niedziela, 14 listopada 2010

Dom Elżbiety LXXXI



- Dalej, powiedz – głos Piotra zmienił się nieprzyjemnie. – Powiedz, że to nasza wina, to co spotyka każdą kobietę w naszej rodzinie. Tak, masz rację, jesteśmy źli, bo skrzywdziliśmy twoją krewną! Bo Ksawery zamiast wszystko rzucić, powiedział tej twojej Zofii, że jest łachem! Że nie umiała docenić jego miłości!

- Piotr – jęknęła przerażona Ela – co ty mówisz? Czy ja ciebie…kogoś oskarżam. Myślę tylko, że Zofię skrzywdził Ksawery dwukrotnie. Zobacz, ona go cały czas kochała. Była mu wierna w miłości, pewnie do śmierci. Zgodziła się na wszystko, by go zobaczyć, by być z nim. Nie oskarżaj mnie, ani jej, proszę. Pomyślałam tylko, że gdyby wtedy, gdy powiedziała Ksaweremu o tym, że oświadczył się jej Mioducki, mógł walczyć, a on…właściwie oddał ją w ręce Gerarda bez żadnej walki. A potem, gdy wreszcie wyrwała się z piekła Gerardowego i chciała by Ksawery choć spojrzał na nią czule, potraktował ją w sposób wstrętny. Czy nie prawda co mówię?

- Nie. – Zaprzeczył twardo Piotr – On nie miał szans, wiedział o tym, potem, gdy ona tu przyjechała, był już żonaty i miał dziecko. Ona chciała by był na jej każde skinienie, a tego mężczyzna nie zniesie.

- O! Mylisz się. Ona go kochała, więc szanse były ogromne. Był tchórzem, mógł iść do ojca Zofii, porozmawiać, a on uciekł jak tchórz. Wyniósł się od nich. No tak, pewnie powiesz, że uniósł się honorem, tylko to nie był żaden honor, a zwykłe tchórzostwo! A po powrocie, czyż nie mógł powiedzieć jak normalny człowiek, że ma zobowiązania wobec swoich najbliższych? Musiał ją tak skopać psychicznie? Zobacz jak ona to wszystko przeżywała, zwłaszcza, że jaki był Gerard dowiedzieliśmy się ze szczegółami. Po tym wszystkim dostaje takiego tęgiego kopa od osoby która była u niej na piedestale. Choć szczerze jak dla mnie, nie stanął nigdy na wysokości zadania. Oprócz tego, że ten cudny Ksawery zbałamucił prawie dziecko, rozkochał ją w sobie…

- Ja też jestem tchórzem? – nadal nieprzyjemnym głosem zapytał Piotr, wpatrując się w nią zimno. Nie podobał się Eli, ani ton jego głosu, ani pytanie.

- Nie wiem. Ale nie rozmawiamy o tobie. Piotr, chodzi mi tylko o to, byś przyznał mi rację, bo ją mam. Zofię skrzywdzono, otaczały ją osoby, które był złe i zwyrodniale. Ojciec chyba był bardzo słabym człowiekiem. Ksawery był przynajmniej w jej oczach kimś, na kim by mogła się wesprzeć, ale on zachowywał się jak tchórz, tyle..

- Jesteś taka sama. – Skwitował jej słowa – Myślisz, że i ja jestem tchórzem. Że mój ojciec był tchórzem, bo bronił matki, choć wszyscy wokół wiedzieli, że to zwykła dziwka. Dziadek był tchórzem, bo upijał, gdy babka puściła się z całą wsią, a potem oszalała. Tak o nas myślisz, rodzinka cykorów?

- Przestań – zirytowała się Ela – masz dziwną skłonność do dopisywania mi jakiś wydumanych oskarżeń. Nigdy nie myślałam ani o tobie, ani o twoich krewnych w ten sposób. Poza tym, uważam cię za mężczyznę mojego życia. Zakochałam się w tobie idioto jeden!

- Jak Zofia w Ksawerym? – Piotra głos nadal był nieprzyjemny i czuło się nutę złośliwości.

