czwartek, 23 czerwca 2016

O Mistrzostwo Europy 15. Dobrzy faworyci, źli barbarzyńcy.


Piłkarze rozegrali trzydzieści sześć meczów, i tak jakoś wyszło, że w ćwierćfinale nie zobaczymy Hiszpanów albo Włochów. Na dodatek, zwycięzca ich starcia trafia na Niemców. Zwolennicy przewidywalnych tryumfów narzekają, że nie godzi się odprawiać z kwitkiem tak słynnych drużyn, nim gra o złoto wkroczy w decydującą fazę. Na szczęście obecne Mistrzostwa Europy, podobnie jak każdy wielki turniej, mają swój własny oryginalny scenariusz, własną dynamikę i tworzą własnych bohaterów.  Na przykład, przy całych zachwytach nad ambicją Islandczyków, wielu traktuje  ich awans do fazy pucharowej  jako dysonans, zapominając, że tak naprawdę turniej rozpoczął się dwa lata temu i właściciele wielu gejzerów wyeliminowali, dwukrotnie ogrywając do jaja, trzecią drużynę świata, czyli Holandię. Czy ktoś przytomny dziwiłby się widząc Olendrów w jednej ósmej finału?
Wróćmy na moment do eliminacji i przypatrzmy się, skąd się wzięło szesnaście drużyn, z których każda ma szansę na zdobycie Mistrzostwa Europy. Okazuje się nagle, że najsilniejszą, mającą największy potencjał grupą eliminacyjną była nasza grupa, ponieważ zespoły w niej grające, w komplecie awansowały do szesnastki. Fakt, że Irlandczykom pomogli, grający rezerwami Włosi, nie umniejsza ich sukcesu. Szkoci mogą sobie teraz pluć w szkockie brody. Podobnie w samych finałach, choć dzięki systemowi rozgrywek, nie było to niczym osobliwym, z naszej grupy wywlókł się na szerokie wody komplet zespołów, i znowu awansowała Irlandia, tylko inna. To była taka dygresja, by wzmóc nieco optymizm wśród czytelników tego bloga
Najpopularniejszym argumentem tłumaczącym kłopoty faworytów jest gadka o zmęczeniu sezonem. Nie neguję liczby rozgrywanych przez najlepszych meczów, ale to żaden argument. Gra wśród świetnych zawodników, reprezentantów własnego oraz innych krajów, w lidze, gdzie tak jak w hiszpańskiej, odprawia się słabszych rywali kilkoma bramkami, a każde dotknięcie wielkiej gwiazdy jest traktowane jak napad na bank, nie jest znów taką tragedią. Spytajcie piłkarzy grających na zapleczu angielskiej ekstraklasy. Tu chodzi raczej o kłopoty z mobilizacją, gdy faworyzowany team mierzy się z przeciwnikiem, którego gracze są dla mistrzów jakimiś anonimowymi barbarzyńcami. Nie dość, że nie wiedzieć czemu chcą wygrać, to jeszcze nie przebierają w środkach.
Takich dzikusów przystąpi do dalszej gry dokładnie połowa, o ile zaliczymy do nich reprezentację Polski. O dziwo, uważam, że byłoby to nieco naciągane. Naszpikowana piłkarzami grającymi w najlepszych ligach Chorwacja jest liderem, ale właśnie liderem barbarzyńców, podczas gdy nasz zespół niepostrzeżenie, krok po kroku, troszkę trzymając za rękaw Niemiaszków, przesunął się do strefy akceptowalnych, powiedzmy, ćwierć faworytów. Ale dwie Irlandie, Walia, Węgrzy, Słowacy i dzielni Islandczycy, postrzegani są jako zakały turnieju, których zrządzenie losu wyforowało na tak znaczące miejsce w tegorocznej imprezie.
Oczywiście wszyscy deklarują szacunek dla takich rywali, wychwalają ich zaangażowanie i umiejętność gry zespołowej, ale jak tak potencjalni mistrzowie siedzą w szatni, stukając niecierpliwie korkami w lśniącą posadzkę, tak naprawdę, zbliżający się mecz odhaczyli w swoich łepetynach jako wygrany. Kto tak kombinuje, zdziwi się niewąsko. A potem wypluskany przy brzegu egzotycznej wyspy, będzie w śliczniutkim barze, sącząc wyszukane koktajle oglądał mecze półfinałowe.
W sobotę rozpoczyna się najstraszniejsza dla kibiców tura. Kto przegra, wraca z niczym. Mgła niepamięci pokryje najcudowniejsze gole, wspaniałe robinsonady i zawziętą walkę o każdy metr murawy. Tylko Irlandczycy, Słowacy, Islandczycy i Węgrzy, o ile polegną po zaciętej walce, nie osiągając ćwierćfinału, będą mogli uznać turniej za udany. Dla wszystkich pozostałych drużyn, porażka będzie li tylko zawiedzeniem rozbudzonych nadziei. Zapowiada się kapitalna gra. Będą dogrywki, serie karnych, sensacje i gole w ostatnich minutach. Wszystko, co prawdziwi kibice lubią najbardziej.
A my? My trafiamy na idealnie średniego rywala. Nie na zawiedzionych dotychczasową grą faworytów, ani na niesionych niespodziewanym sukcesem barbarzyńców. Szwajcaria w tym turnieju jest niczym ciepłe piwo. Wypić można, ale żeby się takim napitkiem pasjonować, to już przesada. Takie podejście, wiem, jest trochę niebezpieczne, ale z naciskiem na „trochę”. Mam nadzieję, że naszym piłkarzom nie zależy na wcześniejszych urlopach i nie uznali wyjścia z grupy za sukces, skoro gramy o Mistrzostwo Europy, dokładnie tak, jak nazwałem ten skromny cykl.
Powtarzam: O Mistrzostwo!

