Niby wszystko zaprzecza takiej tezie. Przecież wszędzie roi się od nauczycieli. Tych z nadania i tych samozwańczych. Dzisiaj uczą jak przeżywać, co wypada pisać i myśleć.
Niby jest tablica, katedra, są prymusi cierpienia i ci co muszą sobie radzić siedząc w oślej ławce.
Lecz życie to nie szkoła. Po czterdziestu pięciu minutach lekcji nie da się wybiec z krzykiem na korytarz. W życiu nie ma przerw. Każdy musi sobie radzić sam ze sobą. Wielki wspólny krzyż do dźwigania, nie zdejmuje nam z pleców naszych małych krzyżyków dnia codziennego.
Wielka odpowiedzialność - Naszych małych całkiem zwyczajnych, codziennych odpowiedzialności..
Dlatego proszę wszystkich nauczycieli i kandydatów na nich. Pozwólcie ludziom przeżywać i opisywać wszystko tak, jak czują. Nie szukajcie wśród siebie niegodnych cierpienia i nie odrzucajcie tych, których szukają własnej prawdy, choćby dla was była niemożliwa do przyjęcia. Każdy ma prawo do własnych myśli, własnej ekspresji, własnych uczuć.
Życie to nie jest szkoła a naród to nie klasa rozwydrzonych niedorostków, choć się niektórym tak wydaje.
poniedziałek, 12 kwietnia 2010
sobota, 10 kwietnia 2010
JESZCZE POLSKA NIE ZGINĘŁA!
Tragedia się dokonała. Nikt, nawet do krwi zaciskając powieki nie przeniesie się do słodkiego, rozpolitykowanego „wczoraj” Skończyły się nagle wojenne gry wizerunkowych paniczyków.
Z dnia na dzień musimy dojrzeć. Stać się odpowiedzialnym narodem.
Odpowiedzialnym wobec naszych dzieci, wnuków – Narodem odpowiedzialnym za siebie.
Historia ruszyła.
Tragedia, która nas dotknęła jest bez precedensu w historii. Do niczego nie da się porównać. Polska w tej chwili jest zupełnie naga. Jest w piekle nierządu, ale...
Jeszcze Polska nie zginęła póki my żyjemy!
Brońmy, nie dajmy się!
Zamiast kibicować weźmy się jeden do drugiego, a dwóch do trzeciego, a trzech do… itd.
Nie dajmy się!
JESZCZE POLSKA NIE ZGINĘŁA!
Dzisiaj Świat wreszcie dowiedział się o Katyniu. Na selwie, pampie i w dżungli. Może nadszedł dzisiaj czas byśmy też zrozumieli do czego wzywa nas Honor, Bóg i Ojczyzna?
Kochajmy Polskę i pielęgnujmy wolność!
Jeszcze Polska nie zginęła!
I nie zginie, bo my jesteśmy Polska! Jeden do drugiego a dwóch do trzeciego i tak dalej... O Boże, czemus nas opuścił!
Z dnia na dzień musimy dojrzeć. Stać się odpowiedzialnym narodem.
Odpowiedzialnym wobec naszych dzieci, wnuków – Narodem odpowiedzialnym za siebie.
Historia ruszyła.
Tragedia, która nas dotknęła jest bez precedensu w historii. Do niczego nie da się porównać. Polska w tej chwili jest zupełnie naga. Jest w piekle nierządu, ale...
Jeszcze Polska nie zginęła póki my żyjemy!
Brońmy, nie dajmy się!
Zamiast kibicować weźmy się jeden do drugiego, a dwóch do trzeciego, a trzech do… itd.
Nie dajmy się!
JESZCZE POLSKA NIE ZGINĘŁA!
Dzisiaj Świat wreszcie dowiedział się o Katyniu. Na selwie, pampie i w dżungli. Może nadszedł dzisiaj czas byśmy też zrozumieli do czego wzywa nas Honor, Bóg i Ojczyzna?
Kochajmy Polskę i pielęgnujmy wolność!
Jeszcze Polska nie zginęła!
I nie zginie, bo my jesteśmy Polska! Jeden do drugiego a dwóch do trzeciego i tak dalej... O Boże, czemus nas opuścił!