- Nie wiem o co ci chodzi. – Eli drżała broda, chciało się jej płakać, pod powiekami poczuła niebezpieczne pieczenie. – Naprawdę cię kocham. – I rozpłakała się – najwyraźniej słowa Piotra i pamiętnik rozkleiły ją zupełnie.

- Przepraszam – Piotr jakby dopiero dostrzegł jej łkanie i to, że przeżyła ostatnio bardzo wiele. – Wybacz, czasem myślę o sobie, że jestem tchórzem, może to mnie tak zirytowało, że ty Ksawerego tak nazwałaś. I masz rację, powinien o Zofię walczyć, jeśli ją kochał, ja bym walczył.- Otoczył Elżbietę ramieniem. - Z każdym.- Dodał – z Robertem też, tym razem nie zachowałbym się jak tchórz.

sobota, 13 listopada 2010

Dom Elżbiety LXXX





Gdy minęły trzy miesiące od zniewolenia Racheli, wielkie poruszenie i jakiś rodzaj ekstazy zaobserwowałam nawet u Carloty. Tego dnia, Carlota od rana starała się być dla mnie nadzwyczaj miłą. Okazywałam mi niesamowite oddanie, jakby te wszystkie rzeczy których byłam świadkiem i pośrednio sprawcą, nie wydarzyły się naprawdę.
Podejrzewałam jednak cały czas jakiś spisek i że może mnie spotkać coś podobnego do Racheli, więc wystrzegałam się ich wszystkich, a od Carloty niczego nie piłam, ani nie jadłam.
Gdy zapadł wieczór, moi „goście” wraz z mistrzem i Carlotą przyszli do mnie, bym po raz ostatni uczestniczyła w jak to nazywali” mszy”. Powiedziałam, że nie chcę, że nie mogą mi nic złego zrobić, chyba nawet zaczęłam krzyczeć.

Mistrz podszedł do mnie i powiedział, że nic mi się nie stanie, a nie mogę być pod działaniem mikstury Carloty, bo potrzebna jestem przytomna.
Spojrzałam na niego ze wstrętem, bo wciąż miałam w pamięci obraz codziennej gehenny Racheli i obleśny wygląd nagiego mistrza.
Powiedziałam, że do niczego nie może mnie zmusić. Skinął pokornie głową, ale zaznaczył, że jeśli będę z nimi w tym uczestniczyła, to wszystko się skończy.

Zgodziłam się. Niech Bóg mi wybaczy, chciałam żeby to się skończyło, myślałam, że Racheli nic się nie stanie. Zresztą, nie wiem co w tedy myślałam. Chyba po prostu chciałam, by i jej to się wreszcie skończyło.

Kazano mi się przebrać w tą czarną pelerynę, sami też się w nie ubrali. Zeszliśmy do piwnicy. Carlota już tam była. Ubrała Rachelę w suknię, ale obnażyła jej piersi. Dziewczyna nadal była związana, a nogi miała rozłożone jak do porodu. Mimo ubrania, Rachela była naga, może jeszcze bardziej niż zwykle. Spoglądała nieprzytomna ze strachy na nas, na mnie, jakby chciała mi zadać pytanie, dlaczego. Odwróciłam wzrok, by nie patrzeć w jej pełne bólu i lęku oczy.
Potem mistrz zaczął tą swoją litanie odwróconych słów. Wszyscy powtarzali po nim, ja też, mimo, że nie chciałam. Potem krąg zaczął się zaciskać wokół Racheli, ja byłam miedzy nimi. Widziałam jak mistrz podszedł do szeroko rozstawionych nóg Racheli i… włożył w nią rękę, aż po łokieć, kiedy ją wyjął, w dłoni miał jakiś okrwawiony pulsujący strzęp ciała. Zaczął je chciwie pożerać, aż cala twarz miał okrwawioną. Wokół zapanowało istne piekło, taki entuzjazm wzbudził wyczyn mistrza. Spojrzałam na Rachelę i zobaczyłam, że albo straciła przytomność, albo po prostu umarła. Leżała w każdym razie, tak mi się wydawało, bez życia.