środa, 22 czerwca 2016

O Mistrzostwo Europy 14. Szwajcarowi grosz za fatygę


Wczorajszy mecz z Ukrainą jest w tej chwili równie istotny, jak eliminacyjne mecze ze Szkotami. Przyniósł nam korzyść. Gramy ze Szwajcarią, a wnioski, co do postawy i przydatności poszczególnych piłkarzy, niech wyciąga Nawałka. Na razie Polska drużyna, od początku sprawia wrażenie świadomej celu, w jakim pojawiła się we Francji, a jedynym sensownym jest zdobycie mistrzostwa. Nie piszę tutaj, czy i jakie mamy szanse, tylko o wyznaczonym celu. Na zimno, z nieskrywaną premedytacją, Nawałka minimalizuje straty. Osiągamy kolejne cele, cały czas sprawiając wrażenie, że już za chwilę, w kolejnym meczy pokażemy prawdziwe, jeszcze groźniejsze oblicze. Nawet jeśli to złudzenie, to bardzo przekonujący miraż. Dwieście siedemdziesiąt minut bez straconej bramki. – Nie w kij dmuchał!
Zdobyliśmy siedem punktów, siedmiokrotnie strzelając celnie na bramkę rywali. Z jednej strony, te siedem strzałów to straszna nędza. Z drugiej, każe myśleć o ukrytym potencjale drużyny. Nasz najbliższy rywal oddał dwa razy więcej celnych strzałów, choć podobnie jak my, w jednym meczu nie trafił w bramkę ani razu, i podobnie jak my strzelił w trzech meczach dwa gole.
Tak naprawdę statystyki już rozegranych meczów Polski i Szwajcarii w jednym punkcie różnią się zasadniczo, a jest to punkt, który chyba najlepiej obrazuje sposób gry obydwu drużyn. Nasz zespół sześciokrotnie został przyłapany przez sędziego na spalonym, czyli dokładnie tyle samo razy, co jego rywale. Bilans Szwajcarii jest zasadniczo różny. Skrajny, można rzec i wynosi trzy do piętnastu. W meczach z Helwetami, rywale tylko trzykrotnie „spalili” a nasi rywale aż piętnastokrotnie! To wiele mówi o ich sposobie gry, a także o metodach jakich musimy użyć, by dobrać im się do skóry. Będzie trzeba cholernie uważać na kontry, podczas gdy oni nie stworzą nam zbyt wielu takich możliwości. Nie ma innego wyjścia niż nacisk, niż gniecenie, zamykanie, ostrzeliwanie pozycji przeciwnika, co w kontekście statystyki oddanych dotychczas strzałów, nie musi budzić koniecznie przesadnego optymizmu. Na dodatek wchodzimy w fazę pucharową i patrząc na zawziętość dotychczas rozegranych meczów , gra na dogrywkę i karne, staje się wielce prawdopodobną taktyką wielu drużyn. Szczególnie w jednej ósmej, bo ćwierćfinał dla zespołów nie postrzeganych jako faworyci, to już jest jakiś wymierny sukces.
Z tym ćwierćfinałem to już jest zabawnie. Eksperci zastanawiali się, czy lepiej zagrać z Hiszpanią, czy z Włochami, w związku z czym, możemy trafić na Chorwację, albo jej najbliższego rywala z trzeciego miejsca, bo ci dzielni południowcy lubią być chimeryczni do rozpaczy, więc w sumie nic nie wiadomo. Na razie naszym zmartwieniem są tylko i wyłącznie Szwajcarzy. Uważam, wbrew opinii rozpowszechnianej przez niektórych dziennikarzy, że na naszą korzyść działa fakt dłuższego o czterdzieści osiem godzin wypoczynku Helwetów po meczach grupowych. To żaden handicap w tej fazie turnieju. Może w półfinale jedna doba to skarb, ale teraz to tylko wytrącenie z rytmu meczowego, tym bardziej, że po naszych chłopakach nie widać, by jakoś szczególnie nadwyrężali swe siły. Dwa dodatkowe dni myślenia o meczu, podtrzymywania bojowego nastroju, uważania na treningach, żeby nie wydarzyło się nieszczęście... Trzeba wyjść i skopać im tyłki! Mamy się bać Szwajcarów? Niech nas się boją!
Bardziej boję się komentatorów, którzy chcąc ubarwić swój słowotok, będą ględzić o spadkobiercach Wilhelma Tella, frankowi czach, gwardii papieskiej i szwajcarskim serze. To ja tu dodam złośliwie, że Szwajcar to gość, który drzwi z namaszczeniem otwiera. Mam nadzieję, że także do ćwierćfinału.
 Nie jestem przesądny, nie wiem, co to zabobon, i przepraszam, że gdzieś mi umknął trzynasty numer notki o mistrzostwach. Umknął to umknął, nie będę ganiał za jakimś głupim numerem, bo i wiek nie po temu i siły na kibicowanie muszę oszczędzać.
Panowie piłkarze, z Bogiem, do pracy!