Dom Elżbiety XXXIX (nowa opowieść) Iwona

Gdy potem wrócili do sypialni Piotr skierował się w stronę stołu, na którym leżał pamiętnik. Elżbieta złapała go za rękę.
- Powiedz, czy powinniśmy? Czy rzeczywiście jak mówi Kanusia, pewne rzeczy powinno się pogrzebać raz na zawsze?
- Słuchaj, rozumiem, tyle, że niestety już obudziliśmy to, co było do obudzenia. Teraz musimy, moim zdanie to skończyć.
- Boję się – wyznała – to zaczyna mnie przerastać. To zaczyna działać jakby wewnątrz mnie. Zmieniłam się, sama to zauważyłam…ten dom mnie zmienił od chwili gdy przekroczyłam jego próg.
- Więc? To nie pamiętnik, a atmosfera domu. Słuchaj, jeśli się boisz, zabiorę pamiętnik do siebie, sam go przeczytam, jak chcesz?
- Nie, czytajmy, masz rację, pewnie wyolbrzymiam problem.
- Nie, słuchaj, masz rację, myślałem tylko o tym by rozwikłać historię mojej rodziny, na początku. Teraz…
- Rozumiem cię, myślałam o tym samym, zwłaszcza, że nic, kompletnie o mojej rodzinie ze strony matki nie wiedziałam.
- Tak jak ja nie wiedziałem właściwie nic o Ksawerym…ja muszę się dowiedzieć i zrozumieć.
- Jasne, masz rację, może i nas, mnie, moją matkę, czy babkę, też w jakimś stopniu dotknęła jakaś klątwa, zły omen.
- Wiesz, też o tym myślałem. twoja babka, pani Leokadia bardzo krótko była szczęśliwą mężatką, twój dziadek zginał na samym początku II wojny, została jej tylko Anastazja, czyli twoja mama. Twoja matka, też nie cieszyła się długo życiem rodzinnym.
- Tak, tylko moja matka wybrała sama taką drogę, odeszła, zostawiła nas.
- Co nie zmienia faktu, że…cholera czytajmy, co?
- OK.
Piotr podszedł do stołu i przekręcił kluczyk w mechanizmie klamry spinającej dziennik i aż odskoczył dmuchając na palce.
- Oparzyłem się, klucz jest rozgrzany jakby był w ogniu!
- No właśnie, albo zimny jak lód, albo…też tego nie rozumiem, póki był daleko od pamiętnika był koszmarnie zimny, teraz jest gorący, ty mówisz, że parzy – twarz Elżbiety wyrażała znów lęk i niezdecydowanie.
- I właśnie tym bardziej powinniśmy to wszystko rozwikłać.
- Otworzyłeś go?
- Tak.
- To czytajmy.
Piotr otworzył na stronie, którą założyła kawałkiem papieru Elżbieta.
Starałam się udawać przed Carlotą, że ich nie widziałam. Ona ze swej strony nic nie mówiła, choć czułam to podskórnie, że wiedziała. Potem, dużo później dowiedziałam się, że moje przeczucie było trafne.
Wreszcie doszłam jakoś do siebie, Józefina pod opieką mamki rosła, a ja nie czułam z nią żadnej więzi. Była mi obojętną, a nawet gdzie w głębi nie znosiłam jej. Nie była owocem miłości, a mojego poniżenia.
Muszę przyznać, w ogóle się nią nie interesowałam, byłam szczęśliwa, że jest ode mnie daleko. Zresztą Gerard nie nalegał. Był w ogóle jakoś mniej w tamtym czasie uciążliwy dla mnie. Łudziłam się wtedy, że takie sceny jak przed porodem już się w mojej sypialni nie powtórzą.
O! Jakże się myliłam. Gdybym wtedy wiedziała co on knuje, co szykuje, kim jest naprawdę.
Było to pół roku po tym jak urodziłam Józefinę. Mamkę z Józefiną i Carlotą odesłał na wieś, mnie jednak zatrzymał, tłumacząc, że muszę zostać, gdyż jestem mu niezbędną. Zapytałam się, czemu odsyła też Carlotę, skoro Juliette , bo tak było na imię mamce, świetnie radzi sobie z małą.
