czwartek, 28 października 2010

Dom Elżbiety LXXIV




- Można by sądzić – Piotr spojrzał pytająco na Elżbietę – że ten Eihwaz to jakby z kultury celtyckiej. Kiedyś się trochę tym interesowałem – dodał jakby się tłumaczył.

- A wiesz co to oznacza? – Zainteresowała się Ela.

- Tak z marszu? Nie, nie pamiętam, ale chyba chodzi o jakieś drzewo, może dąb, nie, nie będę zgadywać, ale przecież można sprawdzić w Wikipedi. – Uśmiechnął się, a zrobił to w sposób tak czarujący, że aż Elżbiecie ugięły się nogi.
Pomyślała, że dobrze, że on nie wie, jak silnie na nią działa. Przyglądała mu się. Było w nim coś tak pociągającego, fascynującego, że mimo tego iż przebywali cały czas ostatnio razem, wciąż ją zachwycał i zaskakiwał. Ton jego głosu, jedna, lekko opadająca powieka, która nadawała mu czegoś charakterystycznego, a zarazem zniewalającego. I tylko lampka w jej głowie, jakby ostrzeżenie, by nie dać się znów zdominować.

Bała się, że jeżeli on odkryję, że jest dla niej cały światem, będzie próbował to wykorzystać, jak przedtem Marek, czy Krzysztof. Na wspomnienie o Krzysztofie aż nią wstrząsnęło.

Z zadumy wyrwało ją pytanie Kanusi – Kochanie dobrze się czujesz? Zbladłaś bardzo, może zrobić ci kawy, co?

- W porządku, nic mi nie jest zamyśliłam się. Wiesz co nie daje mi spokoju? Że wszystkie nitki są w tej naszej historii powiązane. Zobacz, rodzina Piotra, wszystkie kobiety po urodzeniu dziecka albo szaleją, albo milkną, albo zostają w bestialski sposób zamordowane. U nas w naszej rodzinie, kobiety tracą mężów, albo same od nich odchodzą. Twoja rodzina też jest powiązana, bo twój dziadek mordując, czy też nie, bo nie wiemy na pewno, swoje żony stal się kimś w rodzaju sinobrodego. Ty też nie zaznałaś szczęścia w małżeństwie…- Ela się zawahała po tych słowach. Zrobiło się jej głupio, że tak to ostentacyjnie wypowiedziała.

- Masz rację. – Kanusia wcale się nie zmieszała – Pradziadek nie był dobrym człowiekiem, ale z każdego małżeństwa miał dzieci, synów. Z ostatniego, jednego syna i to był mój dziadek. On też nie był dobrym człowiekiem. Wiesz, wydziedziczył swoich braci, rzucając na nich różne oskarżenia, aż się stąd wynieśli, wyprowadzili, bo nie mogli znieść jego oszczerstw. Potem ożenił się z bardzo posażną panną z innej wsi, bo tu jakoś panienki od niego stroniły. Może bały się, że może je spotkać podobny los. Taki jak spotkał jego matkę, czy pierwszą i drugą żonę jego ojca. Babka rzeczywiście zbyt długo nie żyła, ale zmarła po prostu przy porodzie. Kiedyś dużo kobiet w ten sposób umierało, zwłaszcza na wsi. Dziadek więcej razy się nie ożenił i bardzo krótko trzymał swoich dwóch synów i córkę. W końcu córkę wydał za mąż, za starego, ale bardzo bogatego chłopa, a synom rozdzielił majątek na równe części. Jednym z tych synów był mój ojciec. No cóż, nie muszę dodawać, że i on nie był zbyt dobrym człowiekiem, prawda? A ożenił się z kobietą, która była bardzo biedna, właściwie nędzarka. Moja matka była córką wyrobnika, co to do polnych robót był wynajmowany, albo do wyrzucenia gnoju. Sam nie posiadał żadnej ziemi, co w dawnych czasach było znamionami nędzy na wsi. Traktował też tą moją matkę, nie jak żonę, ale służącą, nigdy w niczym jej nie pomógł. Zawsze, jak byłam dzieckiem było mi jej żal, robiła za parobka i za żonę, nigdy się nie uskarżała, choć czasem widziałam jak kułakiem ocierała łzy z oczu. Gdy dorosłam na tyle, by pracować, i ja musiałam harować jak koń. Mój brat Antonii robił w domu za królewicza. Ojciec i matka zresztą też uważali go za siódmy cud świata. Ale nie ważne, po co ja to wszystko wam opowiadam?

- To bardzo ciekawe, bo oznacza, że rzeczywiście Carlota zasiała jakieś ziarno zła w waszej rodzinie – Elżbieta rzeczywiście była bardzo tym zainteresowaną. – Dziwi mnie tylko postawa twojej mamy wobec ciebie. Czemu była dla ciebie tak okrutna, skoro sama była tak źle traktowana?

- Może właśnie dlatego? Nigdy nie zaznała wdzięczności, czy miłości, więc odegrała się na mnie, bo na mnie było wolno. Ojciec nie mógł mnie w domu znieść, wymawiał każdego kartofla którego zjadałam, a matka mu w tym sekundowała, bo wtedy czuła się ważniejsza. No i wtedy już ojciec jej nie bił, tylko mnie.

- O Boże! – Jęknęła Ela – Biedna Kanusiu, zawsze miałaś tak ciężko!
- Teraz mam za to luksusowo – uśmiechnęła się – Andrzej to dobry chłopak, a Marylka to jakby jeszcze jedno moje dziecko. Szkoda, że tak im się nieszczęści, że nie mogą mieć dzieci…- westchnęła – A i Lilka też jest bardzo dobrą córką, choć zięcia mam nieszczególnego.

- A Robert?- Zapytał nagle Piotr.

- Hm…ja wiem Piotruś, że ty za nim nie przepadasz – Kanusia spojrzała badawczo na Piotra – ale Robciu wcale nie jest tak zły, tylko wciąż taki duży rozpieszczony z niego dzieciuch. Zawsze był kapryśny, zawsze myślał, że jest pępkiem świata, ale serce ma dobre, tam nie czai się żaden potwór…ja to wiem.

Piotr po słowach Kanusi jakoś dziwnie się uśmiechnął, ale nie oponował. Tylko spojrzał dość czytelnie na Elżbietę, próbując przekazać jej oczami co o tym sądzi.

- No chyba będziemy się zbierali? – Zapytał Eli

- Tak, powinniśmy wreszcie skończyć ten pamiętnik, spróbować w jakiś sposób pomóc Zofii, no i dowiedzieć się co oznacza to Eihwaz. – Uśmiechnęła się.

Wkrótce pożegnali się i poszli. Jeszcze na progu Kanusia wcisnęła im paczkę zamrożonych pierogów, które zrobiła za nim poszła do szpitala, mówiąc, że na pewno nie jedli obiadu, a to są bardzo dobre pierożki z grzybami i starczy dla nich obojga.

Podziękowali i poszli.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz