszyło. A co opowiadają ludzie o tym lesie? - Zwróciła się do Piotra, który spoglądał na zegarek.

- Słuchaj, dochodzi druga. Niestety muszę się pożegnać, jeśli nie chcesz, że mną jechać do Kanusi. Mam na wsi kilka wizyt domowych, a potem muszę zdążyć na mój dyżur w szpitalu. Wybacz, nie zauważyłem, że tak szybko z tobą mija czas. – Uśmiechnął się smutno. – A o lesie i różnych legendach opowiem ci kiedyś indziej. Jeśli oczywiście zechcesz – dodał szybko, jakby bojąc się, że kiedyś indziej już nie zechce słuchać.

- Druga!? – Wykrzyknęła Ela – o drugiej umówiłam się z Andrzejem. Poczekaj chwilę, tylko wezmę coś w razie gdyby się ochłodziło i możemy iść razem, ok.?

Piotr uśmiechnął się i skinął głową na znak, że poczeka. A Ela w panice szukała czegoś, czym by mogła się w razie czego okryć. W końcu złapała ten nieszczęsny różowy sweterek, bo…wstyd jej było, że Piotr, musi jeszcze na nią czekać.

Wyszli z domu, na dworze panował okropny upał, fala gorąca, aż ich cofnęła. W domu było przyjemnie i chłodno, więc ich organizmy przeżyły szok termiczny.

- Nie myślałam, że jest aż tak gorąco – zauważyła Ela, próbując upchnąć swój sweterek do torebki.

- Ja też nie – odparł – zwłaszcza że w twoim domu panuje tak przyjemny chłód. Oddam cię w ręce Andrzeja , bo idę najpierw do pani Lisieckiej. – Uśmiechnął się, wpatrując jak Ela próbuje wcisnąć rękaw swetra, który już nie chciał się zmieścić do torebki. – Chyba na razie nie będzie ci ten sweterek potrzebny? – Zapytał.

- No nie, ale jakby się wściekł i nie chce cały się zmieścić – powiedziała zrezygnowana. Zrbiła nieszczęśliwą minę i przewiesiła sweter przez torebkę.

- Jeżeli nie masz nic przeciwko temu, mogę ci ten sweterek wziąć do swojej torby, oddam ci go w szpitalu.

- Nie chcę cię fatygować, daj spokój, poradzę sobie, najwyżej go zgubię, co nie będzie wielką tragedią.

- Dawaj – powiedział rozkazująco – wyglądasz w nim uroczo, więc będzie tragedia – uśmiechnął się przy tym tak ujmująco, że Ela bez protestów oddała mu sweter.

Andrzej stał już przy samochodzie z uśmiechem.

- Witam – zawołał z daleka – widzę, Piotr, że nie tracisz czasu – spoglądał to na Elę, to na Piotra.

sobota, 2 stycznia 2010

O dalsze usłoniowienie kraju!

Przepraszam szanowną władzę, ale w nasze własne, polskie słonie już chyba nie dam rady uwierzyć. Jako niewinne dziecię byłem zwodzony przez Gomułkę, że niby w nowej pięciolatce pojawią się słonie. Zamiast słoni były coraz mniejsze i mroczniejsze mieszkania.
Za rządów Gierka byliśmy, co prawda dziewiątą potęgą pod względem usłoniowienia kraju, ale poza ogrodem zoologicznym i telewizją Maćka Szczepańskiego nigdzie słonia nie widziałem. Po 1976 miały być na kartki, ale nie było. Miałem, co prawda dmuchanego krokodyla, ale to nie jest to samo.

W osiemdziesiątym pojawił się, co prawda 22 postulat, dotyczący upowszechnienia słoni, ale Wałęsa kazał skreślić, że niby 21 to szczęśliwa liczba, a on nieźle grał w oko. Możliwe, że grał, ale nie wiadomo, z kim i po co?
Jaruzelski się chwalił, że słonie internował i już nie stanowią zagrożenia. Do kogo ta mowa?
Przecież słoń to zwierze najprzyjemniejsze na świecie. Czym F1 bez Feliipe Massy tym przyroda bez słonia! Aż się nie chce patrzeć na taką przyrodę!

Przy okrągłym stole zamieciono temat pod dywan, choć nie było to łatwe, bo nieco wystawał. Potem kolejne rządy nie miały czasu dla szlachetnych słoni przerzucając się świniami.
Dopiero teraz powrócił temat słoni.

Jednak podchodzę to tych nie do końca sprecyzowanych obietnic dość sceptycznie.
Raz, że jest zimno, a dwa, że w tym roku znowu będą wybory.
Jasne, że gadania o słoniach będzie pewnie sporo, skoro pojawiła się kwestia. Niejeden samorządowy lider zechce zabłysnąć słoniem!
O kandydatach na Prezydenta, przez litość nie wspomnę.
A słonie? O jakże by się nam przydały! Za same szkody rolnicze moglibyśmy pościć UE w samych gatkach! A ile nowych zawodów dla naszej dzielnej młodzieży!
Ileż katedr słoniologii! Ile grantów i kantów! A jakie radosne potwierdzenie ocieplenia klimatu!

Ktoś mi odszczeknie, że kiedyś mieliśmy mamuty i tez zmarnowaliśmy.
Ale co tam taki mamut znaczył? Tyle, że się włóczył cały taki kudłaty.
A słoń to prestiż i wreszcie by nas od Słowaków zaczęli Amrykanie odróżniać, a my Słowaków od Słoweńców.
Same korzyści!