Odpowiedział wymijająco, że powinni wszyscy zażyć wiejskiego powietrza i na tym skończył rozmowę. Bywał wtedy bardzo rzadko w domu, gdzieś znikał na kilka dni, potem pojawiał się tylko na chwilę, by znów gdzieś przepaść.
Nie mogłam zrozumieć, czemu tkwię sama w tym wielkim domu, wciąż pilnowana przez służbę. Czułam się jak w więzieniu, do tego opuszczona nawet przez Carlotę. Wtedy nagle zjawił się Gerard wraz ze starszym mężczyzną, którego przedstawił jako swojego największego przyjaciela. Choć tytułował go mistrzem i jakby się go lękał.
czwartek, 8 kwietnia 2010
Dom Elżbiety XXXVIII- nowa opowieść (Iwona)

Elżbieta obudziła się o świcie, spojrzała na zamyśloną twarz Piotra.
- Nie śpisz? – Zapytała.
Pokręcił przecząco głową.
- Wiesz – zaczął – myślę, że coś obudziliśmy tym dziennikiem. – I opowiedział, czego był świadkiem w nocy.
- Z tego co wiem, bo Kanusia mi mówiła, Zofia tu była od zawsze, babcia podobno się jej obawiała. Ale fakt, masz rację, jakby wszystko się nasiliło. Choć od pierwszego dnia, gdy tu przybyłam miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje, nie, źle mówię, może nie tyle obserwuje, co… cholera, nie umiem tego określić. Potem jak przyjechała Karolina jakby ustało, chyba nawet pomyślałam, ze mam jakieś omamy.
- Wiesz co myślę?
- Co?
- Przyda nam się mocna kawa, co ty na to?
- No tak – zaczęła się droczyć Elżbieta – już mnie wyganiasz do kuchni?
- Ależ skąd, chciałem ci właśnie zaproponować, że pójdę zaparzyć kawę. – Piotr tryumfował z uśmiechem i wyskoczył z łóżka.
- Czekaj, żartowałam – zmieszała się Ela – nie wiesz gdzie trzymam kawę, poza tym, powinnam zrobić coś do zjedzenia. – to mówiąc wstała i szybko nałożyła rzuconą w nogi łóżka koszulkę nocną.
Piotr uśmiechał się, patrząc na jej zabiegi by się szybko okryć, sam był zupełnie nagi.
- Wstydzisz się mnie? – Zapytał w końcu.
Zarumieniła się lekko.
- Jesteś śliczna – ciągnął dalej - a…
W tym momencie zadzwoniła komórka Elżbiety.
- Przepraszam – powiedziała Ela , ale odetchnęła, dźwięk telefonu wybawił ją z kłopotliwej sytuacji. Odebrała – Cześć Karolina – powiedziała z nadmiernym entuzjazmem.
- Cześć? Coś taka radosna?
- Cieszę się, ze dzwonisz.
- O! Proszę, cieszysz się – przedrzeźniała Elę Karolina. A do mnie już było za daleko zadzwonić, co?
- Sorry, tyle się tu ostatnio wydarzyło, miałam dzwonić, wybacz.
- Co się stało?
- Ta Kanusia, mama tego Andrzeja, co nas przywiózł z Białegostoku jest w szpitalu, wiesz długo by opowiadać.
- Poznałaś czarującego mężczyznę – wtrącił się cicho Piotr, uśmiechając się łobuzersko. Na co Ela spiorunowała go wzrokiem.
- Czyżbym słyszała głos mężczyzny? – Zagadnęła z ciekawością Karolina
- Tak, Piotra.
-O!
- Właśnie miałam ci mówić, poznałam czarującego pana doktora.
- Chyba dość dobrze go poznałaś, rozumiem, że przeszkodziłam w…
- Nie, już wstaliśmy. – Elżbieta znów była zmieszana – słuchaj wraz z Piotrem badamy ten pamiętnik
- Pan doktor i ciebie też zapewne bada – z mściwą satysfakcją kontynuowała Karolina.
- Przyjedź to się przekonasz – odcięła się Ela.
- A zaraz, słuchaj Marek chciał się koniecznie dowiedzieć gdzie jesteś.
- Powiedziałaś mu?