wtorek, 21 czerwca 2016

O Mistrzostwo Europy 12. Papierowe futbolówki


Prawie, robi wielką różnicę. Dzisiaj dzień meczu, to i nie ma co podbijać, już podbitego bębenka. Jestem od rana wystarczająco zdenerwowany. Czym? Ano, spodziewam się sukcesu, a do sukcesów naszych piłkarzy nie jestem przyzwyczajony. Odzwyczaiłem się, ujmując to inaczej i teraz cały czas będę się denerwował, że za chwilę jakiś dobrodziej złośliwie zbudzi mnie ze snu słodkiego.
 Aby zabić czas, jaki pozostał do pierwszego gwizdka można sięgnąć po książkę o futbolu, bo to co mówią, że od czytania książek można zgłupieć, to bujda. Muszę się przyznać, że zazdroszczę dzisiejszej młodzieży, barwnej, szerokiej do przesady oferty pozycji o tematyce piłkarskiej. Większość to banialuki i reklamiarstwo, ale pewnie zawsze się trafi jakaś perełka. Za moich czasów było tych książek maleńko, maciupeńko. Wydawano je głównie przy okazji kolejnych mistrzostw świata. Miałem dzieło o Europejskich Pucharach, o naszej lidze. Te pozycje szczególnie ceniłem z powodu licznych tabelek, zestawień wyników i składów. Siadałem sobie na przykład i szukałem wszystkich meczów Derby County, albo innej Garbarni Kraków. Taki byłem!
Szczególne, osobliwe miejsce w mojej ówczesnej skromnej kolekcji zajmował komiks „Od Walii do Brazylii”. Osobliwe, bo już wtedy budził raczej śmiech, niż podziw. Niemniej, po ponad czterdziestu latach sporym sukcesem autorów jest fakt, że zapamiętałem dwie kwestie z tego dzieła, a pierwsze powiedzonko, na stałe weszło do mojego języka. Drugiego używam sytuacyjnie.
Na pierwszym obrazku widzimy polskich piłkarzy po meczu inauguracyjnym, pochylonych nad rozłożonymi gazetami. Oto w Bildzie zasugerowano, że jeden z naszych graczy został przyłapany na dopingu. Ktoś oburzony poucza:  To kolejna prowokacja springerowskiej prasy!
Inny, wspaniały w swej prostocie dialog, znajdujemy, gdy akcja komiksu dociera na Wembley. Kopnięty w rękę Tomaszewski zwija się malowniczo na murawie. Pochylony nad nim kolega pyta:
- Boli cię Jasiu?
- Bardzo, ale nie opuszczę bramki! – odpowiada Tomaszewski.
Jeszcze zabawniejszym dziełem, jakie zakupiłem w 1975 roku, była książka radzieckiego pisarza  Lwa Kassina, zatytułowana „Bramkarz republiki”. Nawet jako dwunastolatek widziałem książkę jako nieprawdopodobną wręcz bujdę. Wyczytałem przed chwilą, że na jej podstawie nakręcono nawet film, ale niestety nie udało mi się go odnaleźć.