Podeszłam do niej i… bo nikt już na nią i na mnie nie zwracał uwagi, zaczęłam rozwiązywać krępujące ją więzy. Kiedy rozwiązałam ostatni, nagle Rachela się poderwała. Nie wiem, czy to, że poczułam się uwolnioną dodało jej siły, czy co innego, ale podniosła i chciała mnie udusić. W oczach jej dostrzegłam obłęd, szaleństwo. Brakowało mi tchu, wtedy uratowała mnie Carlota, odciągając ją ode mnie.

Rachela uciekła, zostawiając za sobą ścieżkę krwi. Pomyślałam wtedy, że wykrwawi się na śmierć. Dziwne, ale czułam ulgę, że umrze.

- Boże – jęknęła przerażona Elżbieta. – Co ta Rachela przeszła? To koszmar!

- Tak, aż mi zaschło w gardle z przerażenia. – Piotr spojrzał na Elę - Dzięki, że przerwałaś, chyba nie mogę już na razie czytać.

- Nie dziwię ci się. Wiesz, dziwna ta Zofia, trochę mi jej też szkoda, bo ona to robiła wszystko ze strachu, bo nie chciała, by to spotkało ją. Znów, bo przecież już czegoś podobnego doświadczyła, prawda?

- Myślę, ze tamten rytuał, był trochę inny, ale fakt, ona się bała. Rzeczywiście na nikim nie mogła się wesprzeć. A szczerze, ten Ksawery też był nie w porządku, nie musiał nią aż tak wzgardzić, w końcu…

- Tak, masz rację – przerwała mu Ela – on właściwie sprowadził na nią to nieszczęście, znów!

- Znów? – Zdziwił się Piotr.
- A przedtem, jak oświadczył się jej Mioducki, może gdyby Ksawery inaczej postąpił, nie uniósł się tak honorem, nie wydarzyło by się to wszystko. Nie pomyślałeś o tym?

- Może – Piotr się zawahał – myślisz, że to my jesteśmy temu wszyscy winni? My Pawliccy?

- Nie, nie tak to chciałam powiedzieć. Wybacz mi. – powiedziała trochę wystraszona Ela, bo zobaczyła, jak Piotr zmienia się na twarzy, jakby miał wybuchnąć.

piątek, 12 listopada 2010

Ti..ti! 100 dni Komorowskiego

Jestem zapominalski. Miałem wstać o piątej i napisać tekst sławiący osiągnięcia 100 dni prezydentury Bronisława Komorowskiego, ale zapomniałem. Może dlatego, że śniłem o locie balonem nad niekończącymi się łanami dorodnej kukurydzy.

Stracone chwile nie wrócą. Pomysł został spalony i przerobiony przez różnych ancymonów na ich obraz i podobieństwo. Trudno!

Prezydentura, a przynajmniej jej pierwsze sto dni nie obfitowała w jakieś szczególnie dramatyczne wydarzenia. Ot, zgubiony grzebyk i wspaniały, poetycki tekst przyrównujący muzykę Chopina do armat ukrytych w krzakach.

W sumie chciałem pochwalić naszego Prezydenta, choćby za to, że nie stara się nikogo naśladować. Weźmy takiego Napoleona. Temu wystarczyło sto dni by uciec z Elby, przejąć władzę we Francji, zgromadzić armię i dotrzeć do Belgii pod Waterloo, gdzie ostatecznie zakończył swą karierę. Bywa i tak.

Nasz Prezydent na szczęście nie ma ciągot do takich wygłupów. Jak będzie chciał to sobie poleci pod Waterloo samolotem jak jakiś turecki basza. Oby tylko przez omyłkę nie dotarł do Kanady, bo jak się wpisze w wyszukiwarkę Waterloo, na pierwszym miejscu wyskakuje miasteczko w tym odległym kraju wraz ze swoim Uniwersytetem. Bywa i tak.