- Skąd, za kogo mnie masz? – oburzyła się Karolina – ale podobno i tak znalazł namiary przez tego prawnika co cię szukał.
- Cholera!
- Co się przejmujesz, wszak masz przy boku pana doktora.
- Wiesz, nie mam mu nic do powiedzenia, a spotkania z nim pragnę tak samo jak trzęsienia ziemi.
- Też mu to mówiłam, ale znasz go, jemu się wydaje, że jest ideałem, o którym wszystkie baby marzą.
- Tak, idealny buc.
- Właśnie, buc, to najlepsze określenia. No, to ci miałam powiedzieć, byś się nie zdziwiła jak go zobaczysz nagle w drzwiach. Ucałuj pana doktora, muszę kończyć, bo niestety idę do pracy.
- Jasne, a kiedy przyjedziesz?
- Za jakieś dwa tygodnie, a zostaw jakiego faceta i dla mnie, co, może być kolega pana doktora?
- Zapytam się Piotra, czy ma jakiego wolnego i równie uroczego – uśmiechnęła się Ela, spoglądając w jego stronę.
- Jasne, pa dziedziczko, trzymaj się, bo niektórzy muszą pędzić do pracy.
- Pa. – I rozłączyła się.
- No czas na kawę i jakieś jedzonko – powiedziała wesoło Ela. Teraz dopiero dostrzegła, że Piotr ma nietęga minę. – Cos się stało?
- O kim mówiłyście? Kto tu ma przyjechać?
- Daj spokój, facet, który nie rozumiem słowa koniec. Ten mój były facet…
- Acha.
- Nie rozumiem, dąsasz się? Nic mnie z nim nie łączy, przywlecze się tu tylko po to, bym mu powiedziała, żeby się wynosił. Sadzę, ze i jemu na mnie nie zależy, tylko kusi go perspektywa mojego spadku.
- A jeżeli?
- Co?
- Jeżeli coś nadal do ciebie czuje?
- Nic nie zmieni, ja chyba oszalałam na twoim punkcie.
Twarz Piotra rozjaśnił uśmiech. Terz już bez ociągania poszli do kuchni.
środa, 7 kwietnia 2010
Ludzkość poszła w rowery
Ludzie są, normalnie, wariatami, a ja największy bo z nimi rozmawiam. Przychodzą do mnie po radę, co już samo w sobie jest dość głupie, bo czy ja wyglądam na kogoś, kto potrafi udzielać rad?
Przecież gdybym potrafił, sobie bym ich najpierw udzielił!
Ale to do ludzi nie trafia, idą jak w przysłowiowy dym, bo niby jestem znanym blogerem. Nawet ich nie zastanowi fakt, że jest to pozycja świadcząca nie najlepiej o moich zdolnościach a raczej o naiwności. I żeby to jeszcze fetował mnie w ten sposób ktoś ważny w rodzaju burmistrza, pani ze sklepu albo barmana z nieistniejącego w Golinie baru. Mogłyby to by być też jakieś kobiety, ale gdzież tam!
Blogerzy mają „branie” u wariatów po prostu! Zresztą, jak tak się zastanowić, hmmm...
Sami oceńcie.
Wczoraj podjechał na mój punkt skupu facet całkiem niezłą Mazdą. Zagaja w ten deseń, że czyta. Trochę się zdziwiłem bo sądziłem, że chce po prostu coś sprzedać. Gada i gada. W końcu pytam, o co mu konkretnie chodzi bo widzę, że źle trafił. Podsuwam mu nicki znanych i wpływowych blogerów, Toyaha i Azraela, a on na to, że nie zna. Nie jest dobrze – myślę.
-Bo widzi pan, ja jestem przedsiębiorcą budowlanym. Zatrudniam ludzi i budujemy no te, domy. Niby nieźle zarabiam, ale co to za życie w sumie? Ściany, kafelki, łazienki, wylewki, stropy – w kółko to samo, a jak człowiek popatrzy na telewizję. Sam pan rozumie, inne życie. Ja bym chciał być kimś, a nie w kółko ściany, kafelki, terakota, wylewki, stropy i roboczogodziny.
-No dobrze – przerywam, ale jakie Pan ma kwalifikacje bo nie rozumiem kim by pan chciał być, dziennikarzem?