Do drużyny zakładowej, gdzie piłkę kopali we wspólnym trudzie robotnicy, inżynierowie i kadra, prawda, kierownicza, dokooptowano na stanowisko bramkarza dorosłego chłopa, którego talent dostrzeżono, gdy ten brał udział w załadunku płodów rolnych i chwytał, stojąc na barce, rzucane z brzegu arbuzy. Jest to człowiek tak prosty, że nie dość, że nigdy nie grał w nogę, to nawet nie widział piłki. Namówiony na trening, broni wszystkie strzały, choć piłka nie arbuz i początkowo parzy go w dłonie. Chłop trenuje, zostaje robotnikiem, zaczyna się uczyć, zapisuje się do organizacji młodzieżowej, poznaje subtelną dziewczynę. Normalny ideał. Gdyby był napastnikiem, napisałbym że drugi Lewandosiu.
W końcu wchodzi na boisko, zmieniając sfrustrowanego wpuszczeniem „szmaty” bramkarza, który na starość stał się szpanerem i mięczakiem do tego stopnia, że broni w rękawiczkach. Nasz bohater gola nie wpuszcza i przegrywany zero do dwóch mecz, kończy się zwycięstwem. Przy okazji dowiadujemy się, że ta robotniczo-inżynierska drużyna jest zespołem jak najbardziej ligowym.
Zaczyna się passa zwycięstw bez straconego gola, ale licho nie śpi. Okazuje się, że nawet w czasach stalinowskiej opresji, sprytni działacze nie zasypują gruszek w popiele i kaperują arbuzowego herosa do stołecznej, mistrzowskiej drużyny, gdzie ruja, poróbstwo, pieniądze i wino musujące. Autor nie szczędzi nam opisów degrengolady bohatera. Oto ogłupiony mamoną kupuje skórzane, buty, płaszcz, rękawiczki i kapelusz, a potem z bukietem zakupionych u prywaciarski róż, idzie na spotkanie z ukochaną. Ta, widząc swoje mężczyznę w kapeluszu, płacze i ucieka w rozpaczy.
Passa trwa, goli nie wpuszcza, choć z powodu zawodu miłosnego zaczyna chlać. Trzeźwieje, gdy jego zespół gra z pierwszą, byłą, czystą, uczciwą drużyną, w której debiutował. Byli koledzy rozgryźli go, opracowując fortel, polegający na niestrzelaniu na bramkę, co najwyraźniej zgapili współcześni Szwajcarzy. Zmęczony napięciem, bezrobotny goalkeeper, w końcu wpuszcza gola, potem kolejnego. Sfrustrowany taranuje swojego szczerzego, najlepszego przyjaciela tak mocno, że ten trafia do szpitala.
Wstrząśnięty wraca przecież na dobrą drogę. Przestaje się wygłupiać w płaszczu, wraca do szkoły, drużyny i dziewczyny. Nagrodą jest powołanie do reprezentacji Republiki (chyba radzieckiej?), na mecz z najlepszą, zawodową I słynną z brutalności drużyną... turecką.
Co tam się wyrabia! Bramkarz Republiki demaskuje najlepszego strzelca zawodowców, który jest Maurem i gra w metalowej mycce na głowie, ukrytej pod kolorową bandaną. Tą mycką załatwia wszystkich z byka. Pomimo licznych niegodziwości i pułapek, Republika wygrywa 1-0. Złośliwy, pozbawiony mycki snajper strzela karnego naszemu bramkarzowi. Ten rzecz jasna łapie piłkę w swe ogromne dłonie i rzuciwszy ją przed siebie, sam gna na bramkę, a dopadłszy pola karnego strzela jak z armaty. Mniej więcej na tym kończy się ta wstrząsająca opowieść. W każdym razie tak ją zapamiętałem. A wy towarzysze zapamiętajcie sobie, że jak jeszcze raz zobaczę Szczęsnego czy Fabiańskiego w płaszczu...