A propos Francji. Tamtejszy Sarkozy, co wyczytałem w dzisiejszej Rzepie zapragnął mieć własnych „muzealników” i wykombinował muzeum, w którym miałyby być prezentowane najwybitniejsze postacie w historii tego miłego państwa. Och, zaraz został nacjonalistą i lewackie durnie nie chcą przybić mu swojego postępowego stempelka.
Dziwne to trochę, bo Sarkozy wywodzi się przecież z węgierskich Żydów. Bywa i tak.

Specjalnie akapity kończę równoważnikiem zdania o treści „Bywa i tak” świadomie nawiązując do książki bardzo postępowego i dobrego pisarza Kurta Vonneguta „Rzeźnia numer 5”

Książka opowiada o zniszczeniu przez aliantów Drezna podczas dorzynania drugiej wojny światowej. Autor poza własnymi obserwacjami dramatyzuje rzecz całą inspirując się debiutancką książką Dawida Irwinga opowiadającą o tym strasznym historycznym momencie. Chyba wszyscy wiemy kim jest Dawid Irwing?
Bywa i tak.

It..it – powiedział pan Ptak
Ti..ti – powiedział pan Prezydent i poszedł po strzelbę

Polacy to ludzie łagodni!

Nasi radykałowie przypominają czeską partyzantkę, jaką znamy z dowcipu, partyzantkę wygonioną z lasu przez, nomen omen, gajowego.

Jedni maszerują i wznoszą patriotyczne hasła, ich przeciwnicy gwiżdżą, przebierają się i szarpią. Nic dziwnego, że „tęczowy” aktywista Biedroń trafia do paki jako jednostka wybitnie agresywna. Na takim tle?

Wczorajsze wydarzenia pokazują jasno, jak głęboko w nosie Polacy mają sprawy ideologiczne i zupełnie nie wiem czy się z tego cieszyć? Z jednej strony to dobrze, że magia słów wygłaszanych przez radykalnych polityków z obu stron barykady nie działa, ale z drugiej, cóż, czasy, które nadchodzą nie będą czasami dobrymi dla „małej stabilizacji”

Polacy to ludzie łagodni do bólu brzucha.

Media nakręcały sprężynę i potem daremnie czekały na bitwę, a zostały z Ikonowiczem trafionym w głowę butelką albo kamieniem, co w żaden sposób panu Ikonowiczowi nie może zaszkodzić w dalszej politycznej karierze, bo łeb to on ma kamienny.

Nie, żebym pochwalał przemoc, ale wystawcie sobie takie starcie w Paryżu. Przecież tydzień by trwało liczenie strat. U nas skończyło się na krzyku.

Osobliwe była tylko rola Gazety Wyborczej. To prawdziwy ewenement na skalę europejską, żeby mainstreamowa prasa brała się za podburzanie radykałów. Nie podoba mi się to. Na szczęście nawet zlewaczali durnie to u nas ludzie raczej łagodni i leniwi.

A może prawdziwe życie jest gdzie indziej i tam rośnie prawdziwy gniew? Taki, że ludziom zechce się porzucić naturalną dla naszej nacji łagodność. Służby, skoro na taką skalę nas obserwują powinny wiedzieć, gdzie?

czwartek, 11 listopada 2010

Dom Elżbiety LXXIX


Piotr kiwnął głową i spojrzał na Elżbietę, drżała.

- Mam dalej czytać? – Zapytał niepewnie.

Skinęła głową, na znak, że chcę poznać historię Racheli.

Boję się, że to co teraz opiszę, może być szokiem dla tego, który to przeczyta. Ale wiem, że inaczej nie mogę, tamta biedna Żydówka nie zasłużyła sobie na to, co ją spotkało. Poza tym, możecie mi wierzyć lub nie, byłam świadkiem ohydy, która była związana z jakimiś rytuałem diabelskim.

Ale od początku.

Uwięziono Rachelę w piwnicy mojego domu. Po tamtych wydarzeniach kazałam piwnicę zasypać, więc jej już nie ma, tego czego ta piwnica była świadkiem, a i ja bezpośrednio i co mi się wciąż śni po nocach, tego do dziś nie potrafię ogarnąć własnym umysłem.