-Może być, tylko żebym miał swój własny program w porze największej oglądalności!
-Co ja mam do tego bo nie rozumiem? Jakie pan ma wykształcenie?
Technikum budowlane i...
-...I przez pańskie technikum mam na blogu powielić skecz Monty Pythona o księgowym, który chciał zostać pogromcą lwów?
-… i politologię skończyłem na Uniwersytecie. Mam tytuł magistra!
-Oj, to chyba za mało!
-Jestem alkoholikiem, nikotynistą i chętnie bym został do tego narkomanem, a jeszcze mam takie różne karalne myśli przed zaśnięciem.
-Już lepiej! No, ale co ja mam do tego?
-Niech się pan za mną wstawi!
-Gdzie, u kogo? Niech pan spojrzy na tablicę. Jak byk pisze, że to skup złomu a nie biuro kreacji celebrytów.
Odjechał obrażony i zapowiedział, że nigdy mi puszek po piwie nie sprzeda. Niepotrzebnie się obraził bo miałem mu doradzić by szedł „w politykę” W sumie szkoda faceta. Ubzdurał sobie, że ma szansę, skoro nazywa się Lis, a kiedy mu powiedziałem szczerze, że Lisów w Polsce jest jak psów to się właśnie obraził. Kij mu w oko.
Myślicie, że to jednorazowy incydent? Gdyby tak było wcale bym o tym nie pisał. Dzisiaj po dwunastej, dosłownie przed chwilą podjechał na rowerze inny ananas z plecakiem. Sądziłem, że w plecaku miedź, bo akurat na giełdzie zwyżkuje. A gdzież tam! Wyciąga z plecaka dwie zszywki wydruków, w sumie ponad tysiąc stron. Dzieło życia.
-Jak mi to wydasz, odpalę ci 20% czystego zysku.
-O czym to jest – pytam z wrodzonej głupoty zamiast od razu go wygonić
-To jest alternatywna historia świata – mówi.
-Alternatywna w jakim sensie?
-Chodzi o to, że ludzkość zamiast udomowić konia, od maleńkości poszła w rowery
-Ludzkość w rowery? Nie rozumiem – Faktycznie nie rozumiałem
-A tak, własnie w rowery!
Zaciekawiłem się i poprosiłem by zostawił u mnie dzieło to przejrzę. Przeglądam. Wystarczyło pobieżnie przejrzeć spis treści.
Bucefał – pierwszy rower górski z prawdziwego zdarzenia
Kaligulka (sic) wprowadza starą kolarzówkę do Senatu
Husaria, czyli jazda bez trzymanki
Tatarzy i ich ścieżki rowerowe
Kiedy ułan z damki spadnie
Czerwony składak Budionnego
Cholera, będzie hit wydawniczy!
Zwróćcie uwagę jak dobrze pisać „online” Już miałem człowieka wyśmiać a widzę, że gotówka sama pcha się do kieszeni! Będzie hit oraz kontrowersje na pierwszych stronach. Może i ten Lis budowlany się załapie.
Ludzie, chyba nie do końca są tymi wariatami. Nawet na prowincji nieźle kombinują.
W sumie taki rower nie potrzebuje ani owsa, ani nawet trawy. Ważne by była pompka, klej i kawał gumy. Od takich detali mamy media!
Przecież gdybym potrafił, sobie bym ich najpierw udzielił!
Ale to do ludzi nie trafia, idą jak w przysłowiowy dym, bo niby jestem znanym blogerem. Nawet ich nie zastanowi fakt, że jest to pozycja świadcząca nie najlepiej o moich zdolnościach a raczej o naiwności. I żeby to jeszcze fetował mnie w ten sposób ktoś ważny w rodzaju burmistrza, pani ze sklepu albo barmana z nieistniejącego w Golinie baru. Mogłyby to by być też jakieś kobiety, ale gdzież tam!
Blogerzy mają „branie” u wariatów po prostu! Zresztą, jak tak się zastanowić, hmmm...
Sami oceńcie.