poniedziałek, 20 czerwca 2016

O Mistrzostwo Europy 11. Różne nieprawidłowości


Jak to dobrze, że wczoraj ogłosiłem swoje prognozy dotyczące ostatniej rundy meczów grupowych. Jeszcze lepiej, że uzyskałem stuprocentowo nietrafiony wynik. To budzi nadzieję, że spełnią się choć te, dotyczące naszej grupy.  Francja strzelająca sześć razy bez widocznego efektu, najlepiej wygląda, występując w pięciominutowym skrócie meczu. Żabojady stały się takim „bitym” faworytem, że nie pozostaje im nic innego do zrobienia, jak odpaść w pierwszym pucharowym meczu, oczywiście po dogrywce i rzutach karnych.
Za to Szwajcarzy nie uznali za stosowne kopać celnie na bramkę rywali. Coraz częściej się zdarza kończyć drużynom mecze z dziewiczym kontem w tej podstawowej dla zdobywania goli dziedzinie. Dobra wiadomość dla „frankowiczów” jest taka, że ich ulubiona waluta poleci wkrótce na pysk, skoro Helwetów nie stać na prawdziwe koszulki i ubierają reprezentację w papierowe. Produkuje się takie atrapy strojów z przeznaczeniem funeralnym, ale pierwsze widziałem, żeby ktoś ganiał w czymś takim po boisku. Kryzys musi straszny!
Rumunia... Płacz piękny Rumunie, bo nic już nie umiesz. Dracula tak się wkurzył, że rozbił telewizor, zakupiony ze środków ministerstwa kultury i rumuńskiego dziedzictwa, a potem napisał na blogu, że w dupie ma dalsze bycie wampirem i wyjeżdża do Niemiec, jako uchodźca. Przegrać z Albanią, która pomimo zwycięstwa nadal ma tylko iluzoryczne szanse, to jednak sztuka. Z tego meczu obejrzałem czterominutowy skrót i uznałem, że i tak był zdecydowanie za długi.
Jeśli zajmiemy drugie miejsce, zmierzymy się ze Szwajcarią. Moim zdaniem, może być. Bać się Szwajcarów to jak wierzyć, że Gargamel zje w końcu Smurfy, zamieniając pogodną bajkę w krwawą ucztę z horroru, czy inny paszkwil na programy kulinarne.
U nas jak zwykle panika. Nalazło się domorosłych matematyków z kalkulatorami i obliczają, co będzie, jak przegramy z Ukrainą. Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego niby mamy przegrać, ale namawianie, by w imię jakiegoś wyimaginowanego komfortu, kibicować przeciwko Słowacji w meczu z Anglikami to straszny nietakt, podobnie jak kalkulacje, na które co rusz się natykam, jakie to miejsce najlepiej zająć w grupie, by w ćwierćfinale... Najlepiej, miejsce przy oknie.
Niemcy rzekomo nie chcą grać z Włochami i łaknąc naszego zwycięstwa, sami sprytnie zremisują, ponieważ ich największym marzeniem jest gra z Hiszpanami. Nawet jeśli tak jest, należy pamiętać, że Hiszpanie zagrają, znając wyniki naszej grupy. Rozumując w ten sposób, w najgorszej sytuacji są Włosi, którzy już zajęli pierwsze miejsce i z pozycji lidera nie mogą uciec, w związku z czym zagrają z drugą drużyną grupy D, czyli z Chorwacją, Hiszpanią, albo Czechami. Proste, prawda?
Jasne jest, i niech to wybrzmi raz a dobrze. Polska musi zagrać z Ukrainą o zwycięstwo. Wszelkie kalkulacje, kombinacje i wypatrywanie szans w tabelkach to skrajna głupota. Jeśli Niemcy boją się Włochów, niech sobie remisują z Północnikami. My się Włochów nie mamy powodu bać, a raz podważone pozasportowymi kalkulacjami morale drużyny, nadwyrężonym pozostanie.
Wtorkowy mecz musi odblokować naszych graczy ofensywnych i w tych kategoriach należy do niego podejść. Adam Nawałka nie jest osłem, żeby nastawiać wielkie uszy i słuchać rad głów niedoważonych.
Ukraina jest do ogrania i zostanie ograna!
Ględzenie o jakichś natchnionych rezerwowych, którzy rzucą się na nas, by pokazać światu, że są lepsi od ukraińskich gwiazd, jest zupełnie gołosłowne i pozbawione sensu, a już przywoływanie w kółko przykładu z 2002 roku, kiedy Polska ograła 3-1 USA, rodzi pytanie w stylu: Gdzie Koluszki, a gdzie Amazonia?
Czy Nawałka wprowadzi od początku nowych graczy? Być może. To jest turniej, razem z turniejowymi realiami, takimi jak kartki, kontuzje czy niedyspozycje. Z całą pewnością nie pora na tym etapie mistrzostw na eksperymenty. Kto miał się objawić, albo potwierdzić swoje umiejętności, już się objawił i potwierdził. Nie sądzę też, by nawet najlepszy występ zmiennika spowodował, że wtargnie w kolejnej rundzie na stałe do pierwszego składu.
Wygramy, bo tylko zwycięstwa się liczą, jeśli chcemy grać o wysoką stawkę. W tabelki niech zaglądają ludzie w przyszłości, sycąc oko pasmem tryumfów biało-czerwonych. Tylko zwycięzców pamiętają kibice. Przed chwilą, pisząc powyższy tekst, musiałem poszukać składów drużyny Engela z 2002 roku, żeby porównać zmiany w składzie ( w końcu ten wątek i tak wypadł z tekstu) ale obudzony w środku nocy, bez pudła wydeklamuję: Tomaszewski – Szymanowski, Gorgoń, Żmuda, Musiał – Kasperczak, Deyna...
Oby za czterdzieści dwa lata, mój synek,  dzisiaj pasjami oglądający mecze Polaków, potrafił wymienić skład obecnej drużyny. Jedynie sukces tak hartuje pamięć.  Tylko zwycięstwa, miłe panie i szlachetni panowie. Tylko zwycięstwa!