Zaraz po tym jak sprowadzono Rachelę, między moimi „gośćmi” zapanowało ogólne poruszenie, jakby czegoś nie mogli się doczekać.
Mnie do piwnicy na początku nie wpuszczano, Carlota powiedziała, że jeżeli będę się upierała, sama mogę zastąpić Rachelę. To była jawna groźba z jej strony, która mnie przeraziła. Pamiętałam, co robili ze mną w Paryżu za zgodą Gerarda, a teraz też nie mogłam liczyć na niczyją pomoc. Nawet doktór Stelmach na moją prośbę pojechał do Baden za Józefiną.
Zresztą co on sam mógł uczynić? Znów stałam się zakładniczką w moim własnym domu. Myślcie, że mogłam zawiadomić policję. Tyle, że wiedziałam iż oni potrafią sobie i z nią poradzić, a ja miałam już zszarganą reputację po tym incydencie z Ksawerym. A Carlota, była dobra, bo to ona uleczyła więcej ludzi na wsi, niż ktokolwiek.

Przyszedł do mnie Meyer, prosząc bym oddała mu córkę, że wie, że jest tutaj, że słyszał jej krzyk. Byłam przerażona, ale powiedziałam, że u mnie jej nie ma, bo za mną stała Carlota, która była, wiedziałam już teraz o tym, zdolna do wszystkiego. Wtedy powiedział, że wpuściłam do domu i serca Azazela i spojrzał tak na Carlotę, że mnie przeszły ciarki.
Ona uśmiechnęła się, choć widziałam jak złość się w niej gotuje i ta jej twarz…znów była nieludzka.
Tylko jeden z nich nie podzielał ogólnego podniecenia, był nim ów malarz. Co dnia wydawał mi się bledszy i bardziej melancholijny. Zapytałam się go, co go gnębi. Odparł, że jeżeli ktoś nie ma duszy, bo ją sprzedał za geniusz, który mu ciąży jak kamień, nie może czuć się szczęśliwy. Potem nagle zniknął, zapytałam się Carloty, gdzie on jest, odparła, że wyjechał. Nie mogłam w to uwierzyć, bo nie zabrał swoich farb, pędzli, wszystko było, jakby przed chwilą wyszedł ze swojej pracowni, którą mu urządziłam. Myślę, że i jemu coś zrobiono, ale też nie mam dowodu.

Po zniknięciu malarza byłam im potrzebną, więc zabrano mnie do piwnicy. To co tam zobaczyłam, uwierzcie mi, było nie tylko przerażające, to był koszmar, którego nawet nie wiem jak opisać.

Rachela naga leżała na czymś w rodzaju ławy, nogi i ręce miała skrępowane i przywiązane do tego czegoś. Mistrz też był nagi i spółkował z nią, gryząc jej sutki tak, że ciekła z nich krew. Wokół pląsali w jakimś dziwnym tańcu pozostali, ubrani jedynie w czarne peleryny z kapturami. Widziałam, że byli nadzy, bo peleryny otwierały się przy każdym pląsie. Zdarto i ze mnie suknie i włożono mi taką pelerynę, Carlota przemocą wlała mi coś w usta. Potem, czy to była wina tego napoju, wszystko zaczęło mi się kręcić, jakbym była na karuzeli.

Potem nie pamiętam, ale rano byłam w swoim łóżku.

To było teraz moim codziennym rytuałem i tak przez trzy miesiące. Chyba zaczynałam wariować, bo przestał mnie obchodzić los tej Racheli, która była codziennie przez tego obleśnego starca gwałcona i co dzień spijał z jej sutków nową krew. Bałam się tylko o siebie i o to, żebym nie musiała być na jej miejscu.

wtorek, 9 listopada 2010

Dom Elżbiety LXXVIII



- I? – Jej pytanie zawisło ciężko między nimi. Piotr jakby się zawahał, bo ciężko westchnął.

- Wiesz – zaczął niepewnie – no i żeby wrócić do rzeczywistości właśnie…- zawiesił głos – rozciąłem sobie dłoń. Ona jest naprawdę bardzo silna – dodał tytułem usprawiedliwienia – czułem, że całkowicie się zatracam, jakby…jakby nierealność była realna i odwrotnie.