Wczoraj podjechał na mój punkt skupu facet całkiem niezłą Mazdą. Zagaja w ten deseń, że czyta. Trochę się zdziwiłem bo sądziłem, że chce po prostu coś sprzedać. Gada i gada. W końcu pytam, o co mu konkretnie chodzi bo widzę, że źle trafił. Podsuwam mu nicki znanych i wpływowych blogerów, Toyaha i Azraela, a on na to, że nie zna. Nie jest dobrze – myślę.
-Bo widzi pan, ja jestem przedsiębiorcą budowlanym. Zatrudniam ludzi i budujemy no te, domy. Niby nieźle zarabiam, ale co to za życie w sumie? Ściany, kafelki, łazienki, wylewki, stropy – w kółko to samo, a jak człowiek popatrzy na telewizję. Sam pan rozumie, inne życie. Ja bym chciał być kimś, a nie w kółko ściany, kafelki, terakota, wylewki, stropy i roboczogodziny.
-No dobrze – przerywam, ale jakie Pan ma kwalifikacje bo nie rozumiem kim by pan chciał być, dziennikarzem?
-Może być, tylko żebym miał swój własny program w porze największej oglądalności!
-Co ja mam do tego bo nie rozumiem? Jakie pan ma wykształcenie?
Technikum budowlane i...
-...I przez pańskie technikum mam na blogu powielić skecz Monty Pythona o księgowym, który chciał zostać pogromcą lwów?
-… i politologię skończyłem na Uniwersytecie. Mam tytuł magistra!
-Oj, to chyba za mało!
-Jestem alkoholikiem, nikotynistą i chętnie bym został do tego narkomanem, a jeszcze mam takie różne karalne myśli przed zaśnięciem.
-Już lepiej! No, ale co ja mam do tego?
-Niech się pan za mną wstawi!
-Gdzie, u kogo? Niech pan spojrzy na tablicę. Jak byk pisze, że to skup złomu a nie biuro kreacji celebrytów.
Odjechał obrażony i zapowiedział, że nigdy mi puszek po piwie nie sprzeda. Niepotrzebnie się obraził bo miałem mu doradzić by szedł „w politykę” W sumie szkoda faceta. Ubzdurał sobie, że ma szansę, skoro nazywa się Lis, a kiedy mu powiedziałem szczerze, że Lisów w Polsce jest jak psów to się właśnie obraził. Kij mu w oko.
Myślicie, że to jednorazowy incydent? Gdyby tak było wcale bym o tym nie pisał. Dzisiaj po dwunastej, dosłownie przed chwilą podjechał na rowerze inny ananas z plecakiem. Sądziłem, że w plecaku miedź, bo akurat na giełdzie zwyżkuje. A gdzież tam! Wyciąga z plecaka dwie zszywki wydruków, w sumie ponad tysiąc stron. Dzieło życia.
-Jak mi to wydasz, odpalę ci 20% czystego zysku.
-O czym to jest – pytam z wrodzonej głupoty zamiast od razu go wygonić
-To jest alternatywna historia świata – mówi.
-Alternatywna w jakim sensie?
-Chodzi o to, że ludzkość zamiast udomowić konia, od maleńkości poszła w rowery
-Ludzkość w rowery? Nie rozumiem – Faktycznie nie rozumiałem
-A tak, własnie w rowery!
Zaciekawiłem się i poprosiłem by zostawił u mnie dzieło to przejrzę. Przeglądam. Wystarczyło pobieżnie przejrzeć spis treści.
Bucefał – pierwszy rower górski z prawdziwego zdarzenia
Kaligulka (sic) wprowadza starą kolarzówkę do Senatu
Husaria, czyli jazda bez trzymanki
Tatarzy i ich ścieżki rowerowe
Kiedy ułan z damki spadnie
Czerwony składak Budionnego
Cholera, będzie hit wydawniczy!
Zwróćcie uwagę jak dobrze pisać „online” Już miałem człowieka wyśmiać a widzę, że gotówka sama pcha się do kieszeni! Będzie hit oraz kontrowersje na pierwszych stronach. Może i ten Lis budowlany się załapie.
Ludzie, chyba nie do końca są tymi wariatami. Nawet na prowincji nieźle kombinują.