niedziela, 19 czerwca 2016

O Mistrzostwo Europy 10. Jak wilk na gwiazdach




Wszystkie drużyny uczestniczące w Mistrzostwach Europy rozegrały po dwa spotkania, w związku z czym mogę wyciągnąć pierwsze wnioski, przy okazji zabawiając się we wróżbitę. Oczywiście UEFA straszy wykluczeniami, ktoś może się niespodziewanie wyłożyć, inny rozegrać mecz życia, ale zaryzykuję, typując ostatnią rundę. To łatwe, o ile nie stawia się przy okazji forsy u buka. Przy okazji, dociekliwsi i pamiętliwi, będą mogli w razie czego napisać za kilka dni, że znam się na piłce, jak wilk na gwiazdach. Wilk - imponujące.
Grupa A.
Francja była tu faworytem i choć strzelała decydujące gole w końcówkach, zebrała sześć punktów. W meczu z Helwetami wystarczy jej remis, by zająć pierwsze miejsce. No chyba, że Żabojadom zachciewa się koniecznie zagrać z nami. Nie sądzę.
Szwajcaria, wbrew temu co opowiadają fachowcy, to zgoła przeciętna drużyna. Niby tacy poukładani, dokładni, a grają tak, jakby po meczu mieli grupowo iść do dentysty. Już dzicy Rumuni sprawiają lepsze wrażenie i spokojnie ograją Albanię. Obserwując mecze obojętnych mi drużyn, lubię kibicować słabszym, ale przecież nie Albanii. Hodża wybudował im miliony bunkrów i zamiast w nich siedzieć, uganiają niepotrzebnie po świecie.
Stawiam na jednobramkowe zwycięstwo Francji i dwubramkowe Rumunii, w wyniku czego cała trójka awansuje dalej, z tym że Szwajcaria wyląduje na trzecim miejscu, a my zmierzymy się z naszym przyszłym rywalem w eliminacjach Mistrzostw Świata.
Grupa B.
Anglia jak zwykle została mistrzem już przed turniejem i teraz gra niejako z musu. Wygra grupę, ale obstawiam, że zremisuje ze Słowacją i ten punkt wystarczy do awansu zarówno im, jak i naszym południowym sąsiadom. Rosja? Rosja jest żenująco słaba i gra niczym banda oldboyów, ale jestem prawie pewny, że ogra zawsze pechową Walię z tym ich zakitkowanym Bale’m. Niestety Kacapy pójdą dalej, no chyba że UEFA...Ale tych dziadów nie biorę pod uwagę.
Grupa C.
O tym napiszę osobno, ale dla porządku zaznaczę, że przewiduję dwubramkowe zwycięstwa Polski i Niemiec, co da nam w końcowej tabeli drugie miejsce. W walce o ćwierćfinał zabraknie toporków z Ulsteru, bo wyszło jakoś tak, że z trzecich miejsc awansują czteropunktowy. I dobrze! Jeszcze ich tam potrzeba.
Grupa D.
Sądzę, że Hiszpania zgarnie komplet punktów, co nie przeszkodzi awansować Chorwacji. Czesi, podniesieni na duchu niespodziewanie wyszarpanym w ostatnich minutach punktem, poradzą sobie z anemicznymi Turkami. Hiszpania pomimo wszelkich swoich zalet i wielkiego wychwalania jakoś mnie nie przekonuje. To nie będzie ich turniej. Chorwaci, jak to Chorwaci. Kwadrans niczym mistrz świata, a za chwilę palec do buzi i czekają na pociąg do Zagrzebia. Czesi nudni, skuteczni, silni fizycznie i przewidywalni.  W sam raz, by pomęczyć w następnej rundzie Francuzików.
Grupa E.
Najprostsza do opisania grupa. Włochy, Belgia i nic. Dziwni są ludzie, poza Szwedami oczywiście, którzy na jednym Ibrachimowiczu oparli kalkulacje szans tego zespołu. Niby Trzy Korony, a prawdę pisząc, jedna czapka. Irlandia, która w eliminacjach wygrała i zremisowała z Niemcami a nawet odebrała punkt słynnej, świetnej, faworyzowanej przez znawców Polsce, chyba reprezentuje we Francji jakąś tajną trzecią ligę gleb kamienistych.
Grupa F.
Węgrów zawsze lubiłem za ich historyczne, piłkarskie zasługi, choć przez lata byli prześladowcami także naszej reprezentacji. Na szczęście w tamtych czasach bujałem w obłokach jako przed aniołek. No i Kiraly. Przecież ten facet ma z osiemdziesiąt lat, w tych swoich kocich portkach. Ronaldy po dwóch remisach jednak wygrają z Bratankami, a ku mojemu żalowi, dzielnym rybołowom dokopie ta nieszczęsna Austria. Dziesiąty zespół rankingu FIFA. Mój Boże! Żeby tylko Ronaldom, jakiś zadowolony z siebie gwiazdor znowu nie trafił w słupek, potwierdzając prawdziwość starodawnego piłkarskiego przysłowia.
Powyższe, powierzchowne obserwacje i prognozy wykluły taki oto zestaw par.
Polska – Rumunia
Hiszpania – Austria
            Anglia – Szwajcaria
            Portugalia – Belgia
Niemcy – Rosja
Włochy – Chorwacja
             Francja – Czechy
             Węgry – Słowacja
W ćwierćfinałach zmierzą się zwycięzcy sąsiadujących w tym zestawieniu par. Wedle moich niepewnych typów, oczywiście. 

sobota, 18 czerwca 2016

O Mistrzostwo Europy 9. Wieje wiatr


Skąd mamy wiedzieć, na przykład, co to znaczy mieć dobrą reprezentację piłkarską, skoro od ostatniego prawdziwego sukcesu dzielą nas trzydzieści cztery lata? Ileż rozbudzonych nadziei, wyjątkowo uzdolnionych pokoleń, świetnych karier, przepitych talentów... Ileż zawodów, kopniaków od losu, stronniczych sędziów, fatalnych losowań, bo Anglia, bo Szwecja, bo Holandia. Zawsze pod wiatr, jedną ręką przytrzymując czapeczkę, by nam czapeczki nie zwiało z rozgrzanej dawną wielkością łepetyny. I korupcja, i odstręczające burdy, i nędza ćwieczkowatych stadionów, i ciągłe poszukiwanie akceptacji. Potwierdzenia, że ktoś poza nami pamięta, że my też kiedyś biliśmy, nie tylko nas cięgiem bito.