- A jak mnie tobie obrzydziła?

- Słuchaj, nieważne, zresztą nie udała się jej ta gra. Lepiej czytajmy dalej, co?

- Ok.! Ale powiesz mi kiedyś o tym, dobrze?

- Może, najpierw jednak musimy to skończyć. Może teraz ja będę czytał, co ty na to?

- Dobrze.

Wkrótce zjechali, mistrz wraz ze swoją świtą. Było ich dokładnie jedenastu, w tym dwie kobiety. Mnie traktowali dość chłodno, natomiast Carlotę traktowali jak królową.
Upewniło mnie to w przekonaniu, że tamte paryskie zajścia były zainicjowane właśnie przez nią. Choć tak mi podpowiadał rozum, nadal nie mogłam do końca w to uwierzyć.

Mistrz wyglądał jeszcze bardziej staro i zwiędle, jakby rozpadał się ze starości, aż trudno mi było go gościć przy jednym stole w czasie posiłku. Było w nim coś z rozkładu, obrzydliwość.

Za to malarz okazał się bardzo miły, choć jakiś smutny, jakby, nie wiem jak to określić, jakby ktoś zabrał mu całą radość życia. Nawet gdy malował, nie robił tego z pasją, która zawsze towarzyszy artystom, a jakby od niechcenia, traktując swój talent jak garb.

Mistrz, rzeczywiście nie próbował mnie tknąć, co i tak uważałam za szczęście, bo sama jego obecność doprowadzała mnie do mdłości. Było lato i wkrótce miała do domu zjechać Józefina z pensji, pierwszy raz zaczęłam się o nią obawiać, wszak zaczęła dorastać, a nie wiadomo, co mogłoby strzeli temu mistrzowi do głowy. Postanowiłam, że na okres wakacji wyślę Józefinę do kurortu wraz z jej pokojówką. Wydałam odpowiednie dyspozycję. Poprosiłam też doktora Stelmacha, by pojechał tam jako kuracjusz, by mieć Józefinę na oku. On się chętnie zgodził, bo wciąż miał nadzieję na to, że w końcu zgodzę się wyjść za niego za mąż.

Nigdy też nie stracił jako jedyny do mnie zaufania…widać miłość bywa ślepa, jestem tego najlepszym dowodem. Sprowadziłam na własną głowę moje najgorsze nieszczęście, za chwilę w towarzystwie ukochanego, który mną wzgardził i porównał do łachmana.

Józefina była bezpieczną, więc odetchnęłam. Choć nie była mi specjalnie kochaną, jednak była moim dzieckiem, jedynym dzieckiem, nie chciałam, by spotkał ją podobny los, do mojego.

Wkrótce portret mój był gotów, a Carlota chciała go własnoręcznie oprawić, co też było dla mnie dziwne. Ale, szczerze, bardziej zastanawiało mnie, po co ona sprowadziła tego rozkładającego się mistrza. Bałam się go i brzydziłam. On wciąż krążył po wsi, straszył młode dziewczyny swoim zachowaniem. Był obrzydliwy i lubieżny, traktował te dziewczęta jak kurczaki. Zaczęto przychodzić do mnie z pretensjami.

Powiedziałam to głośno przy stole zwracając się do tego ohydnego starca, że nie życzę sobie takiego zachowania. Cały stół wybuchnął gromkim śmiechem. Poczułam się bezradna. Powiedziałam to Carlocie, ta wzruszyła ramionami i powiedziała, że już niedługo, że już ma to, po co sprowadziła mistrza i że muszę być jeszcze trochę cierpliwa. Wszak nic złego się nie stało.

Byłam wściekła, nakrzyczałam na nią, że tu chodzi o moją już i tak nadszarpniętą reputację.
Odparła tylko, że wszak jej przyrzekłam, że zgodziłam się na ten warunek.

Potem wszystko zaczęło się zmieniać jak w kalejdoskopie. Aż boję się o tym pisać, bo nigdy w życiu nie przypuszczałam, że dożyję czegoś takiego, co zdarzyło się w moim własnym domu i niestety za moim przyzwoleniem.