W sumie taki rower nie potrzebuje ani owsa, ani nawet trawy. Ważne by była pompka, klej i kawał gumy. Od takich detali mamy media!
poniedziałek, 5 kwietnia 2010
Dom Elżbiety XXXVII- nowa opowieść (Iwona)

Rzeczywiście po chwili leżeli w łóżku, oboje potrzebowali odpocząć od Zofii i Carloty. Odruchowo wtulili się w siebie nawzajem i wkrótce zasnęli.
Pierwszy obudził się Piotr, miał wrażenie, ze ktoś potrząsnął go za ramię. Przez chwile nie widział nic, bo wokół panował gęsty mrok, gdy oczy przyzwyczaiły się do ciemności, dostrzegł jakby niknący cień. Przeszedł go dreszcz…za chwile, może tylko w jego umyśle usłyszał kobiecy głos „wybacz mi Kasawery „ .
Usiadł na łóżku, drżał, może to wpływ tylu nowych doznań, które nałożyły się na siebie, może to, że zasypiając myślał o Zofii i Ksawerym? A może, że poczuł do Elżbiety uczucie, którego już po sobie się nie spodziewał i że było ono tak silne, że przepełniało szczęściem całe jego jestestwo?
Elżbieta poruszyła się w łóżku, spojrzał na nią, była tak śliczna i niewinna…delikatnie musnął jej wargi, uśmiechnęła się przez sen. Wpatrywał się w jej twarz, zastanawiając ile odziedziczyła po Zofii, prócz urody, bo jak twierdziła i Kanusia i Andrzej, była do niej łudząco podobna.
Rozejrzał się jeszcze raz po pokoju, ale nic niepokojącego nie zauważył, pomyślał, że pewnie wyobraźnia płata mu figle i napięcie spowodowane nagromadzeniem nowych doznań.
Przytulił się do Elżbiety i już zaczynał zasypiać, gdy posłyszał znów szmer w pokoju, otworzył oczy i leżał przez chwilę bez ruchu, przyzwyczajając oczy na nowo do ciemności.
Szmer, a raczej drobne kroki powtórzyły się, zerknął w tamtym kierunku, po środku pokoju stała dziewczyna, widział ją wyraźnie! Aż go sparaliżowało, widział ją tak wyraźnie, jakby w pokoju było zupełnie jasno!
Stała obok stolika, na którym leżał pamiętnik i płakała…bezgłośnie łkała, bo piersi falowały jak przy szlochu. Lęk, który go przez chwilę owładnął, zastąpiła ciekawość, więc ani drgnął i obserwowała zjawę.
Dziewczyna jeszcze chwilę łkała, potem położyła ręce na dzienniku…wtedy, aż Piotr przetarł oczy pojawił się czarny tuman kurzy? Chmura dymu? Szeleszczący, nieprzyjemnie, dziewczyna jęknęła głośno, aż Elżbieta poruszyła się niespokojnie w łóżku, jakby z wewnątrz tamtego tumanu rozległ się ironiczny złośliwy, a nawet demoniczny śmiech. Zjawa dziewczyny rozpłynęła się tak nagle, jakby jej nigdy nie było, a tuman chwilę jeszcze wirował nad księgą, by…jakby wchłonięty przez dziennik zniknął.
Piotr do rana nie mógł zasnąć, analizując w myślach to, co zobaczył. Obok niego spała spokojnie Elżbieta, co chwila patrzył na nią, by uwierzyć samemu sobie, że to co zobaczył, nie było jedynie sennymi majakami, a zdarzyło się naprawdę. Zastanawiał się, co jeszcze kryją karty dziennika Zofii, kim naprawdę była Carlota, i Gerard Mioducki.
piątek, 2 kwietnia 2010
Urodziny
ech...właśnie kończy się mój najpracowitszy dzień urodzin.
Dopiero spokojnie dziś usiadłam.
Urodziny w Wielki Piątek i w dzień śmierci papieża Jana Pawła II, ech...
Śmieszne, 18-ste urodziny też miałam w Wielki Piątek i byłam w żałobie po moim ojcu, który zmarł rok wcześniej 23 września.
Dziś skończyłam ich 45...troje dzieci, jedno wnuczę, a wciąż czuję się jak tamta skromna dziewczyna w czarnej sukience z koronkowym kołnierzykiem robionym na szydełku.
Pozdrawiam serdecznie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)