Niby skąd mamy wiedzieć, że to już? Że za chwilę wiatr nie porwie naszej czapeczki, gdy zabierzemy się do klaskania? Medialni ignoranci walą w bębny i na ich dźwięk słusznie zatykamy uszy. Mdli gadanie o zwycięskim remisie, przywoływanie złotych jedenastek i ględzenie piłkarskich gwiazd, Orłów z czasów, gdy reprezentacja padała na pysk w sześćdziesiątej minucie, bo zgrupowania kadry były okazją do jeszcze lepszej zabawy.

I nagle czytam, że mecz z Niemcami obejrzało ponad piętnaście milinów Polaków. W większości są to ludzie, którzy czekają na pierwszy w kibicowskim życiu piłkarski sukces. Należy im się, należy jak pieskowi dobry obiadek, i kolacja, i jeszcze smakołyk jeden czy drugi dla kurażu.

Ostrożnie. My optymiści, którzy pamiętamy, co znaczy należeć do grona faworytów, idziemy z naszymi prognozami, stąpając niczym po kruchym lodzie, bo zaraz, bo w ostatniej chwili stanie się coś okropnego. Inni, myślę że zapeszają, swoje nadziej ukrywają za tarczami mniej czy bardziej udanych bon motów o nieuchronności klęski, aby z braku jakiejkolwiek satysfakcji, mieć choćby taką, że nie dali się porwać nastrojowi chwili.

Z uśmiechem zrozumienia czytam, jaki to słaby, usypiający mecz rozegraliśmy z Niemcami, z jakiego chaosie i technicznej nędzy zrodził się ten przypadkowy remis, a ile goli wbiłaby nam ich ukochana Barcelona, gdyby grała w mistrzostwach.

Legendarne czasy są zawsze, tyle tylko, że dowiemy się o tym po ostatnim gwizdku sędziego, bo zawsze jest ten ostatni gwizdek, któremu towarzyszy westchnienie, że następnym razem...
Nie da się wykupić abonamentu na niekończące się pasmo sukcesów, ale najpierw trzeba w ogóle posmakować zwycięstwa. Wszyscy widzą na koszulkach reprezentacji Niemiec cztery gwiazdki, z których każda, to jedno zdobyte Mistrzostwo Świata. Przyjrzyjcie się tej pierwszej, za rok 1954. Cofnijcie się o sześćdziesiąt dwa lata i spójrzcie na tamtejszych faworytów: Wielkie, niedościgłe Węgry, świetna Brazylia, genialna Argentyna, Francja, jak zwykle najlepsza we wszechświecie Anglia, aktualny mistrz Urugwaj. Gdzie Niemcy? Tym bardziej po grupowej porażce z Madziarami 3-8. To była dopiero sensacja, ale to wydarzenie sprawiło, że od tej pory Niemiaszki już zawsze należeli do światowej czołówki, choć na następny tytuł musieli czekać równo dwadzieścia lat. Cierpliwi? Łatwo być cierpliwym, gdy wciąż walczy się o najwyższe cele.

Pamiętam naszą słyną dekadę piłkarskich sukcesów i równie dobrze fakt, jak szybko przeminęła z wiatrem. Jeśli teraz, w co wierzę, wiatr się odwraca i za chwilę zacznie nam dmuchać w plecy, nie wolno już odpuścić, tylko piąć się w górę, pazurami, zębami, czymkolwiek trzymać swoją pozycję. Powiecie, że fantazja.

Przecież dopiero co, na waszych oczach, zgoła podobną zmianę kierunku wiatru przeżyliśmy w innych zacnych grach zespołowych: siatkówce i piłce ręcznej. Sukcesy sprzed trzydziestu, czterdziestu lat, po latach posuchy, uporczywego aspirowania i rozgrzewających serca wspomnień, z powrotem stały się realne.  Wygrywają, przegrywają, budzą nadzieje, czasem rozczarowują, ale zakotwiczyli w ścisłej czołówce i od lat w niej są. Zmieniają się zawodnicy, trenerzy, ale te reprezentacje Polski, to najwyższa światowa jakość i gwarancja niezwykłych emocji.

Nasi piłkarze mają w tych dniach dołączyć do wielkich, stać się drużyną sukcesu, przejść do cholernej sportowej legendy. Pozwolę sobie napisać, że jestem przekonany, że im się to uda i wkrótce znajdziemy się wszyscy w świecie, gdzie sensacją będzie nie zwycięstwo, a porażka reprezentacji Polski.