Nie wiem w jaki sposób zwabioną tą biedną Rachelę do mojego domu, myślę, że to Carlota, ale nie wiem w jaki sposób.


- A jednak! – Jęknęła Ela – Więc Rachela była w jej domu.

sobota, 6 listopada 2010

Dawaj! Jarek dawaj!!!!

Podobają mi się ostatnie, czyszczące PiS akcje Jarosława Kaczyńskiego.

Raz, że ucieka od fatalnej kombinacji wedle której PiS miałby żyć na scenie politycznej, jako taki bardziej „prawicowy” populistyczny cień PO.

Dwa, że gdy został ostatecznie namaszczony przez media jako lider ciemnogrodu, lider Polski „B” i polski ( tu już z małej litery) „C” jasne jest, że powinien trzymać się tych wysoko opłaconych wytycznych.

Pis będzie robił za prowincjonalną Partię Ludową.

To źle?

To już takie bydlęta ze wsi, miast i miasteczek jak Jarecki nie mają prawa mieć swojego reprezentanta na scenie politycznej?

To może odbierzcie nam prawa wyborcze, co?

Tak, jestem durniem, jakąś tam cząsteczka ustroju demokratycznego, ale chyba sytuacja nie dojrzała jeszcze do tego, by mi prawa obywatelskie odbierać?

Popieram Jarosława Kaczyńskiego i do bólu brzucha śmieszą mnie argumenty w rodzaju, że teraz to Pis jest niewybieralny i w ogóle swoja obecnością psuje scenę polityczną.

Jak to jest niewybieralny, skoro ja wybieram PiS?

Tyle słów, tyle emocji związanych z usunięciem z partii pań, Kluzik i Jakubiak. W mojej gminie Jarosław Kaczyński wyraźnie wygrał z panem Komorowskim. Niech, jeden z drugim mądrala przegada godzinkę z ludźmi to dowie się, ze być może 5% głosujących kojarzy te miłe panie.

Bez żartów – podobnie PO to Tusk i może po ostatnich wyborach, Komorowski.

Uważam to za najzdrowszy odruch Polski „B” i ”C”

Czy panią Kluzik, albo pana Migalskiego obchodzi, że Zenon Pyrka stracił robotę i odcięto mu właśnie prąd oraz wodę, a ma akurat, cóż za pech, rocznego synka?
Jedyne zainteresowanie jakie może uzyskać od naszego Państwa to propozycja odebrania mu dziecka.

A wiecie, że on też ma głos wyborczy? Pewnie pan Pyrka z niego nie korzysta – degenerat!

Dlatego popieram Jarosława Kaczyńskiego. Niech się całkiem wyniesie z Pis- em na prowincję i tam walczy o prawie 50% elektoratu, który w ogóle nie raczy głosować.
A „warszawskie słodziaki” mają szanse zrobić swój ulubiony Pisik, bardzo miły i oświecony.

Może się takie coś kiedyś przyda.

Dajcie tylko prymitywom takim jak ja, szansę głosowania na tych, których program mi się podoba. Ba, nawet nie na wybór programowy, ale intuicyjny. Gardźcie, poniżajcie, ale odpieprzcie się od jedynej sensownej alternatywy dla rządów oszołomów z PO.

Załóżcie, z medialna osłoną, nową, wspaniałą partię. Dmuchajcie i chuchajcie ile wlezie na nową polityczna roślinkę. Tak czy tak mam ją w nosie!

Może to osobliwe, że wolę być z panem Pyrką niż z medialnymi tuzami.
Ja jestem po mieczu „żydek” i czuję pismo nosem. Starannie kalkuluję opłacalność czynów, gestów i zaniechań.

Dlatego staję po stronie zaścianka, po stronie katolickiej, ciemnej wizerunkiem Pani Częstochowskiej, pszeniczno – buraczanej Polski. Jako zawodowy sceptyk i ateista wybieram wolność wśród wolnych, miast szczebiotu schłopiałej Warszawy.
Niech wreszcie zapanuje normalność, bo inaczej nigdy się nie policzymy!