Może mi łatwiej, ponieważ tak prognozując, nie kładę na szali autorytetu, którego nie posiadam, ale potrafię wyjść na pole i pośliniwszy palec, sprawdzić z skąd wieje wiatr i gdzie może zanieść nasze skromne, bo kibicowskie, marzenia.

piątek, 17 czerwca 2016

O Mistrzostwo Europy 8. Wór zrzucony z pleców


To był dobry mecz, wypełniony walką i zawziętym dążeniem do sukcesu. Obydwie drużyny zagrały na wyniszczenie fizycznych sił rywala i obydwie po równo się nacięły. Niemcy mieli więcej z gry i liczyli, że w końcu nasi zaryją nosami w ziemię ze zmęczenia, ale nic takiego się nie zdarzyło. I to jest pierwsze zdziwienie. Drugie zdziwienie dotyczy konsekwencji taktycznej, upartej, robionej zgoła po niemiecku, realizacji taktycznych planów Nawałki. Szukając pod tym kątem analogii, trudno mi znaleźć w pamięci podobny mecz polskiej drużyny.
Błędy? W futbol, bezbłędnie to można zagrać mecz tylko w wyobraźni. Niemcy trzykrotnie dopuścili nas do stuprocentowych sytuacji, a przecież grali tak solidnie i odpowiedzialnie, jak tylko mogą grać Niemcy.  Pressing, krycie, podwajanie, nadbieganie zewsząd na próbującego rozpocząć akcję piłkarza. Pod tym względem górowali. Mają ci Niemcy sił pod dostatkiem, ale i tak nie dali rady.
Wcześniej, oglądałem w internecie mecz pomiędzy Irlandią Północną a Ukrainą i to była, mili moi, zupełnie inna liga. Miejsca na boisku pod dostatkiem, czasu pod dostatkiem i w porównaniu z polsko – niemiecką bitwą, ten mecz był niczym sparing. W naszym wieczornym starciu, chwilami miałem wrażenie, że po murawie Stade de France ugania ze trzydziestu chłopów. Taka gra, to nie są żarty.
Gdybym opinię o wczorajszym meczu zapisał w formie szkolnej cenzurki, wśród pozytywnych ocen raziłaby dwója ze skuteczności. Panowie, tak nie można! Zdarza się, że pod bramką przeciwnika kiksuje zabłąkany tam obrońca i na to można przymknąć oko, ale jeśli zawodzą napastnicy, trudno to wytłumaczyć i jedyne na co mnie stać, to vonnegutowskie „Bywa i tak”. Wierzę, że to ostatni raz, bo inaczej Mariusz Stępiński...
Co nam dał ten mecz, poza, realnie patrząc, awansem do rozgrywek pucharowych, gdzie zacznie się prawdziwa gra o Mistrzostwo Europy? Trzy bezcenne rzeczy, drodzy czytelnicy.
Wiarę w skuteczność naszej defensywy. To w każdym turnieju absolutna podstawa. Tym chłopakom po meczu z Niemcami nie mają prawa drżeć łydki przed żadnym rywalem. Przed turniejem obiegowa opinia głosiła, że to nasza najsłabsza formacja, nasza dziura w portkach, którą trzeba wstydliwie zakrywać. Skuteczna obrona jest dla drużyny absolutną podstawą. W pamiętnym, wygranym 2-0 warszawskim meczu, te dziury były widoczne, ale był Maciek Szczęsny i ciągle Maciek i Maciek i Maciek. Wczoraj Łukasz Fabiański, pewny jak tylko może być pewny goalkeeper, w decydującym momencie uratował nam tyłek fantastyczną paradą, ale nie był narażony na zmasowany ostrzał bramki.
Druga rzecz to przekonanie o niezawodności decyzji trenera. Bez wiary w słuszność obranej przez niego koncepcji gry i wyborów personalnych, na wielkim turnieju można tylko statystować. Mecz z Niemcami niewątpliwie wzmocnił Nawałkę, co wyjdzie drużynie i nam na dobre, bo coś tak czuję, że przed nami jeszcze niejeden mecz.
Trzecie, to stosunkowo łatwe do znalezienia i wyeliminowania w kolejnych meczach błędy. Mam na myśli przede wszystkim konstruowanie kontrataków pod presją, lepszą koncentrację napastników i staranność przy wykonywaniu stałych fragmentów gry. Szczęśliwie były to i pewnie nadal są, silne strony reprezentacji Polski. Wystarczy, by maszyna zaskoczyła raz a dobrze. To gotowy do wykorzystania potencjał. Nasze ukryte smoki, które straszą, choć jeszcze nie rozpostarły skrzydeł.
Nie łudźmy się. Każdy kolejny mecz będzie meczem walki, ale nie wyobrażam sobie trenera, który koniecznie chciałby trafić w kolejnej rundzie na reprezentację Polski. Na razie ten problem, z głowy mają Niemcy, ale jestem dziwne przekonany, że jeszcze się z nim w tym turnieju spotkamy. Bywa i tak, na tej piłkarskiej karuzeli emocji.